czwartek, 10 września 2020

„Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei” – opowieść, która leczy pamięć

 


Zacznę nietypowo. Z czym kojarzy się Wam Oświęcim? Podejrzewam, że co najmniej dziewięćdziesiąt procent z Was będzie miało jedno nasuwające się skojarzenie – z nazistowskim obozem koncentracyjnym Auschwitz. Czy nie tak właśnie jest? I to nie jest zarzut z mojej strony, bo sama miałam do niedawna wdrukowane identyczne skojarzenie. Co gorsza, jedyne. Dlatego od samego początku, od pierwszej zapowiedzi, zaintrygowała mnie książka „Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei”, która jest wspólnym dziełem trójki pasjonatów, Iwony Mejzy pisarki, autorki komedii kryminalnych „Wszystkie grzechy nieboszczyka”, „Wyszedł z domu i nie wrócił” oraz „Przepis na zbrodnię”, Tomasza Klimczaka – dziennikarza radiowego i telewizyjnego, miłośnika historii i Mirosława Ganobisa – miłośnika i propagatora historii Oświęcimia, twórcy prywatnego muzeum poświęconego historii miasta. Jest też częścią większego projektu, ponieważ oprócz książki powstał również film. To oparta na faktach opowieść o przedwojennym przedsięwzięciu biznesowym, które znacząco zmieniło ówczesne oblicze miasta i wpłynęło na losy dużej części jego mieszkańców dzięki powstałym miejscom pracy. Ale to przede wszystkim opowieść o pasji, o marzeniach, o ówczesnych wizjonerach, którzy mieli dość odwagi, żeby te swoje wizje przekuć w rzeczywistość, podjąć ryzyko, rzucić losowi rękawicę.

 

Macie sentyment do okresu dwudziestolecia międzywojennego? Myślę, że my, Polacy, mamy chyba słabość do tej epoki wpisaną gdzieś w genach. Przynajmniej mnie przez bardzo długi czas te dwadzieścia lat kojarzyło się z młodym, jeszcze zachłyśniętym świeżo zdobytą wolnością państwem, z radością, niespożytą energią, sukcesami, rozwojem. I z obrazkami trochę rodem z filmów z przedwojennego kina, w których przystojni, szarmanccy mężczyźni zdobywają piękne, eleganckie kobiety i jeżdżą cudnej urody limuzynami. Oczywiście, czas, wiedza o epoce i życiowe doświadczenie mocno utemperowały te moje filmowe wizje. Teraz wiem, że był to również czas biedy, a nawet nędzy, czas ogólnoświatowego krachu, licznych bankructw firm czy ogromnej przestępczości. A jednak wiadomość o książce, która opisuje powstanie jednej z najprężniej działających w tamtym okresie fabryk produkujących samochody podziałała mi od początku na wyobraźnię. Tym bardziej, że właściwie do tej pory nie wiedziałam nic o rynku motoryzacyjnym w przedwojennej Polsce i nie słyszałam nigdy wcześniej nazwy Oświęcim Praga. A gdybym ją nawet usłyszała, to na pewno nie wpadłabym na to, że chodzi o nazwę pięknego i, jak na tamte czasy, nowoczesnego samochodu!

 

„Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei” to z jednej strony opowieść ściśle oparta na faktach, z drugiej podbarwiona dzięki wyobraźni autorów historia pasji, namiętności, miłości i zawikłanych ludzkich emocji. Większość bohaterów to postacie historyczne, faktycznie istniejące, wskrzeszone na kartach książki na potrzeby opowiedzenia historii założenia w Oświęcimiu fabryki. To hrabia Artur Potocki i hrabia Roger Raczyński, pomysłodawcy i założyciele firmy, ksiądz Jan Skarbek i rabin Eliasz Bombach, filary oświęcimskiej społeczności. Nie brak w tej historii również postaci powszechnie znanych, które, jak się okazuje, miały związek z tą marką samochodu ponieważ go reklamowały w szeroko zakrojonej kampanii reklamowej, jak słynny śpiewak Jan Kiepura czy malarz Wojciech Kossak. Obok nich zaś pojawiają się bohaterowie fikcyjni, jak choćby elektryzująca kierowczyni i rajdowczyni Halina Toeplerowa czy wierny pracownik firmy, Jan Kozaczek, reprezentujący jedną z wielu rodzin, których losy były ściśle związane z losami fabryki.

 

Przyznaję, że bardzo się cieszę, że ta historia ujrzała światło dziennie, bo jest fascynująca i pobudza wyobraźnię. To opowieść o trudnej, ale jednocześnie ekscytującej drodze od pasji i marzeń do ich zrealizowania. Myślę, że mało kto, poza miłośnikami motoryzacji, słyszał o takim samochodzie jak Praga Oświęcim, tymczasem szeroko imponująca kampania reklamowa sprawiła, że było to auto, o którym marzyło wiele osób. Nie należy też zapominać, że mówimy o epoce ledwo kiełkującej motoryzacji, zwłaszcza w naszym kraju, który ledwo podniósł się z kolan i który dopiero walczył o odzyskanie należnej rangi na mapie Europy. Zrealizowanie takiego przedsięwzięcia jak założenie fabryki samochodów w tamtym czasie wymagało czegoś więcej niż tylko kapitału – wymagało wielkiej odwagi, wizji i brawury! Jeśli dodać do tego świat rajdów samochodowych, w których brali udział sami założyciele fabryki oraz całe ekipy startujące samochodami marki Praga Oświęcim, i to z dużymi sukcesami, mamy gotową, pełną rozmachu historię na film! I te piękne kobiety, rywalizujące między sobą w rajdach na równi z mężczyznami, pasje, namiętności, wzloty i upadki – ta historia porywa czytelnika, choć została opowiedziana ze szlachetną elegancją. A jeśli dodać jeszcze najprawdziwsze dziejowe zawirowania, w tym słynny krach ekonomiczny, trzeba przyznać, że w tej historii do końca nie braknie nerwu.

