piątek, 20 października 2023

„Białe święta, zimny trup”, czyli o zderzeniu tradycyjnej wizji świąt z apokaliptycznymi wizjami preppersa, ciężkiej doli wilkołaków i wyższości zautomatyzowanych pieluch nad tradycyjnymi ;) – RECENZJA!

 


Iwony Banach nikomu przedstawiać nie trzeba, ponieważ swoimi książkami zdobyła sobie już wierne grono czytelników, którzy na kolejne komedie kryminalne jej autorstwa czekają niczym Emilia Gałązka na koniec świata ;) ! No właśnie, Emilii Gałązki fanom powieści Iwony Banach też nie trzeba przedstawiać. Zwłaszcza fanom fantastycznej „Serii z trupem”, której kolejne części ukazują się w Wydawnictwie Dragon. Nie zdziwi Was zatem informacja, że jako czytelniczka nałogowo uzależniona od komedii kryminalnych tej lubianej Autorki najnowszy tom, zatytułowany „Białe święta, zimny trup” przyjęłam z prawdziwym entuzjazmem. Mnie ta seria po prostu odmładza psychicznie, ponieważ lektura niezmiennie wywołuje u mnie tyle spontanicznych ataków śmiechu, że czuję się po niej niczym po powrocie z najlepszego SPA dla zmęczonej problemami głowy. A jak było tym razem?

 

Emilia Gałązka szykuje Święta Bożego Narodzenia! I to nie byle jakie święta, bo w rodzinie pojawił się ktoś nowy, dla kogo będą one pierwsze, a zatem z definicji powinny też być niezapomniane! Niestety, święta w interpretacji ortodoksyjnej prepperki mogą się okazać śmiertelnie niebezpieczne dla owej nowej osóbki, która na razie jest raczkującym maluchem. Już sama tylko zwykła codzienność w domu Emilii może być wyzwaniem, bo jednak nie każde dziecko ma okazję raczkować pomiędzy granatami ręcznymi a tasakami ;) . Jednak metalowa choinka zespawana z różnych ostrych elementów, w tym gwoździ i łańcuchów rowerowych, i zakończona bagnetem dziadka w miejsce tradycyjnego szpica, do tego mocowana u powały, przekracza granice pojmowania nawet u skądinąd wyrozumiałej siostrzenicy Magdy. Kierowana instynktem samozachowawczym i macierzyńskim postanawia ewakuować siebie, dziecko, Mikołaja i resztę rodziny do domu wynajmowanego przez Pawła i Simonę w niejakim Słodzinku. Dom jest obszerny, Słodzinek to bajeczna wioseczka, będzie można tam przeżyć tradycyjne, może nawet cudownie nudne święta, bez ryzyka odcięcia co wrażliwszych części ciała w zetknięciu z postapokaliptyczną choinką Emilii lub zatrucia jej barszczykiem świątecznym z grzybków halucynogennych.

 

Tymczasem Paweł, histeryk i hipochondryk o wielkich ambicjach, którego czytelnicy znają z poprzednich tomów serii, szuka tematu na sensacyjny artykuł. W trakcie tychże poszukiwań natrafia przypadkowo na stary aparat fotograficzny z niewywołaną kliszą i postanawia wykorzystać go do wykreowania chodliwej historii. Jeszcze nie wie, że Słodzinek słodycz ma tylko w nazwie, a w rzeczywistości stanie się miejscem wielu krwawych i niewyjaśnionych wydarzeń. Na razie mieszkańcy siedzą cicho i nikt się nie wyrywa z rewelacjami o lokalnym wilkołaku Rafaelu ani innych atrakcjach ;) . W pewnych sprawach marketing szeptany sprawdza się o wiele lepiej niż szeroko zakrojone kampanie. Niestety, Paweł szukający sensacyjnego tematu niechcący następuje na odcisk lokalnej społeczności i wywołuje tym samym ciąg wydarzeń, których już nikt nie będzie umiał zatrzymać. I nagle może się okazać, że święta w domu Emilii pod metalową choinką i w otoczeniu granatów ręcznych wcale nie są tym, co może spotkać najgorszego Magdę, Mikołaja i wszystkich bohaterów. Zwłaszcza gdy lokalne legendy, obficie podlewane bimbrem w jedynej knajpie w Słodzinku, wydadzą owoce niczym te po eksplozji w Czarnobylu!

 

Już po raz kolejny czytając komedię Iwony Banach płakałam regularnie ze śmiechu i nie mogłam się uspokoić. Trudno byłoby chociaż wspomnieć wszystkie humorystyczne elementy, ale w moim rankingu najśmieszniejszych scen dziesięciolecia na bardzo wysokim miejscu znajdzie się z pewnością scena zmieniania pieluchy Mai przez Pawła ;) . Płakałam ze śmiechu i bolała mnie przepona, ale jakaż to była znakomita rehabilitacja dla zmęczonej głowy! Podobnie wysoko w rankingu znajdzie się scena przekupstwa sąsiada naleweczką Emilii oraz skutki spożycia tej ostatniej. To jest gotowy materiał na morderczo śmieszny film ;) ! Iwona Banach potrafi w mistrzowski wręcz sposób pokazywać ludzkie przywary, słabostki, wady w krzywym zwierciadle tym samym je rozbrajając z tego, co złe, paskudne, przygnębiające i obnażając skrywaną za nimi nierzadko głupotę. Niezmiennie twierdzę, że pod wierzchnią warstwą komediowej fabuły kryje się mnóstwo celnych obserwacji ludzkiej natury oraz wielu współczesnych zjawisk. Ale są one pokazane w taki sposób, że czytanie tych komedii przypomina pozbywanie się jadu po ukąszeniu. Problem obśmiany często się kurczy i przestaje być taki straszny, jaki się wydawał. Iwona Banach funduje nam terapię odtrucia śmiechem i osiągnęła w tym poziom master!

 

A na koniec jeszcze jedna uwaga: wiele brawa dla Wydawnictwa Dragon za konsekwentnie utrzymywaną estetykę okładek „Serii z trupem”. Są kolorowe, oryginalne, zabawne i nie tylko przyciągają uwagę, co zapewne było celem podstawowym. One prowokują do dobrej zabawy – nie macie pojęcia ile mam frajdy za każdym razem gdy mogę zrobić baner na blogu do kolejnych tomów serii! Polecam Wam gorąco komedię „Białe święta, zimny trup”, bo to znakomita odtrutka na jakże trudną teraźniejszość!




piątek, 13 października 2023

„Jesteś głosem mojego serca”, czyli o szerokich wodach oraz mieliznach romantyzmu, prozie życia doprawionej czułością, kruchości nastoletnich serc i uzdrawiającej mocy prawdziwych więzi.

W ten piątek trzynastego przychodzę do Was, dla osłody, z recenzją najnowszej powieści Moniki Michalik, „Jesteś głosem mojego serca”. Książka została wydana przez Wydawnictwo Lucky i to już piąta powieść tej Autorki, nie licząc tomików opowiadań, które współtworzyła wraz z innymi autorami. Ci z Was, którzy regularnie śledzą wpisy na moim blogu wiedzą również, że Monika Michalik to kolejna z moich uzdolnionych koleżanek poznanych na warsztatach literackich, z grupy Płóczkowych Dziewcząt, której udało się spełnić marzenie o pisaniu :) . Kibicuję jej tak samo serdecznie jak każdej z pozostałych Dziewczyn i trzymam mocno kciuki za każdą nową powieść.

 

„Jesteś głosem mojego serca” przyciąga subtelną okładką, która mogłaby sugerować, że chodzi o powieść ściśle romantyczną. I romantyzmu oraz kłębiących się emocji rzeczywiście tutaj nie brakuje, ale zamykanie tej książki w szufladce z romansami byłoby krzywdzące. Bohaterką jest Weronika, właścicielka małej księgarenki, samotna matka nastoletniej Antosi. Eteryczna i delikatna, ale pokiereszowana już mocno przez życie, została zmuszona, żeby założyć zbroję i mierzyć się, z lepszym czy gorszym skutkiem, z codziennością i problemami, których wagę zna każdy samotny rodzic. Księgarenka, którą odziedziczyła po dziadku i którą darzy prawdziwą miłością, zaczyna przynosić coraz większe straty. Były mąż coraz rzadziej znajduje czas dla ich córki, a tymczasem Antosia wkracza w wiek nastoletniego buntu i w dodatku zaczyna mieć bardzo poważne problemy w kontaktach z rówieśnikami w szkole. Nic zatem dziwnego, że gdy w takim momencie w życiu Weroniki pojawia się czarujący lokalny poeta Krzysztof i zaczyna ją adorować, ta osamotniona kobieta, mniej czy bardziej świadomie, odnajduje się w roli współczesnego Kopciuszka, który spotkał księcia. Tyle tylko, że baśnie kończą się zwykle na enigmatycznym „żyli długo i szczęśliwie”, a o Weronikę brutalna proza życia upomina się tu i teraz…

 

Tak jak wspomniałam na samym początku, choć „Jesteś głosem mojego serca” mogłoby zostać pochopnie sklasyfikowane jako romans, nie spieszcie się z upychaniem tej książki w tej konkretnej szufladce. Oczywiście, powieść ma swoiste „piętno” wyciśnięte przez Autorkę jakim jest bardzo staranny, ładny, miejscami wręcz poetycki język. Monika Michalik umie dzielić się w swoich książkach tym jak postrzega świat i jego piękno i to bardzo rzutuje na całą estetykę narracji. Ale już sposób poprowadzenia fabuły zmusza tak naprawdę do postawienia sobie pewnych pytań. „Jesteś głosem mojego serca” to opowieść o różnych rodzajach samotności i osamotnienia. O pokiereszowanej kobiecości, którą bardzo trudno jest wyleczyć, bez względu na to, czy skrzywdzona kobieta ma lat kilkadziesiąt czy …kilkanaście. O konsekwencjach nagłych porywów serca i namiętności, które mając siłę żywiołu bywają też jak żywioły nieprzewidywalne i trudne do kontrolowania. O potrzebie rozmowy z dorastającymi dziećmi, których poziom wrażliwości dalece przekracza poziom kruchości najcieńszej chińskiej porcelany. O tym, że słuchać nie zawsze znaczy słyszeć. O mobbingu w szkole, który bywa nierzadko lekceważony, podciągany pod młodzieńcze dowcipy i wygłupy, a tymczasem ma niszczącą siłę granatu. O tym, że sama emocjonalna oprawa jeszcze nie przesądza o prawdziwej wartości uczucia, a niezaspokojone tęsknoty nierzadko zaciemniają ocenę sytuacji. O wadze i wartości więzi rodzinnych, również tych międzypokoleniowych. O odwadze podejmowania trudnych decyzji. O urazie, gniewie, ale i o przebaczeniu. O tym, że życie ma dla nas wiele różnych ścieżek, i nawet jeśli jedna się kończy urwiskiem, zawsze można szukać innej. O nadziei :) .

 

Zachęcam Was do lektury powieści Moniki Michalik. Ta książka pozwoli Wam złapać oddech, przypomnieć sobie o pięknie otaczającego Was świata, ale również zmusi do postawienia sobie niejednego pytania. Gorąco polecam! 

 

poniedziałek, 25 września 2023

„Róża z piór” – czyli podróż w głąb stęsknionego serca w oprawie morskich pejzaży – RECENZJA PATRONACKA


Ci z Was, którzy zaglądają tutaj regularnie wiedzą doskonale, że dość często mam zaszczyt i przyjemność recenzować powieści z serii „Opowieści z Wiary” wydawanej przez Wydawnictwo eSPe. Od czasu do czasu zdarza mi się również objąć patronatem niektóre z nich. I dzisiaj przychodzę do Was właśnie z recenzją patronacką. Recenzją wedle współczesnych norm bardzo spóźnioną, ale wierzę głęboko, że w przypadku mądrych, wartościowych książek czas nie gra roli. Mało tego, dla mnie objęcie powieści patronatem oznacza, że będę do niej wracać i o niej wspominać nawet po miesiącach czy po latach. A do tego książka, o której za chwilę Wam opowiem, będzie idealna na właśnie zaczynające się długie jesienne wieczory, bo z jednej strony przywoła piękno letniej przyrody, a z drugiej, kto wie, czy ten melancholijny, jesienny czas nie sprzyja refleksjom o wiele bardziej niż intensywne, wypełnione atrakcjami i spotkaniami letnie wieczory i noce.

 

Proponuję Wam dziś podróż do świata, który na kartach swojej powieści wykreowała Katarzyna Targosz. Ta powieść to „Róża z piór”. Czy Was również zaintrygował ten tytuł i to, co się pod nim kryje? Macie jakiekolwiek skojarzenia z różą z piór?... Ale po kolei, bo ta historia ma swój rytm. Powiedziałabym, że to rytm bijącego serca. Serca szukającego swojej drogi. Serca zagubionego i przestraszonego. Serca nie znającego siebie. Ale tęskniącego za pokojem i prawdą.

 

Czy zdarzyło Wam się kiedykolwiek ulec pięknu jakiegoś obrazu albo zdjęcia? Czy zdarzyło Wam się dać się oczarować od pierwszego wejrzenia i pod wpływem tego oczarowania i niezrozumiałego impulsu wybrać się z dnia na dzień w nieplanowaną, daleką podróż? Posłuchać podszeptów serca zamiast głosu rozsądku? Próbować znaleźć miejsce, o którym nic nie wiecie? Coś takiego przydarza się głównej bohaterce powieści, Klaudii, która pracuje w firmie wywołującej i wysyłającej zdjęcia do klientów z całej Polski. Pewnego dnia jedno takie zdjęcie, na którym widać fragment nadmorskiego pejzażu, wywraca jej życie do góry nogami i wyrywa ją gwałtownie i bezpardonowo ze swoistego marazmu, w którym utknęła jak w bagnie, oblepiona nie swoimi poglądami, ulegająca presji innych, biorąca ich zdanie za swoje, bierna, niesiona z prądem, z tłumem. Młoda, zagubiona w wielkim mieście dziewczyna, która koniecznie chce się z nim identyfikować, stać się jego częścią, jego żywą tkanką i nie dopuszcza do siebie swoich prawdziwych uczuć. Ale widok tajemniczego pejzażu sprawia, że coś w jej sercu ożywa, tak jak w baśni o Królowej Śniegu serce Kaja ożyło, gdy wypadł z niego okruch diabelskiego lustra. Nagle coś wzbudza w niej autentyczną tęsknotę i pragnienia, JEJ pragnienia, a nie tych, którzy ją otaczają i próbują ją ulepić na swój obraz i podobieństwo.