 

Jednak moim zdaniem największą, niezaprzeczalną zaletą tej książki, poza tym, że jest to pięknie napisana, fascynująca opowieść, jest fakt, że przywraca ona utraconą tożsamość miastu Oświęcim. Wskrzeszając je na kartach książki jako miejsce, gdzie mieszkali ludzie, którzy kochali, marzyli, ulegali złudzeniom, mocowali się z losem, walczyli, ŻYLI zwraca mu tożsamość, którą straciło w momencie, gdy powstał tam nazistowski obóz zagłady i niejako wymazał całą jego piękną przeszłość. I dlatego chylę czoła przed pomysłodawcami i twórcami książki i filmu, a sama zachęcam Was gorąco – sięgnijcie po „Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei”, bo to piękna część naszej historii i dobrze, że możemy ją odzyskać!





środa, 2 września 2020

„Zakłamane życie dorosłych” – czyli o sztuce degustacji wytrawnej prozy RECENZJA PREMIEROWA!

 


„Wierzę, że książki, kiedy już zostaną napisane, nie potrzebują swoich autorów. Jeśli książki te mają coś ważnego do powiedzenia, prędzej lub później znajdą czytelników; jeśli nie mają, to ich nie znajdą…”

 

Elena Ferrante to pisarka tak znana i wywołująca w czytelnikach oraz krytykach tyle skrajnych emocji, że pisanie na temat jej książek musi budzić jednocześnie ekscytację i lęk, i takie właśnie uczucia towarzyszą mi w tej chwili. Jednak z prawdziwą przyjemnością podzielę się z Wami recenzją jej najnowszej książki, „Zakłamane życie dorosłych”, która właśnie dziś ma swoją światową i polską premierę!

 

Parafrazując początek Ewangelii według świętego Jana, na początku było słowo. A dokładniej jedno zdanie wypowiedziane przez ojca głównej bohaterki, dwunastoletniej Giovanny, który w rozmowie z jej matką porównuje ją do swojej siostry, Vittorii. To pozornie niewinne zdanie kryje w sobie trujący ładunek – siostra ojca to osoba, która jest w ich rodzinie synonimem prostactwa oraz brzydoty moralnej i fizycznej. To jedno zdanie odbija się jak pocisk i rykoszetem uderza w podsłuchującą dziewczynkę rozrywając jej psychikę i jej poukładany dotąd świat, w którym rodzice jawili się jako chodzące ideały. Dla Giovanny zaczyna się gwałtownie proces dorastania, negowania wszystkiego, w co dotąd wierzyła, podważania autorytetów, ale również chaotycznego i pełnego pochopnych decyzji i błędów poszukiwania własnej tożsamości. Bolesnego, uwierającego najbardziej ją samą, doprowadzającego na zmianę do rozpaczy i do ekstazy.

 

To dojrzewanie Elena Ferrante pokazuje zderzając ze sobą dwa światy, dwa oblicza Neapolu. Z jednej strony mamy część reprezentowaną przez rodziców Giovanny i ich znajomych. Świat intelektualistów, ludzi zamożnych, szanowanych, dla których potwierdzeniem ich statusu intelektualnego i społecznego jest miejsce zamieszkania. Mieszkają w dzielnicy na górze podczas gdy dzielnice znajdujące się na dole Ferrante przedstawia jako trzewia Neapolu, odrażające, brudne, pełne moralnego zepsucia, biedoty, nieudacznictwa życiowego. To w tych odrażających trzewiach miasta żyje ciotka Vittoria, która młodą bohaterkę zaczyna fascynować w niezdrowy, momentami wręcz bałwochwalczy sposób. Boi się jej, podziwia ją, gardzi nią, pragnie jej miłości i akceptacji. Jednak w zderzeniu tych dwóch światów zaczyna z przerażeniem i fascynacją odkrywać coraz więcej niespójności między tym, co wpoili jej rodzice jako jedynie słuszne i moralnie właściwe, a ich zachowaniem w rzeczywistym życiu. Ojciec odmalowywał ciotkę Vittorię niczym mitycznego smoka, który zionie nienawiścią, kłamie i niszczy wszystko na swojej drodze. Według niego to ona może odebrać niewinność Giovannie i wciągnąć ją w swoje gierki. Jednak w zderzeniu z faktami dziewczyna odkrywa coraz więcej pęknięć na starannie pielęgnowanym obrazku własnej rodziny. A im głębiej Giovanna wchodzi w świat Vittorii, tym bardziej wali się świat dotąd budowany przez jej rodziców. W tym zabiegu widać coś, o czym Ferrante mówi otwarcie definiując swoje pisarstwo: „Interesuje mnie pisanie, w którym wykształceni ludzie, w uścisku emocji, odstawiają na bok wyrafinowane formułki. Bardzo lubię rozbijać pancerz dobrej edukacji i manier moich bohaterów. Zaburzać ich przekonania o samych sobie. Podkopywać ich determinację. Odsłaniać inną, bardziej szorstką duszę”. ( Cytat pochodzi z „Frantumaglii” – zbioru listów i esejów* ) Dokładnie tak dzieje się z rodzicami Giovanny, zwłaszcza z jej ojcem. Nagle dziewczynka odkrywa, że przecież on sam pochodzi z tych pogardzanych trzewi Neapolu, a wykształcenie oraz intelektualna swoboda to za mało, żeby uważać się za moralnie lepszego od swojej rodziny. Późniejsze zachowanie rodziców dobitnie pokaże, że świństwa, podłości i zdrady nie wybierają adresu zamieszkania i panoszą się równie często pod najlepszymi neapolitańskimi adresami co w slumsach Neapolu. Ostatecznie to przez nich Giovanna utraci dziecięcą niewinność, a sposób, w jaki autorka odmalowuje wewnętrzne splątanie zagubionej nastolatki to prawdziwe mistrzostwo. W sercu i duszy Giovanny tworzy się najprawdziwszy kołtun sprzecznych emocji, twór nie do rozplątania, bo każda próba, choćby najdelikatniejsza, musi przynieść ból.