 

Być może skończyłoby się na szalonym porywie emocji gdyby nie druga bohaterka powieści, Barbi. To ona, pozornie cyniczna i emocjonalnie chłodna, wyciąga do Klaudii pomocną dłoń i pożycza jej pieniądze na nieplanowaną podróż nad morze. Ot, istne szaleństwo, fanaberia rozhisteryzowanej dziewczyny. Czy jednak na pewno? Ta nagła podróż zapoczątkuje ciąg wydarzeń, które niczym klocki domina będą popychać jedne drugie powodując ruch, który na końcu doprowadzi do wykolejenia się pieczołowicie układanej konstrukcji wielkomiejskiego życia Klaudii. Ale czy zawsze wykolejona konstrukcja musi oznaczać klęskę? A może coś musi się wykoleić, żeby można było zobaczyć to z innej perspektywy? I zbudować coś nowego?...

 

W nadmorskim miasteczku Klaudia będzie zmuszona stanąć do konfrontacji z własnymi pragnieniami oraz prawdą o swoim życiu i ludziach, którzy ją otaczają. Pomogą jej w tym nowi znajomi – niezwykła rodzina Kiprzyców, jakże inna od jej wielkomiejskiej paczki. Z tamtej konstelacji otaczających ją osób w ten inny świat zapuści się z nią tylko jedna – Barbi. I obie młode kobiety czeka najprawdziwszy sztorm wydarzeń i uczuć. Ale jakże miałoby być inaczej, skoro za rogiem można spotkać prawdziwego Księcia szukającego swojej Syreny ;) , a na motorze rozbija się nie kto inny, a …Puchatek, miejscowy mistrz płatnerstwa. Do tego w powietrzu wciąż jeszcze unosi się tęskna pamięć o tytułowej róży z piór, nierozerwalnie związana z historią rodziny Kiprzyców. Morze kilka razy dziennie zmienia swoje oblicze, a drogi poszczególnych bohaterów krzyżują się ze sobą, splątują i rozchodzą, a wszystko to w niekończącej się podróży w głąb siebie i …w poszukiwaniu cudów. Cudów, których podobno nie ma, a jednak jak nazwać to coś, co unosi się w powietrzu w tym małym nadmorskim miasteczku?... 

 

Zapewniam Was, warto sięgnąć po „Różę z piór”. Komuś mogłoby się wydawać, że nie po drodze mu z młodymi bohaterkami powieści, ale to historia uniwersalna i wiele osób się w niej odnajdzie. To opowieść o maskach, jakie niejednokrotnie zakładamy w życiu nie zważając na to, że nas uwierają, a nawet ranią do krwi i w ogóle nam nie pasują. O wyrzeczeniach, jakich wymaga zdjęcie ich i spojrzenie w lustro. O lęku przed zmianą i o tym, że to, co inne, wcale nie musi oznaczać gorszego. O wartości prawdziwych relacji opartych na szczerości i zaufaniu. O tęsknocie za cudami. I za Bogiem, który często dla wielu z nas jest zagubionym skarbem, jak tajemnicza Róża z piór. O prawie do błędów. I o łasce przebaczenia. O umiejętności ufania i zaufania. O odwadze życia w prawdzie. O odwadze przyznania się do własnej tęsknoty za dobrem i za cudami. O wartości prostoty. I nie mówcie, proszę, że to banał, bo w tej powieści dobro unosi się w powietrzu i …zaraża ;) . Zapraszam Was zatem w podróż na małej, nadmorskiej miejscowości. Zapewniam, że nie będziecie chcieli wracać!





 

sobota, 15 lipca 2023

„Zapisane w sercu” Agaty Sawickiej, opowieść o korzeniach, tęsknocie, przyjaźni i miłości w czasach zagłady oraz o PAMIĘCI. RECENZJA PATRONACKA OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI

 

Ratując jednego człowieka, ratuje się całe pokolenia.

 

Mam zawsze bardzo emocjonalny stosunek do moich patronatów i wkładam w ich promocję całe serce, ale od razu na wstępie muszę przyznać, że już dawno żadna powieść nie poruszyła mnie tak bardzo jak „Zapisane w sercu” Agaty Sawickiej. Autorka idealnie trafiła w moją wrażliwość, ale jestem przekonana, że tak samo zdobędzie serce każdego, kto sięgnie po jej najnowszą książkę wydaną przez Wydawnictwo Dragon.

 

Ta opowieść miała się ukazać w ubiegłym roku, ale ze względu na wybuch wojny w Ukrainie jej premiera została przesunięta. Patrząc na to z perspektywy czasu myślę, że dobrze się stało, że ukazała się akurat teraz, w 80. rocznicę rzezi wołyńskiej. I nie chodzi wyłącznie o przypomnienie czy uczczenie ofiar tej swoistej apokalipsy, ale o coś dużo głębszego, ale o tym napiszę dokładniej w dalszej części tej recenzji. Zależało mi bardzo, żeby napisać ją gdy będę miała wypoczęty umysł, stąd opóźnienie w stosunku do daty premiery. Wierzę jednak, że wielu z Was przeczyta moją recenzję i zwróci uwagę na „Zapisane w sercu”.

 

Powieść zaczyna się wręcz sielankowo, bo Autorka, która już w prologu wyjaśnia, że jej rodzina pochodziła z Wołynia i w związku z tym ma do tych terenów bardzo emocjonalny stosunek, chce nam pokazać przedwojenne piękno ziemi wołyńskiej. I choć fabuła toczy się na dwóch planach czasowych, współcześnie oraz w latach Drugiej Wojny Światowej, to właśnie ta część opowiadająca o wydarzeniach z przeszłości stanowi około osiemdziesiąt procent treści natomiast wydarzenia współczesne spinają całą opowieść klamrą nadając jej jeszcze głębszy sens. W części współczesnej młoda bohaterka, Ela, wyrusza w podróż w okolice Łucka, w rodzinne strony jej dziadków, w poszukiwaniu korzeni. W tę podróż zabiera ze sobą znaleziony po śmierci ukochanego dziadka dziennik jego siostry, Heleny, której nigdy nie dane jej było poznać. I to właśnie opowieść o losach Heleny, jej rodziny i przyjaciół pozwala czytelnikowi przenieść się na Wołyń z czasów wojennych. Ale na samym początku Autorka pozwala nam rozsmakować się w pięknie oraz wielokulturowości ziemi wołyńskiej opisując sierpniowe wesele Kajetana, brata Heleny, a dziadka Eli. Dane jest nam poznać trzy przyjaciółki, których losy splącze i dramatycznie skomplikuje wojna. Jednak tego sierpniowego dnia 1939 roku cieszą się jeszcze ostatnimi chwilami beztroski i młodości nieświadome czarnych chmur, które już zebrały się nad życiem każdej z nich…

 

Helena po  raz kolejny w  ciągu ostatniego czasu pomyślała, że  pomimo wielu różnic tworzą  zgraną grupę. Ona  – Helena Siedlecka, Polka i  katoliczka,  Wira Wasyłuk  – prawosławna Ukrainka i  Chajka Bromsztejn  – Żydówka. Wszystkie trzy od  dzieciństwa  mieszkały w  Usiczach. Helena w  domu naprzeciwko jeziorka, Wira  w drugiej części  Usicz, niedaleko cerkwi, a  Chajka na  skraju wsi, tuż obok miejscowości Bujany, przez którą biegła droga do Torczyna.