 

Niesamowita jest ta część opowieści, która dzieje się właśnie w biednych dzielnicach, w których żyją Vittoria i im podobni. Proza Ferrante jest jednocześnie wytrawna i soczysta. Wytrawność intelektualnych dyskursów zderza z soczystością prawdziwego życia warstw ubogich. Neapol u Ferrante jest jednocześnie fascynujący i odrażający, budzący zachwyt i lęk. Politycznej poprawności i zakłamaniu ludzi wykształconych i bogatych, reprezentowanych przez rodziców Giovanny oraz ich przyjaciół, Mariano i Costanzę, autorka przeciwstawia momentami groteskową, rodem z oper mydlanych, emocjonalność ludzi zamieszkujących biedne dzielnice, w których kochanka razem z żoną wychowują wspólnie dzieci i obie celebrują pamięć po zmarłym ukochanym oraz cieszą się prawem do wdowieństwa. Sceny z domu Margherity, w którym Vittoria zachowuje się niczym pełnoprawny, szanowany członek rodziny to kwintesencja neapolitańskiej soczystości. Kto nigdy nie słyszał awantury zrobionej przez rodowitą neapolitankę nie będzie w stanie docenić kunsztu z jakim Ferrante stworzyła postać Vittorii. Ja miałam okazję zwiedzać Neapol i słyszeć soczystą awanturę wywołaną przez krewką neapolitankę i dlatego wiem, że Vittoria jest kwintesencją tego świata i jego złożoności. Zresztą,  w tym wypadku możemy w wypowiedziach autorki znaleźć wyjaśnienie dla owych fragmentów jakby z opery mydlanej lub, bo i takie skojarzenie miałam, z magicznych opowieści Gabriela Garcíi Márqueza: „Lubię wykorzystywać niskie rejestry. Przestałam wstydzić się tego, jak bardzo podobają mi się śmieciowe historyjki o miłości i zdradzie, które znajduję w kolorowej prasie kobiecej. Rozbudzają one we mnie pożądanie fabuły – niekoniecznie logicznej – i silnych emocji”. ( Cytat pochodzi z „Frantumaglii” – zbioru listów i esejów* )

 

To zderzenie dwóch światów być może bierze się również z doświadczeń samej autorki, która kiedyś przyznała: "Nie dorastałam w dostatku. Wspinanie się po drabinie ekonomicznej było dla mnie ciężkim doświadczeniem. I wciąż mam poczucie winy wobec tych, których pozostawiłam za sobą". ( Wywiad z Deborah Orr ) Może stąd wzięło się obnażenie małości ojca Giovanny, który ten świat za sobą zostawił i się go wstydzi, oraz zderzenie go z postacią Roberto, który urasta do roli kogoś w rodzaju charyzmatycznego proroka, a jego spłatą długu ma być powrót z Mediolanu, gdzie robi karierę naukową i bryluje wśród elity intelektualnej, do Neapolu, oraz małżeństwo z piękną, ale nie dorastającą mu intelektualnie do pięt Giulianą. Nawiasem mówiąc, to kolejna niesamowita bohaterka, a ja chętnie przeczytałabym powieść Ferrante o losach jej i Roberto po ślubie.

 

Mogłabym pisać bez końca o „Zakłamanym życiu dorosłych”, jego wielowarstwowości, ukrytych znaczeniach, przemyconych treściach, kunsztownie stworzonych postaciach, ale chciałabym, żebyście odkryli wyjątkowość tej prozy sami. Jej czytanie przypomina degustację wina przez sommeliera – im bardziej wytrawny i uważny czytelnik, tym lepiej oceni barwę, klarowność, lepkość oraz złożony bukiet tej prozy ;) . Wybaczcie te kulinarne porównania, ale książka Ferrante ma w sobie tak dużą dawkę sensualności, że nie sposób odbierać jej zmysłowo! Gorąco polecam!

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sonia Draga

*  Tłumaczenie cytowanych fragmentów pochodzi ze znakomitego artykułu Jakuba Zgierskiego: https://www.dwutygodnik.com/artykul/7743-inteligenci-bez-tradycji.html





środa, 26 sierpnia 2020

„Nie czas na tajemnice”, czyli opowieść o fałszywych tonach w rodzinnej symfonii - RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

 


„Dwadzieścia dwa lata znajomości. Tyle wystarczy, aby czytać w drugiej osobie jak w otwartej księdze. Wielokrotnie łapali się na tym, ze jedno zaczynało, a drugie kończyło myśl. Zdarzało im się też pomyśleć o tym samym w jednym momencie”.

 

O kim mowa? O bohaterach najnowszej książki Magdaleny Majcher z serii „Osiedle Pogodne” zatytułowanej „Nie czas na tajemnice”. A dokładniej o Klarze i Jacku Przybysławskich, parze z dwudziestoletnim stażem małżeńskim, świetnie układającym się życiem rodzinnym i zawodowym. Ona jest dyrektorką lokalnego muzeum, on szanowanym kardiologiem, a ich córka, Ewa, właśnie bezproblemowo dostała się na studia medyczne w Krakowie. Są zamożni, ustawieni w życiu, nie dotykają ich przyziemne problemy większości przeciętnie sytuowanych rodzin. W momencie, gdy ich poznajemy, największym problemem zdaje się być zmierzenie z syndromem opuszczonego gniazda, który właściwie dotyka głównie Klarę, bo to ona spędzała cały wolny czas z córką. Owszem, po dwudziestu latach małżeństwa dosięgła ich pewna rutyna, ale kto powiedział, że rutyna musi być zła? Zwłaszcza ta wypracowana przez lata w udanym związku? To przecież rutyna daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Ale czy na pewno?

 

Mimo tej pozornej sielanki Autorka od samego początku pokazuje subtelnie pewne pęknięcia w rodzinnym obrazku. To trochę tak, jakby od czasu do czasu wyczuć fałszywy ton w pozornie perfekcyjnie wykonanej symfonii. Niewprawnemu uchu będzie co prawda trudno go wychwycić, ale pozostanie niejasne wrażenie, że coś było nie tak. Dla mnie te fałszywe tony dały się wyczuć w irytacji Jacka zachowaniem Klary po wyjeździe Ewy czy choćby w stosunku Hani, siostry Klary, do jej męża. Generalnie jednak były to, jak wyżej wspomniałam, trudne do wychwycenia fałszywe tony. Tym większym tąpnięciem w życiu rodzinnym Przybysławskich okazuje się nagłe aresztowanie Jacka. Jego znaczenie można porównać do uszkodzenia fundamentów domu w trzęsieniu ziemi – budynek niby nadal stoi, ale bez oceny specjalistów trudno powiedzieć czy nie spadnie na głowy mieszkańców grzebiąc ich żywcem. W fabule najnowszej części „Osiedla Pogodne” aresztowanie Jacka, dosłownie i w przenośni, prowadzi do przeszukania podczas którego wychodzą na jaw intymne tajemnice domowników. Dosłownie takie skojarzenie mi się nasunęło – policjanta, który przeszukując dom podejrzanego, chcąc nie chcąc ogląda bieliznę jego żony i znajduje między zwiewnymi koronkami ukochaną, zniszczoną, bawełnianą koszulkę z plamą na środku, którą żal było wyrzucić.

 

„Nie czas na tajemnice” porusza bardzo dużo ważnych tematów, ale podstawowymi są zaufanie oraz szczerość w związku. Klara nagle zostaje skonfrontowana z poważnymi oskarżeniami stawianymi swojemu mężowi i musi podjąć decyzję, po czyjej stronie stanąć. Sytuacja jest bardzo trudna, z gatunku tych najtrudniejszych, bo nie ma żadnych twardych dowodów winy, jest tylko słowo przeciwko słowu. Ale czy aby na pewno? Nie do końca, bo ta konkretna sytuacja przywołuje z odmętów przeszłości pewne wydarzenia, które mocno zachwiały zaufaniem kobiety wtedy i które nawet teraz, po latach, okazują się być niczym rdza powodująca nieodwracalne zniszczenia. Ale czy słusznie? Czy przeszłość powinna rzeczywiście rzutować na teraźniejszość? Jakie są granice zaufania i kontroli? Czy kiedyś popełnione błędy usprawiedliwiają wydanie na kogoś wyroku? Kiedy nakręca się medialna nagonka i tym samym wciąga w sprawę również Klarę i Ewę, sytuacja staje się naprawdę trudna. I tutaj, po raz kolejny, chcę pochwalić Magdalenę Majcher za niesztampowe rozwiązania. Świetnie wodzi za nos czytelnika podsuwając mu możliwe scenariusze po to, żeby za moment zagrać ma na nosie udowadniając, że prawda jest o wiele bardziej skomplikowana niż mogło się wydawać. Zwłaszcza finał jest naprawdę świetny, bo psychologicznie wiarygodny, a jednocześnie zaskakujący i kolejny raz rujnujący dobre samopoczucie czytelnika przekonanego, że już wszystko wie ;) ! Brawo! Lubię takie książki!

 

Dla mnie ta opowieść to również przestroga przed zbytnią pychą i pewnością siebie. Powiem szczerze, Klara nie wzbudziła mojej pełnej sympatii, zwłaszcza z powodu jej stosunku do Hani, młodszej siostry. Magdalenie Majcher udało się dobrze pokazać tak charakterystyczny dla ludzi, którym dobry wiatr wyraźnie sprzyja w życiu, rys pewnej arogancji, przekonania o własnej wyższości i nieomylności. Tymczasem potępiana przez Klarę za styl życia Hania wydaje się mieć, od samego początku, o wiele lepszą intuicję i lepsze rozeznanie sytuacji. I, powiem szczerze, wzbudziła we mnie o wiele większą sympatię niż Klara. Nie wiem, czy to tylko mój osobisty odbiór obu postaci czy zamierzony przez Autorkę efekt, ale wątek więzi siostrzanych jest w tej książce również bardzo ciekawie pokazany.

 

Podsumowując, „Nie czas na tajemnice” to kolejna już książka Magdaleny Majcher, która porusza ważne, życiowe tematy, a czyni to w sposób przemyślany, zmuszający czytelnika do pogłębionej refleksji. I po raz kolejny Autorka udowadnia to, za co bardzo ją cenię, a mianowicie porządne zakorzenienie w prawdziwym życiu, które bywa raczej gorzko-słodkie niż cukierkowe i które nie raz i nie dwa potrafi niehonorowo znokautować. Na tle wielu cukierkowych powieści obyczajowych te Magdaleny Majcher naprawdę wyróżniają się tą wiernością życiowej prawdzie. Jednak nie myślcie, że są przez to przygnębiające! Przeciwnie, zawsze ostatecznie Magdalena Majcher zdaje się cichutko nucić „uparcie i skrycie, ach życie kocham cię, kocham cię nad życie”! Gorąco Wam polecam nie tylko najnowszy tom, ale całą serię „Osiedle Pogodne”!

 

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pascal :) !


czwartek, 20 sierpnia 2020

„Zamiana”, czyli kubek najlepszej gorącej czekolady dla duszy ;) !