 

Te trzy młodziutkie dziewczyny przysięgają sobie wierną przyjaźń nieświadome na jak trudne próby już za moment zostaną wystawione. Wielokulturowy Wołyń stopniowo zmienia się w tygiel, w którym kotłują się coraz gorsze emocje, sprzeczne oczekiwania, otwierają różne niezabliźnione rany, pojawia ekstremalny nacjonalizm ukraiński, aż wreszcie wszystko to zaczyna wrzeć i rozlewać się po całej tej sielskiej krainie. Agata Sawicka pokazuje wojenną rzeczywistość tamtych czasów, która ze względu na złożoną historię tych ziem i ich położenie była szczególnie skomplikowana. Najpierw zaczyna się prześladowanie Żydów, ale stopniowo słychać coraz częściej o grupach nacjonalistów ukraińskich atakujących na początku pojedynczych Polaków, potem napotkane przypadkowo grupki, a w końcu całe wioski. Nie będę Wam streszczać fabuły, bo zapoznacie się z nią sami sięgając po „Zapisane w sercu”, ale Autorka bardzo wiernie oddaje nakręcającą się spiralę podejrzeń, lęków, nienawiści. Każda z młodych bohaterek powieści staje przed dylematami przed jakimi nie musiałaby nigdy stanąć w czasach pokoju. Teraz zachowanie się zgodnie ze swoim sumieniem, wierność w przyjaźni czy miłości mogą kosztować czyjeś życie. Ludzie, którzy żyli obok siebie od pokoleń, których rodziny się przyjaźniły, a dzieci pobierały nagle stają się wrogami. Myślę, że Agacie Sawickiej udało się bardzo dobrze oddać emocje tamtych ludzi, którzy wobec skali okrucieństwa dotychczasowych sąsiadów i przyjaciół niejednokrotnie nie potrafili się odnaleźć. Pokazuje cała skalę zachowań Polaków oraz Ukraińców, ale także i to jak nakręca się spirala nienawiści, jak jedno wydarzenie pociąga za sobą następne, a to jeszcze kolejne, aż w pewnym momencie emocje wymykają się spod kontroli i nawet ludzie dotąd dobrzy stają się zdolni do największej podłości i okrucieństwa. I choć Autorka nie epatuje obrazami przemocy, co w przypadku opowieści o tamtych czasach i tamtym miejscu jest bardzo trudne, to i tak w czytelniku z każdą stroną narasta groza pozwalająca zrozumieć co mogli czuć bohaterowie tamtych tragicznych wydarzeń.

 

Prawdopodobnie z mojego powyższego opisu moglibyście wyciągnąć pochopny wniosek, że „Zapisane w sercu” to powieść tragiczna, trudna, obezwładniająca smutkiem. I tutaj dochodzimy do sedna i wracamy do początku mojej recenzji, w której wspomniałam Wam, że dobrze się stało, że premiera tej książki została przesunięta na lipiec tego roku. Sprawa Wołynia nadal pozostaje niezabliźnioną raną w stosunkach polsko – ukraińskich. I uważam, że pozostanie nią tak długo jak długo prawda nie zostanie wypowiedziana, a pamięć ofiar uczczona poprzez odnalezienie ich grobów, ekshumację i godny pochówek. A powieść Agaty Sawickiej pięknie wpisuje się w ten szczególny moment naszej historii, bo pokazuje bardzo trudną, ale bardzo ważną prawdę o tym, że powiedzenie prawdy oraz oddanie czci ofiarom nie tylko w żaden sposób nie umniejsza ani nie oddala przebaczenia, ale jest warunkiem koniecznym do tego, żeby to przebaczenie miało moc oczyszczenia i zabliźniania ran. Ran wielopokoleniowych, co pokazały dramatyczne wydarzenia ostatniego roku. Znam wiele historii potomków osób z tamtych stron, które konieczność pomocy wojennym uchodźcom z Ukrainy zmusiła do stawienia czoła swoim przerażającym traumom i do wybaczenia lub co najmniej próby wybaczenia. Agata Sawicka w swojej powieści pokazuje właśnie moc prawdy i wybaczenia, a także moc przebaczającej miłości. I właśnie dlatego jej powieść od początku do końca, pomimo tak trudnej tematyki, jest przesiąknięta dobrem, które zawsze ma moc zwyciężać zło. Nie naiwnością, niezrozumieniem dramatu tamtych czasów, ale właśnie DOBREM. Po przeczytaniu ostatniej strony czytelnik, mimo że wstrząśnięty opisaną historią, ma przekonanie o własnej sprawczości bez względu na okoliczności. O tym, że można dobrze wybierać nawet w sytuacji zewnętrznej, która pozornie nie pozostawia żadnego wyboru. Bo nasze wybory moralne, nawet te, które pozornie kończą się klęską, mogą okazać się zwycięstwem za parę pokoleń. I tą nadzieją „Zapisane w sercu” jest dosłownie nasączone, i dlatego czuję się zaszczycona mogąc patronować tej powieści, a Was z serca zachęcam do lektury. Na koniec zaś chcę się podzielić cytatem, który wiernie oddaje ducha książki:

 

Jest coś, czego nikt nigdy nie może ci  zabrać. To  twoje serce wraz ze wszystkimi uczuciami, marzeniami i myślami. Nawet jeśli wokół szaleje wojna, w  twoim sercu może panować pokój; gdy wszyscy nienawidzą, ty możesz kochać. Twoje serce jest wolne i  niezależne, dopóki sama nie wpuścisz do niego wojny.

 

Koniecznie sięgnijcie po „Zapisane w sercu”!



wtorek, 28 marca 2023

“Piękno zbawi świat” - wywiad z Markiem Żaromskim, autorem poruszającego debiutu "Cenevole"

 

Skąd w Panu potrzeba napisania właśnie TAKIEJ książki, nieoczywistej, która jest bardziej kompilacją gatunków niż czystym kryminałem?

“Cevenole” to przede wszystkim kryminał w klasycznym stylu o dość zaskakującej genezie. Powstał z zachwycenia! Zdaję sobie sprawę, że brzmi to dziwnie, ale to prawda.

Mieszkam w przepięknym miejscu, w Rymanowie Zdroju i jestem nauczycielem. Kilka lat temu pewnego wrześniowego piątku wróciłem z pracy domu. Było południe. Otworzyłem balkon i wyszedłem na niego. Robiłem to wcześniej setki, może tysiące razy, ale to właśnie wtedy, w tamtym momencie przeżyłem zachwycenie, nie jakąś ekstazę, ale wszechogarniający pokój i doświadczenie Piękna. Słońce, niebo, zieleń lasu i ta cudowna cisza...

Dalej będzie jeszcze dziwniej.

Pomyślałem wtedy o PRL-u! Naprawdę. Być może dlatego, że był to czas mego dzieciństwa, a zaraz potem pomyślało mi się o kryminałach (no to już himalaje dziwactwa). Dlaczego właśnie kryminał? W tym klasycznym (Agathy Christie i innych), jest porządek i jasność. Dobro jest Dobrem, a Zło Złem i Dobro zawsze zwycięża. Był kiedyś czas gdy odnajdywałem pokój czytając takie książki.

Od razu kupiłem w internecie kryminał z czasów PRL-u „Czarny koń zabija nocą” Jacka Roya, hit z lat mojej młodości, i... bardzo mnie rozczarował.

Postanowiłem wtedy napisać taką powieść którą sam chciałbym przeczytać.

Nie mógł to być jednak jedynie kryminał.

Chciałem napisać książkę prostą i łagodną, w której będzie cisza i pokój. Łatwą ale i głęboką, o spokojnej narracji (ale by czytelnik nie usnął).

Powieść w której nie będę wszystkiego wyjaśniał czytelnikowi, ale w której będzie miejsce dla niego. Taką w której treść niejako będzie się wypełniać dopiero w umyśle czytającego.

Mógłbym tu pisać o inspiracji japońskim haiku, ale odwołam się do anegdoty ks. Pawlukiewicza o ks. Orzechowskim. Ten ostatni miał wygłosić kazanie o grzechu króla Dawida. Ks. Pawlukiewicza bardzo ciekawiło jak ks. Orzechowski opisze Batszebę, a ten powiedział tylko “Słuchajcie, jaka ona była PIĘKNA!”. To wystarczyło, każdy ze słuchaczy miał przecież swoje wyobrażenie pięknej kobiety, nie trzeba było już nic więcej dodawać. Tak jest w Cevenole. Piszę np.. “Tak cicho” i zapraszam wyobraźnię czytającego, odwołuję się do jego doświadczenia, przeżyć. Nie musi tego robić. To tylko propozycja. W naszym świecie jest już zbyt dużo hałasu, obrazów, słów.

Na przykład w tym wywiadzie, rozgadałem się tragicznie...i co gorsza, to nie koniec😊.

Celem moim nie było oczarowanie czytelnika, wprowadzenie go w jakiś stan ekscytacji czy też fascynacji tekstem. Raczej jest to zaproszenie do doświadczenia Rzeczywistości. To tylko książeczka, ale przecież Aldous Huxley przeżył iluminację obserwując ziarenka piasku. “Cevenole” nie może tego dać, ale stara się nie przeszkadzać. I świadczyć, że jest to możliwe. Nie ważne kim jesteśmy i czy mieszkamy w Rymanowie Zdroju czy Rudzie Śląskiej, Wrocławiu czy gdziekolwiek indziej. Piękno jest na wyciągnięcie ręki. Może w przyrodzie, dźwiękach drugiej osobie... Warto go wypatrywać, ale nie można go wymusić. Ono samo przyjdzie.

“Piękno zbawi świat” jak powiedział książe Myszkin “idiota” Dostojewskiego, jeden z protoplastów mojego pana Gorszewskiego.

Tyle może o stylu “Cevenole” i przyczynie takiego wyboru narracji, natomiast co do treści. Cóż, teraz nastąpi mój “coming out”, coś co Pani już odkryła w swej wspaniałej recenzji.

Chwilę... to trudne.

Głównym bohaterem “Cevenole”, jest “Miłość co słońce porusza i gwiazdy”.

Bóg.

Jestem katolikiem (uff, wreszcie to wyznałem) i zawdzięczam Mu wszystko. Nie umiem żyć bez Niego.

Gdyby nie istniał, palnąłbym sobie w łeb.

To przesada. Nie mam broni palnej.

No, coś bym wymyślił.

/Ta  powyższa “deklaracja” odnosi się tylko i wyłącznie do mnie, nie do naszych niewierzących sióstr i braci, przez których też On, Najwyższe Dobro, działa i kocha ich wyjątkową miłością. Miłością pragnienia (to nie ja wymyśliłem)/

Wróćmy do “Cevenole”.

 Nie jest to książka religijna. Po prostu główny bohater jest osobą głęboko wierzącą, oddychającą modlitwą, przeżywającą dni w rytmie czytań i modlitw z Mszału rzymskiego. Pojawia się łacina, piękne oszałamiające zdania. Choćby Florete flores quasi lilium et date odorem et frondete in gratiam / Kwitnijcie kwiaty jak lilie, roztaczajcie wonność i wypuszczajcie wdzięczne latorośle/. Czysta poezja.

Cevenole”  jest książką dla wszystkich. Nie ma tu przymuszania do wiary. Jest powieścią dla tych którzy kochają, szukają Piękna, Dobra i Prawdy. Miłości

Czy miał Pan taki zamiar od samego początku czy pomysł wykrystalizował się w trakcie pisania?

Nie rozpocząłbym pracy, gdyby chodziło tylko o stworzenie kryminału.

Nie pisałem go dla pieniędzy, sukcesu, samorealizacji. Chciałem tylko coś zaproponować i czułem, że jest to mój obowiązek.

 

Jak rodzili się Pańscy bohaterowie? Interesują mnie zwłaszcza postacie Stanisława Gorszewskiego oraz porucznika Pola.

Wiedziałem, że mój bohater będzie ubogi i będzie umiał radować się tą swoją marną egzystencją. Taki “nikt” w tamtym systemie. Skazany na zapomnienie, ale szczęśliwy, wartościowy. Wystarczyło do tego wymyślić życiorys. Proste, bo korzystałem z tego co wiem, z moich doświadczeń, lektur... “Cevenole” raczej spisałem niż wymyśliłem i to nie jest jakieś krygowanie się.

Porucznik... sam nie wiem skąd go wytrzasnąłem, ale to doskonały pomysł. Kontrapunkt dla pana Stasia i jednocześnie warunek wiarygodności całej tej historii. Zawdzięczam mu  możliwości rozwoju fabuły. 

 Dla mnie pan Stanisław i porucznik Pol reprezentują również nieustanną, ukrytą przed ludzkim wzrokiem, a przecież boleśnie realną walkę Dobra ze Złem: jeden świadomie i konsekwentnie staje po stronie Dobra i przebaczenia. Drugi ma wszelkie cechy potrzebne do wyboru Dobra, ale flirtuje ze Złem i nie zauważa momentu, gdy tak naprawdę znalazł się na cienkiej czerwonej linii. Czy to również był Pana zamierzony zabieg mający coś obudzić w czytelniku?