 


Obiecałam Wam wczoraj recenzję książki, która kusiła mnie opisem i urokliwą okładką od momentu, gdy zobaczyłam jej pierwszą zapowiedź i słowa dotrzymuję. Bardzo chcę się z Wami podzielić wrażeniami z lektury, bo uważam, że ta książka jest doskonała na ten trudny czas pandemii, gdy jeszcze nie opamiętaliśmy się po miesiącach przymusowej izolacji, a tymczasem sytuacja jest nadal dynamiczna czyli …niepewna. Dobrze w taki czas zanurzyć się w lekturze książki, która otula ciepłem, wzrusza i bawi. Mowa o „Zamianie” Beth O’Leary, autorki bestsellerowych „Współlokatorów” wydanej przez Wydawnictwo Albatros.

 

Czy ktoś z Was pamięta jeszcze komedię romantyczną „Holiday” z 2006 roku, z Cameron Diaz i Kate Winslet? Cytując dostępny opis filmu ze strony filmweb: „Dwie kobiety, które nigdy się nie spotkały i mieszkają w odległości ponad 4 000 kilometrów, spotykają się w sieci, na stronie pomagającej aranżować zamianę domów i pod wpływem impulsu wymieniają się miejscami zamieszkania”. „Zamiana” Beth O’Leary jest oparta na niemal identycznym pomyśle tylko w jej opowieści zamieniają się …babcia i wnuczka ;) . Robiąca karierę w Londynie Leena, po spektakularnym ataku paniki podczas prezentacji dla arcyważnego klienta, zostaje wysłana przez swoją szefową na przymusowy dwumiesięczny zaległy urlop. To wydarzenie pełni rolę kostki domina, która wywracając się popycha ciąg innych kostek, ułożonych za nią, i sprawia, że wszystkie się przewracają. Leena, oszołomiona tym nagle podarowanym czasem, dotąd uzależniona od pracy, nie wie, co ze sobą zrobić, więc postanawia odwiedzić swoją babcię, Eileen, mieszkającą w Hamleigh-in-Harksdale, maleńkiej miejscowości w Yorkshire liczącej stu sześćdziesięciu ośmiu mieszkańców. To, co początkowo miało być tylko wypadem na weekend pod wpływem impulsu zmienia się w coś dużo odważniejszego – dwie kobiety, tak różniące się wiekiem, doświadczeniem, priorytetami w życiu, postanawiają zamienić się na czas urlopu Leeny mieszkaniami. Wschodząca gwiazda londyńskiej korporacji zostaje w wiejskim domku babci, a starsza pani rusza na podbój Londynu. Przyznajcie, że już sam pomysł na fabułę, dzięki doborowi tak różnych bohaterek, jest znakomity! A co z wykonaniem?

 

Przyznaję, że od początku miałam dobre przeczucia co do tej książki, ale lekki dreszczyk niepewności towarzyszył mi, gdy po nią sięgałam. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie, bo Beth O’Leary wyciska ze swojego pomysłu wszystko, co najlepsze, jak sok z dorodnej cytryny ;) . Przede wszystkim, wbrew pozorom, nie jest to tylko lekka wakacyjna opowiastka. Pod warstwą ciepła i wspaniałego humoru kryje się dużo więcej. I tak „Zamiana”, choć tak pogodna, jest przede wszystkim opowieścią o stracie i jej oswajaniu. Ów znamienny atak paniki Leeny nie wziął się znikąd. Był związany z przeżyciami, które ma za sobą – śmiercią jedynej siostry, Carli, która umarła na raka rok wcześniej. Ta śmierć pozostawiła wyrwę, której żadna z kobiet z rodziny Cotton nie potrafi zasypać. Leena ucieka w pracę, jej matka, Marian, w coraz dziwniejsze terapie, a babcia, choć jako jedyna zdaje sobie sprawę z problemu, mimo wysiłków nie potrafi scalić pękniętych więzi. „Zamiana” to również opowieść o wartości i sile osób starszych i o ich tęsknocie za normalnym życiem. Gdy Leena i Eileen zamieniają się mieszkaniami, wydaje się naturalne, że to młoda kobieta świetnie sobie poradzi w maleńkiej społeczności natomiast dla babci zetknięcie z londyńskim życiem może okazać się co najmniej szokujące. Tymczasem niespodzianka goni niespodziankę. Leena odkrywa, że pozornie łatwe zadania jej babci w rzeczywistości przyczyniają się do scalenia całej małej, ale charakternej społeczności Hamleigh-in-Harksdale. Z kolei Eileen, po otrząśnięciu się z pierwszego szoku wynikającego ze zderzenia z tempem życia w Londynie, odkrywa szybko nie tylko jego zalety, ale też jego powierzchowność, płytkość relacji oraz osamotnienie ludzi starszych. Co z tego wyniknie, nie zdradzę, musicie to przeczytać sami, a gwarantuję, że warto! Powiem szczerze, ta książka to gotowy materiał na komedię romantyczną, oczami wyobraźni już widziałam pewne sceny, choćby robiący wrażenie pierwszy spacer Leeny z psem sąsiada ;) albo te z festynu w Hamleigh-in-Harksdale czy też londyńskie wyczyny Eileen. Nawiasem mówiąc, zastanawiałam się, która ze znakomitych brytyjskich aktorek mogłaby się wcielić w rolę żywiołowej seniorki i oczami wyobraźni widziałam Helen Mirren, Maggie Smith czy też Judi Dench, bo to jest postać godna najwybitniejszych z nich.

 

„Zamiana” to opowieść pełna niespotykanego ciepła, wrażliwości, kojącego humoru, mądrości i optymizmu. Jest niczym gorąca czekolada, którą Eileen przygotowywała dla Leeny – rozgrzewa, osładza życie i czyni znośniejszym nawet najbardziej ponury dzień. Jeśli potrzebujecie takiego kubka gorącej czekolady dla duszy – sięgnijcie koniecznie po tę książkę! Nawiasem mówiąc, „Zamiana” ukazała się w serii Mała Czarna i po tej lekturze wiem już na pewno, że to seria dla mnie! Gorąco Wam polecam tę niezwykłą opowieść, a sama …czekam na ekranizację ;) ! Taki znakomity materiał na film nie może się zmarnować!