Z panem Stasiem sprawa jest jasna. Mimo swoich słabości jest on zdeterminowany wybierać i służyć Dobru. Wpłynęły na to na pewno jego potworne przeżycia, o których czytelnik, będzie mógł przeczytać w książce. Mimo, że sprawia wrażenie osoby o słabym charakterze, jest nieśmiały, czasem naiwny, jest w nim też nieustępliwość, determinacja, przekonanie że gdy zajdzie taka konieczność, to musi zachować się tak jak trzeba. Bez względu na konsekwencje.

Ma jednak pewien problem, podobnie jak każdy z nas. Nie zawsze jest pewien swoich wyborów, ale gdy jest już przekonany...

Porucznik Pol jest taki, jak pewnie większość z nas. Chce Dobra i chce mu służyć, ale czasem decyduje się popełnić tzw. “mniejsze zło”, by osiągnąć swój cel.

Ma ironiczny dystans do PRL-u. Sam pochodzi z rodziny wysoko postawionego działacza partyjnego. Dzięki temu cieszy się większą wolnością wewnętrzną wobec systemu. Któryś z recenzentów uznał to za nieprawdopodobne. Przypomnę tylko, że wielu z opozycjonistów wywodziło się właśnie z takich rodzin (Zambrowski, Michnik i inni).

Wracając do mego bohatera. Nie jest ślepy i dostrzega zło, ale jest najczęściej zwyczajnie wobec niego bezradny. Wybiera neutralność. Bez powodzenia.

Bohaterką „Cenevole” jest również muzyka, i to taka szczególna, moglibyśmy powiedzieć, że z wyższej półki. Jej szlachetność i piękno uwypuklają wyjątkowość jednego z bohaterów, ale również ilustrują kłębiące się w nim emocje oraz samą fabułę. Czy w Pana życiu muzyka odgrywa podobną rolę?

Muzyka jest najpiękniejszą ze sztuk.

W genialnym filmie “Stalker” Andrieja Tarkowskiego główny bohater wygłasza o niej cudowny monolog. Uznaje ją wręcz za dowód na istnienie Boga.

Symfonię Vincenta d’Indy’ego “Cevenole” usłyszałem niedługo po opisanym przeze mnie wcześniej, zachwyceniu. Przypomniała mi je.

Kocham muzykę i trudno byłoby mi bez niej żyć.

Mój synek (24 lata!) jest pianistą.

Kiedy umierał Jan Sebastian Bach, kompozytor tak wielu wspaniałych utworów, które będą zachwycać ludzi, dokąd będą ludzie na ziemi, wypowiedział niesamowite zdanie ‘Wreszcie usłyszę prawdziwą muzykę”

Obyśmy wszyscy ją kiedyś usłyszeli.

Czy nie ma Pan pokusy powrotu do świata bohaterów „Cenevole” w kolejnych książkach? Przyznam szczerze, że chętnie bym się dowiedziała jak potoczyły się dalsze losy pana Stanisława i porucznika Pola. Czy w tym ostatnim zwycięży iskra dobra czy ciemna strona mocy…

Napisałem już kolejną część przygód pana Gorszewskiego pod tytułem “Clervaux”, ale trochę potrwa zanim przepiszę ją do komputera.

Jeśli chodzi o dalsze losy porucznika Pola i innych bohaterów to nie będzie łatwo. Bo nie może być. Jak w życiu. Ale jest nadzieja i o niej też jest “Cevenole”. O nadziei dla każdego i bez względu na wszystko.

Miałem kiedyś przyjaciela...Był czas, w mojej młodości, gdy razem karmiliśmy się czy też byliśmy karmieni kultem śmierci, pesymizmu, nihilizmu (coldwave, Joy Division). Ten mój przyjaciel po latach popełnił samobójstwo. Powody były pewnie inne, ale czy to nie wtedy ktoś zasiał w nim to potworne ziarno? W Polsce co roku około 5 tysięcy osób popełnia. To małe miasteczko!

Miałem też i ja w swoim życiu bardzo mroczny moment, ale dzięki Bogu, przeżyłem. Twórcy nie powinni nikogo ściągać w Nicość. To ogromna odpowiedzialność.

Po pierwsze nie szkodzić, po drugie w miarę swych skromnych możliwości dawać nadzieję. Mimo całego zła, cierpienia. Jest nadzieja!

Mówi o tym pan Gorszewski w najważniejszym momencie “Cevenole” i nie jest to chwila ujawnienia mordercy. Juliana z Norwich miała szokujące widzenie ukrzyżowanego, uśmiechniętego Chrystusa. Słyszała też i zapisała Jego zadziwiające słowa “wszystko będzie dobrze”.

To najważniejsze przesłanie.

 Nie moje. “Cevenole” jest tylko pośredniczką.

Czego życzyłby Pan czytelnikom swojej książki?

Tyle już moich słów, tłumaczeń, objaśnień, a Państwo niech sobie czytają “Cevenole” tak jak chcą😊

O jedno proszę tych, którym może trudno.., aby się nie złościli, nie zgrzytali zębami, aby spróbowali zaakceptować, że są takie stwory jak katolicy i mają prawo do istnienia i można z nimi nawet porozmawiać. Kto wie może nawet mają coś mądrego do powiedzenia. Pewnie nie, ale może :)

Zawsze przecież można po prostu odłożyć książkę.

Nie rzucajmy się sobie do gardeł.

Nie chciałem nikogo zranić, ukąsić... Nie będę kąsał.

Miłego dnia.

Miłej lektury.

Ps. Zachęcam do czytania bloga Pani Kingi Kosiek “Ogród Myśli Kwitnących”. Pani Kinga to nie tylko osoba o wyjątkowej mądrości, inteligencji, świetnym piórze, ale przede wszystkim wielkiej dobroci.

*****

Panu Markowi serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu i dobre słowa :) , a Was zachęcam do sięgnięcia po "Cenevole", powieść nieoczywistą, mądrą, zmuszającą do refleksji i do zatrzymania się chociaż na chwilę w codziennym pędzie.




niedziela, 26 lutego 2023

„Cenevole” Marka Żaromskiego – przypowieść o zbrodni i karze w rytmie tajemniczej symfonii - RECENZJA PATRONACKA!

 

 

Zaczyna się delikatnie, od pojedynczych taktów i dźwięków, łagodnie jak kołysanka, jak bajka na dobranoc. Lata sześćdziesiąte, czas głębokiego PRL-u zachowującego pozory politycznej odwilży. Mała, urokliwa miejscowość uzdrowiskowa i pensjonat o wdzięcznej nazwie „Fraszka”, prowadzony przez Annę Małecką, córkę przedwojennego pisarza. Właścicielka pensjonatu przygotowuje własną imprezę urodzinową dla garstki obecnie przebywających tu kuracjuszy i dla kilkorga najbliższych. Atmosfera wydaje się być wręcz sielankowa, jak ze starej pocztówki z urokliwego uzdrowiska. Goście pensjonatu to w końcu tak zwani ludzie na poziomie…

 

Pani Małecka miała szczęście i była tego świadoma. Tak się złożyło, że jej goście to wyłącznie ludzie z pozycją, wpływowi. Zapewniało jej to spokój i brak kontroli ze strony władz. Nikt właściwie nie wtrącał się do jej interesu. Nikomu nie musiała się nawet opłacać. Dlaczego ci wpływowi wybierali jej Fraszkę? Może na początku przyciągała ich przebrzmiewająca już sława ojca pani Anny. Może niektórych nobilitowało to, że mieszkają właśnie u niej, że im usługuje.

 

Imprezę można zaliczyć do udanych – goście świetnie się bawią, jubilatka trzyma poziom zapewniając smakowite potrawy i odpowiadającą wszystkim atmosferę. Autor prowadzi narrację właśnie jakby w rytm muzyki, w której delikatne dźwięki przeplatają nagłe mocniejsze uderzenia w klawisze, niczym zapowiedź zbliżającego się niebezpieczeństwa… Po imprezie urodzinowej wszyscy rozchodzą się do swoich pokojów, syci, rozbawieni, zadowoleni i nic nie zapowiada tragedii kolejnego, niedzielnego poranka. A ta zmieni sielski obrazek z początku opowieści w dużo bardziej ponury, malowany ciemnymi barwami i podejrzeniami portret dotąd spokojnej społeczności. Bo ktoś z obecnych w urodzinowy wieczór nie wstanie już w niedzielę z łóżka i nie zacznie kolejnego dnia…

 

Zastanawiałam się w jaki sposób opowiedzieć Wam o „Cenevole”, bo dla mnie ta powieść to coś więcej niż tylko klasyczna powieść kryminalna retro. Marek Żaromski bawi się gatunkami, w moim odczuciu prześlizguje się od jednego do drugiego, wytrąca czytelnika z równowagi, z dającego satysfakcję poczucia przewidywalności i rutyny. Z jednej strony mamy rzeczywiście fabułę kryminalną, poprowadzoną konsekwentnie, zgodnie z regułami gatunku. Jest trup, jest zamknięta, na pozór spokojna społeczność. Jest grono podejrzanych zawężone do grona biesiadników z pięćdziesiątych urodzin właścicielki pensjonatu. Do śledztwa zostaje oddelegowany porucznik Pol z komendy powiatowej w pobliskim Krzyżowcu. Nieoficjalnie w śledztwo włącza się przyjaciel pani domu, Stanisław Gorszewski. Prywatnie wuj prowadzącego śledztwa milicjanta, choć to bardzo niefortunne pokrewieństwo dla tego ostatniego. Były więzień ubeckich katowni nie prezentuje się dobrze w drzewie genealogicznym porządnego obywatela PRL-u, a już tym bardziej milicjanta robiącego karierę. Początkowo nieufnie nastawiony do wuja Pol szybko docenia w nim cichego sojusznika w szukaniu rozwiązania zagadki, która tylko z pozoru wydawała się prosta. Powoli opadają maski, na jaw wychodzą kłamstwa i kłamstewka, ale też prawdziwe podłości. Na pozór porządni kuracjusze, domniemane elity, prezentują pełen wachlarz skrupulatnie skrywanych grzechów głównych.

 

Z drugiej strony, przy okazji opisu prowadzonego śledztwa, Autor dyskretnie, ale przejmująco pokazuje tło społeczno – polityczne tamtych czasów. Przemyca bolesną prawdę o poziomie skomplikowania ludzkich losów, a także inwigilacji społeczeństwa przez aparat władzy. W tle śledztwa o morderstwo słychać echa przesłuchań ubeckich katowni. Przedstawicielem wrogów reżimu staje się właśnie Stanisław Gorszewski. Pokazując etapy jego prywatnego śledztwa Autor jednocześnie pokazuje jak bardzo skomplikowane stają się relacje międzyludzkie w reżimowych państwie, w którym każda prywatna rozmowa może trafić do akt w raporcie tajnego współpracownika służb, którym może być najbliższy kolega. Pokazuje również represje jakie nawet lata po wojnie dotykały ludzi związanych z konspiracją.

 

Ale to ciągle nie wyczerpuje wszystkich wątków tej powieści. Jest przecież również wątek muzyczny, który spaja klamrą wszystkie pozostałe i z którego zaczerpnięty został tytuł książki. „Cenevole” to tytuł symfonii skomponowanej w 1886 roku przez Vincenta d'Indy, której pełna nazwa to "Symphonie sur un chant montagnard français" ( Symfonia na temat francuskiej pieśni góralskiej ). W powieści z prawdziwym nabożeństwem słucha jej Stanisław Gorszewski i, przynajmniej w moim odczuciu, jest ona czymś w rodzaju metafizycznego antraktu pomiędzy kolejnymi aktami dramatu. Dodałabym, że ten dramat wykracza dalece poza kryminalną fabułę i zmusza czytelnika do postawienia sobie pytań o walkę Dobra ze Złem w świecie, o przestrzeń niewidoczną dla oczu, a jednak istniejącą i będącą tematem sporów filozofów i teologów. Autor splata w przedziwny sposób historię Stanisława i jemu podobnych z historią popełnionego właśnie morderstwa. Tematy kłamstwa i prawdy, zdrady i przebaczenia, strachu i odwagi nabierają wielu znaczeń. A gdzieś w tle, niczym cichy …Obecny? jest On. Bóg, Opatrzność, Los, każdy może nazywać Go innym imieniem, a jednak ta wielka (nie)Obecność jest również bohaterem tej opowieści.

 

Gorąco Wam polecam „Cenevole”. To nieoczywisty kryminał, nieoczywisty traktat filozoficzny, a może przypowieść o życiu i siłach nim targających? I o odwiecznej walce Dobra ze Złem, w której wcześniej czy później każdy musi się opowiedzieć po którejś stronie?... Jeśli szukacie powieści zmuszających do refleksji, oferujących coś więcej niż tylko chwile dobrej rozrywki, „Cenevole” Was nie zawiedzie!




niedziela, 5 lutego 2023

„Bezdroża”, czyli opowieść o meandrach miłości i samotności, pamięci genetycznej i traumie, z dźwigającym się z kolan powojennym Gdańskiem w tle

„Bezdroża” Ewy Popławskiej to moje pierwsze spotkanie z tą Autorką, ale nie ukrywam, że spotkanie wyczekiwane, więc propozycję zrecenzowania tej powieści przyjęłam z radością. Wpadła mi ona w oko już w zapowiedziach i liczyłam na coś innego, nietuzinkowego, co mnie zaskoczy. Czy się nie zawiodłam? O tym zaraz Wam opowiem :) .