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Albatros.


czwartek, 6 sierpnia 2020

"Zaczekaj na mnie", czyli powieść - ciastko z niespodzianką ;) !


Monika Michalik debiutowała w ubiegłym roku doskonale przyjętą przez czytelników powieścią „Bądź moim marzeniem”, o której pisałam na moim blogu tutaj: https://ogrodkwitnacychmysli.blogspot.com/2019/06/badz-moim-marzeniem-piesn-pochwalna-dla.html Ci z Was, którzy czytali książkę lub moją recenzję wiedzą już doskonale, że debiutancka książka Moniki przypominała ciastko z niespodzianką ;) . Pod budzącą czysto wakacyjne skojarzenia okładką kryły się treści o dużym ciężarze gatunkowym, które niejednego mogły mocno zaskoczyć. Moim zdaniem było to jednak zaskoczenie z gatunku bardzo pozytywnych, bo lubię, gdy książki obyczajowe nie są tylko pewnego rodzaju kalką sprawdzonych schematów, ale zakłócają strefę komfortu czytelnika i zmuszają go, żeby ją opuścił. Nie będę ukrywać, apetyt rośnie w miarę jedzenia, byłam więc bardzo ciekawa czym zaskoczy mnie Monika Michalik w swojej drugiej powieści, „Zaczekaj na mnie”, która swoją premierę miała miesiąc temu.

 

I znowu mamy budzącą bardzo jednoznaczne, romantyczno – wakacyjne skojarzenia okładkę, na której wyeksponowana została twarz pięknej kobiety przytulonej do męskiej piersi. Nie zapominajcie jednak, że ta Autorka jest specjalistką od produkcji ciastek z niespodzianką ;) ! Czy zatem i tym razem zaskoczy nas wykreowana przez nią historia? Początek wydaje się lekki i sugeruje przewidywalną fabułę. Oto do pustego poza sezonem pensjonatu „Bryza”, w którym pracuje Amelia, główna bohaterka książki, przyjeżdża znany pisarz, Aleksander Domański. Mężczyzna podwójnie atrakcyjny, nie tylko fizycznie, ale i ze względu na swój zawód, tak podziwiany i pożądany przez kobiety. Wiadomo, że jak pisarz, to i romantyk, co to będzie kobiecie fundował kolacje przy świecach oraz będzie jej deklamował wiersze przy blasku księżyca. Domański, świadomy tego uwielbienia, roztacza wokół siebie aurę zdobywcy niewieścich serc, co niekoniecznie pozytywnie wpływa na Amelię. A jednak od ich pierwszego spotkania w pensjonacie między obojgiem zaczyna coś iskrzyć. Jej imponuje pisarz z wielkiego miasta. Jemu podoba się śliczna, zadziorna dziewczyna. Wszystko wskazuje na klasyczny, wakacyjny romans w pięknych, nadmorskich plenerach. Ale to nie z Moniką Michalik takie numery;) ! Ledwo bowiem zaczynamy się wygodnie rozsiadać w tej historii, jak w kinie, przekonani, że przed nami co prawda schematyczna, ale sprawdzona i w sumie miła sercu fabuła, pojawia się trzeci bohater i przestaje być tak sielankowo. A ten trzeci to tak naprawdę ten pierwszy. Pierwszy w życiu Amelii, Grzegorz, jej mąż, nałogowy alkoholik. Mężczyzna, który stopniowo jej życie zamienia w piekło, ale ona, pomna złożonej małżeńskiej przysięgi, uważa, że powinna ratować swój związek i swojego męża za wszelką cenę. I nagle całą miłą przewidywalność opowiadanej historii zastępuje emocjonalna huśtawka.

 

Monika Michalik po raz kolejny pod płaszczykiem miłej, wakacyjnej historii przemyca ważkie tematy. W debiutanckiej książce był to temat ciężkiej choroby. W „Zaczekaj na mnie” to temat alkoholizmu oraz współuzależnienia małżonka / partnera osoby chorej. Amelia jest współuzależniona, ale nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, pomimo nieocenionego wręcz wsparcia, jakiego przez cały czas udziela jej Kaśka, jej przyjaciółka. Autorka pokazuje kolejne etapy współuzależnienia, które w pewnym momencie mogą doprowadzić do tragedii. Dla podkreślenia wagi gatunkowej tematu do opowieści zostaje wprowadzona jeszcze jedna bohaterka z trudną, traumatyczną przeszłością, Marta, właścicielka pensjonatu i szefowa Amelii. Jej losy to ilustracja tego, do czego może doprowadzić nieprzepracowana trauma oraz jakim uwolnieniem i oczyszczeniem może się zakończyć stawienie jej czoła. Ale proszę, nie przerażajcie się i nie myślcie, że książka Moniki Michalik ze względu na poruszony temat jest ciężka w odbiorze i niełatwo się czyta! Wręcz przeciwnie – lekkie pióro Autorki i jej staranna polszczyzna sprawiają, że powieść pochłania się jakby to był faktycznie lekki, przyjemny, wakacyjny romans. Wszystko, co trudne w tej opowieści równoważą skrzące ciepłem i humorem dialogi, urzekające opisy przyrody i te wszystkie wątki, które niosą Amelii nadzieję na zbudowanie lepszej przyszłości. Monika Michalik pokazuje w swojej książce decydującą rolę miłości i prawdziwej, wiernej przyjaźni, które człowiekowi z życiem w ruinie mogą dać siły do budowania od nowa. Amelia jest współuzależnioną żoną alkoholika, ale jest również kobietą pożądaną i kochaną przez innego mężczyznę, a nade wszystko jest ukochaną przyjaciółką dla Kaśki. Kaśka i jej, mąż, Damian to niezwykle pozytywni bohaterowie tej opowieści, a ich związek jest przeciwieństwem dla chorego związku Amelii i Grzegorza. Autorka wprowadza też bardzo udanie wątek pewnego odkrycia z przeszłości i poszukiwania …skarbu ;) , czym po raz kolejny nadaje lekkości snutej opowieści pomimo ciężaru gatunkowego głównego wątku. I, oczywiście, nie zabraknie też lirycznie i wzruszająco pokazanego wątku miłości Aleksandra i Amelii, co z pewnością będzie zachętą dla tych czytelników, którzy szukają wątków romantycznych. Nie jest to jednak odpustowy romantyzm, ale piękna, choć od początku trudna i wystawiona na wielkie próby miłość dwojga dojrzałych ludzi. Dojrzałych ze względu na bagaż przeżytych doświadczeń. Czy miłość Aleksandra i Amelii ma szanse na happy end? Czy współuzależnienie dziewczyny nie stanie się przysłowiową kulą u nogi nie pozwalającą jej rozwinąć skrzydeł i polecieć? Czy trwała, wierna przyjaźń może stać się antidotum na wieloletnią agresję i wpajanie poczucia, że jest się nic nie wartym?