 

Głównymi bohaterami „Bezdroży” jest pochodzące z Wilna młode małżeństwo, Ania i Kazik Warszawscy. Jest rok 1946, zmienia się mapa polityczna Europy. Polska, na nieszczęście, dostaje się w strefę wpływów sowieckich. Warszawscy opuszczają Wilno jak wielu innych Kresowiaków, zmuszeni właśnie sytuacją polityczną. Ich rodzinne miasto to już nie Polska, a Litwa. Na nowe miejsce zamieszkania wybierają Gdańsk, o którego pięknie pisała w listach ciocia Ani, Pola. Decydują się zatem na wyjątkową trudną i męczącą podróż w tych powojennych, surowych warunkach, z nadzieją na nowe, lepsze życie. Za sobą zostawiają nie tylko strony rodzinne, ale też groby wielu bliskich im osób i mroczne, niszczące wspomnienia z czasów wojny. Wspomnienia, które będą regularnie do nich wracać, nierzadko wpływając na ich decyzje i zachowania, a nawet dominując nad zdrowym rozsądkiem czy instynktem samozachowawczym.

 

Tymczasem Gdańsk z listów cioci Poli już nie istnieje. Okazuje się być jedną wielką ruiną i jednocześnie areną bezwzględnej walki o przetrwanie. Chcesz zacząć nowe życie? Musisz siłą lub sprytem znaleźć sobie i zająć puste mieszkanie zostawione przez uciekających w popłochu Niemców. Kto pierwszy, ten lepszy. Tu nie ma miejsca na sentymenty ani na przedwojenną kindersztubę. Liczy się wyłącznie siła i bezwzględność. I tak od pierwszych stron swojej powieści Ewa Popławska zanurza czytelnika w duszącej atmosferze tamtych czasów, gdy wybory, do podejmowania których codziennie byli zmuszani bohaterowie, były w najlepszym wypadku na granicy moralnej dwuznaczności. Do tego dochodzi osaczający wszystkich niczym iperyt trujący żołnierzy podczas Pierwszej Wojny Światowej jedyny „słuszny” system komunistyczny. Określenie obywatel nabiera zupełnie nowego sensu – to już nie podmiot, nie «członek społeczeństwa danego państwa mający określone prawa i obowiązki zastrzeżone przez konstytucję” ( patrz Słownik Języka Polskiego ), ale pionek w grze nowych władz, jednostka bez wartości wobec woli ogółu reprezentowanego przez komunistyczne wierchuszki. Autorka konsekwentnie i z dużą wprawą odmalowuje ten dławiący klimat represji, który w ludziach politycznie uświadomionych zabija radość z końca wojny. Opresyjny system nie zostawia nikogo apolitycznym, nie ma w nim miejsca na dyskusję czy miłosierdzie. Błędów się nie wybacza, a co gorsza, błędem może być właściwie wszystko.

 

Na tych ruinach, w tym trującym klimacie, Ania i Kazik zaczynają odbudowywać swoje życie. On, przed wojną uznany muzyk, dość szybko znajduje pracę zgodną z jego wykształceniem i w pewnym stopniu odzyskuje dawny splendor. Władza komunistyczna też chce się bawić, organizować gale i koncerty. Ania odnajduje się w tej rzeczywistości dużo gorzej. Pracuje w sklepie rybnym, jest wściekła na męża za pracę dla komunistów. Aż do momentu gdy dostaje pewną niebezpieczną propozycję – w ramach współpracy z nielegalnym podziemiem, jako wyjątkowo piękna kobieta, ma uwodzić wybranych komunistów w celu zdobycia o nich informacji i zdekonspirowania ich. Jest to tym niebezpieczniejsze, że obok Kazika i Ani pojawia się brat tego pierwszego Kostek, którego Ania podejrzewa o współpracę z komunistami. Do Gdańska przyjeżdża również Hania, siostra Ani. Ich relacje są bardzo napięte i trudne. Ania oddaje się swojemu nowemu zadaniu z zaskakującą pasją. Czy jednak manipulowanie ludźmi, kłamstwa, zabawa uczuciami, nawet w imię szlachetnych celów, mogą pozostać bezkarne?  Jak to wpłynie na małżeństwo Ani i Kazika? Jak tych dwoje młodych ludzi, już przeoranych trudną wojenną przeszłością, poradzi sobie z nowymi wyzwaniami?

 

Zaczęła zauważać w sobie zmianę, której pierwszym objawem była niedawna kłótnia z Hanią. To, że z bezwzględnością wygarnęła siostrze naiwność, niewiele przy tym czując, wydawało jej się z początku straszne. Jednak później, gdy biegła z paltem w dłoni, w obcasach włożonych tuż przy wyjściu z kamienicy, zdała sobie sprawę, że emocjonalny chłód jaki czuła, mógł pomóc jej w wykonywaniu zadań. Coraz częściej myślała właśnie o nich, a przede wszystkim o tym, ilu mężczyzn mogłaby w sobie rozkochać zupełnie bezkarnie, za pozwoleniem i wiedzą Kazika. Sądziła, że nigdy nie zrobiłaby niczego prawdziwie złego, a przeciwstawienie się systemowi uznawała za swój nadrzędny cel. ( str. 149 )

 

O świetnie odmalowanym tle historycznym i politycznym już wspomniałam. Duszna atmosfera tych czasów osacza i dławi czytelnika podobnie, jak dławi i przygważdża do ziemi bohaterów. Ale to nie jest jedyna zaleta tej powieści. „Bezdroża” to również wnikliwe, bolesne, momentami brutalne studium psychologiczne bohaterów, zwłaszcza Ani. Czytam bardzo dużo, dlatego ja już wiem, że wykreowanie bohaterki, która momentami budzi gniew, rozczarowanie, wręcz pogardę, żeby za chwilę z kolei wzruszyć czytelnika i sprawić, że zaskoczony odkrywa całą jej złożoność psychologiczną to nie lada sztuka. A Ewie Popławskiej to się w pełni udało. Czytając powieść, chwilami łapałam się za głowę i myślałam, że nigdy w życiu nie chciałabym spotkać osoby tak pozbawionej uczuć i egocentrycznej jak Ania Warszawska. Miotałam się od chwilowej sympatii aż do gniewu, od współczucia do pogardy. Tymczasem Autorka pomalutku, bez sztucznego przyśpieszania, odkrywa kolejne karty i pozwala poznać Anię, jej historię, jej rany. Bo „Bezdroża” to także opowieść o tym jak wielką wagę ma w życiu człowieka jego poczucie tożsamości, historia rodzinna zapisana niejako w genach, często nieuświadamiana, ale programująca nas na konkretne, niezrozumiałe dla nas samych zachowania. Pojawiający się pod koniec wątek pewnej pozłacanej popielniczki i tego, co z nią związane, uderza czytelnika obuchem i rozbija w proch całe jego wyobrażenie o Ani, cały ten portret złożony z małych kawałeczków podrzucanych w fabule przez Autorkę. Jak jest Ania? Dobra czy zła? Szlachetna czy wyrachowana? Zimna czy wrażliwa? Nie odpowiem Wam na te pytania, ale gorąco zachęcam do lektury i do samodzielnego poszukania odpowiedzi, bo jestem pewna, że Ania Warszawska nikogo nie pozostawi obojętnym ;) ! A ja, cóż, po dramatycznym i miażdżącym finale „Bezdroży” czekam na kolejną część historii Ani i Kazika Warszawskich. Gorąco, gorąco polecam, a Wydawnictwu PASCAL dziękuję za możliwość zrecenzowania tej powieści.

 

„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...