 

Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, sięgnijcie koniecznie po „Zaczekaj na mnie” Moniki Michalik! Gwarantuję, że znajdziecie w tej powieści wszystko, co lubicie: i wartko snutą opowieść, i romantyzm, i ważne tematy, i ciepło, i humor, i szczyptę tajemnicy! A dla mnie od tej pory Monika Michalik pretenduje do miana autorki powieści – ciastek z niespodzianką ;) . I z radością czekam na kolejne, bo bardzo lubię niespodzianki!

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Autorce i Wydawnictwu Znak.


sobota, 1 sierpnia 2020

„Tyle nowych dróg” – czyli o zawartości życia w życiu ;) !



 

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce wydanej przez Wydawnictwo, które powstało zupełnie niedawno, ale któremu od pierwszych chwil szczerze i z całego serca kibicuję i trzymam kciuki, żeby odniosło prawdziwy sukces na rynku wydawniczym. Mowa o Oficynie Wydawniczej Silver, która powstała z myślą o wydawaniu książek „o zwykłym życiu, w których każde pokolenie odnajdzie dla siebie inspirację”. Jednocześnie Silver zadbało o dojrzałych czytelników mających nierzadko problemy ze wzrokiem i swoje książki drukuje wykorzystując duży, przyjazny dla oka czytających druk. To godna najwyższej pochwały inicjatywa – sama niejednokrotnie wysłuchiwałam skarg mojej Mamy czy Babci, które z trudem czytały powieści ulubionych autorek wydrukowane maleńkimi, niemal nieczytelnymi literkami. Zresztą, ja sama, krótkowidz od niepamiętnych czasów, też nie pogardzę dużym drukiem ;) !  A jakby mało było tego wszystkiego, powieści Oficyny Wydawniczej Silver są wyjątkowo starannie i pięknie wydane, o czym przekonałam się osobiście zamawiając je dla mojej Mamy na Dzień Matki. Możecie mi uwierzyć – to czysta przyjemność wziąć do ręki takie książki!

 

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić wrażeniami z lektury powieści Agnieszki Olejnik „Tyle nowych dróg”. Głównymi bohaterkami są pięćdziesięciopięcioletnia Maria, wypalona zawodowo nauczycielka, żona skąpca i tyrana, który manipuluje nią od lat, jej dziesięć lat starsza siostra Anna oraz o pokolenie młodsza od Marii Laura, graficzka komputerowa, rozwódka, która żyje w stanie wewnętrznego zamrożenia ale nie dostrzega żadnego problemu dopóki nie potrząśnie nią przyjaciółka i nie wyśle jej na pewną specjalną terapię. W pewnym momencie drogi wszystkich tych kobiet się skrzyżują, nie zdradzę jednak jak i gdzie – to sobie przeczytacie sami. Mogę jedynie zdradzić, że małym kamyczkiem, który wywoła najprawdziwszą lawinę w życiu Marii stanie się powrót jej siostry, Anki, z Kanady, gdzie wyemigrowała jeszcze przed stanem wojennym i mieszkała aż do teraz. I nagle, bez uprzedzenia, Anna wraca do Polski, porzucając całe dotychczasowe życie i stając się inspiracją dla młodszej siostry. Zanim to jednak nastąpi, musi dojść do wielu konfrontacji, wiszące w powietrzu emocje muszą zostać wypowiedziane, a czasem nawet wykrzyczane, a naga prawda o każdej z bohaterek musi się im objawić bez miłosiernego retuszu. Nie będzie to dla nikogo łatwe, lekkie ani przyjemne, ale w ostatecznym rozrachunku okaże się zbawienne.

 

„Marysia nigdy wcześniej nie myślała o tym, co się z nią stało – z nią i z jej małżeństwem. Przyjazd Anki początkowo był powodem do radości, bo wybił młodszą z sióstr z monotonii i rutyny. Z czasem jednak coś zaczęło ją uwierać, coś przeszkadzało niczym odcisk albo kamyk w bucie. Stopniowo zaczęła sobie zdawać sprawę, co to takiego: pytania Anny sprawiały, że musiała formułować odpowiedzi – a te nie były komfortowe”. ( str. 36 ) Nie myślcie, proszę że „Tyle nowych dróg” to kolejna pogodna opowiastka ku pokrzepieniu serc. Oczywiście, Autorka ma lekkie pióro i posługuje się piękną polszczyzną, co sprawia, że książkę czyta się z wielką przyjemnością. Ale pod tym lekkim piórem i starannym językiem kryją się ważkie tematy przedstawione bez cukierkowych pocieszeń. Ta opowieść jest o tym, że bez względu na okoliczności zewnętrzne oraz traumy, jakich doświadczyliśmy oraz bez względu na cyferki w naszej metryce w każdym momencie naszego życia sami jesteśmy kowalem własnego losu i tylko od nas zależy to, jaki kształt on przybierze. Od odpowiedzialności za własne decyzje nie zwalniają nas ani przeżyte trudne doświadczenia, ani wiek, ani niesprzyjające okoliczności. Pięknym mottem książki jest zdanie, które Anna pisze do Marii: „Bo wiesz, nie chodzi o to, ile będzie lat w tym życiu, tylko raczej – ile będzie życia w tych latach”. ( str. 166 ) Nawiązując do słynnej polskiej komedii, liczy się ile jest procent życia w życiu! Przekonają się o tym bohaterowie powieści, ale w jaki sposób, tego Wam nie zdradzę, bo nie chcę Wam odebrać przyjemności z lektury :) .

 

Dodam jeszcze tylko, że w książce nie brakuje wielu rozczulających, lubianych przez czytelników wątków, pojawia się i pewien zaskakujący kot Ryszard Ty Draniu ;) , i niezwykle klimatyczna kawiarenka Cuda Wianki, i pewien Dyskusyjny Klub Książki, którego spotkania przebiegają niekoniecznie zgodnie ze sprawdzonymi schematami. Pomimo ważkiej tematyki, przyjemnie jest zanurzyć się w klimacie tej powieści. Dlatego serdecznie Was do tego zachęcam, a Oficynie Wydawniczej Silver z serca kibicuję!


niedziela, 26 lipca 2020

"Uśpione pragnienia", czyli o tym, do czego może doprowadzić wybuch wulkanu...


Wczoraj rano skończyłam czytać najnowszą powieść Agaty Kołakowskiej, "Uśpione pragnienia", i czuję się po tej lekturze przeorana emocjonalnie. Znakomita powieść z drugim dnem, bo tutaj nie liczy się tylko sama fabuła, ale również prawdy o ludzkiej kondycji, które Autorka przemyca między wierszami. Od kilku lat czekam na każdą nową powieść Agaty Kołakowskiej jak na wydarzenie, bo to jedna z tych pisarek, które nie boją się eksperymentować, poszukiwać, zbaczać z utartych ścieżek, nawet jeśli zapewniłyby im one grono wiernych czytelników. Za każdym razem dostajemy coś nowego, a to flirt międzygatunkowy, a to nawiązania, które trzeba sprytnie wyłuskać z treści, a to zabawę gatunkiem.

Tym razem Autorka proponuje nam przyjrzeć się temu, do czego mogą nas doprowadzić głęboko skrywane, uśpione pragnienia, gdy nagły splot okoliczności sprawi, że wypłyną na wierzch niczym lawa z budzącego się wulkanu. Zaczyna swoją opowieść od mocnego uderzenia – dwie kobiety, mocno skonfliktowane, w jednym samochodzie, nocą, zimą, na śliskiej drodze, ulegają wypadkowi po zderzeniu z jeleniem, który nagle wybiegł wprost przed samochód. Rozdziały podzielone są na „teraz” i „wtedy”. „Teraz” to dwie bohaterki uwięzione w strzaskanym samochodzie na praktycznie bezludnej drodze. „Wtedy” to opowieść o tym, jak doszło do ich spotkania i jak rozwijała się ich znajomość. Magda i Bianka poznały się dzięki audycji radiowej, w której ta pierwsza była współprowadzącą, a druga zaproszonym gościem. Od pierwszych chwil poczuły niezrozumiałą wzajemną fascynację, której źródła szybko zaczęły upatrywać w fakcie, że są astralnymi bliźniaczkami. Urodziły się w tym samym roku, tego samego dnia i o tej samej godzinie. Poza tym jednak ich sytuacja zawodowa i osobista jest diametralnie różna: Magda to szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci, Franka i Zosi, udzielająca lekcji z angielskiego i dorabiająca sobie w radiu. Bianka to znana reportażystka, bezdzietna, żyjąca w szczęśliwym wolnym związku z Tomkiem.

Wydawać by się mogło, że taka konstrukcja posłuży do opowieści o pokrewieństwie dusz i przyjaźni, ale takie szablony to nie u Agaty Kołakowskiej. Autorka z niezwykłą wirtuozerią pokazuje jak spotkanie dwóch bohaterek prowadzi je do konfrontacji z własnymi pragnieniami. To, co początkowo wydaje się być sielankowym wręcz porozumieniem i uzupełnieniem szybko przemienia się w pułapkę i samonakręcającą się spiralę wzajemnych pretensji i niedopowiedzeń. Bianka z przyjemnością zajmuje się dziećmi Magdy, gdy ta potrzebuje pomocy. Magda dzięki znajomości z Bianką ma okazję wyrwać się z domu, poznać ludzi z kręgu literatury i sztuki, przypomnieć sobie czasy, gdy była kimś więcej niż tylko żoną i matką upchniętą w ciasne szablony wymagań rodziny i znajomych. Ale ta symbioza szybko okazuje się być trująca. A dzieje się tak, ponieważ bohaterki skrywają przed sobą nawzajem swoje prawdziwe pragnienia. Celuje w tym zwłaszcza Bianka, która w niektórych momentach wydawała mi się być postacią diaboliczną, rodem z thrillerów czy psychologicznych horrorów. Chociaż obie bohaterki mają sporo za uszami, okłamują się nawzajem i manipulują sobą, zdecydowanie Bianka jest w tym mistrzynią podczas gdy Magda jest co najwyżej początkującą uczennicą. Ale Agata Kołakowska bawi się czytelnikiem, ile razy wydaje się nam, że dobrze zaszufladkowaliśmy każdą z bohaterek, nagły zwrot akcji sprawia, że znowu nie wiemy, co o nich myśleć. Autorka nie pozwala czytelnikowi oprzeć się na, jakże kuszącej, klasyfikacji „winna / niewinna”. Przeciwnie, pokazując złożoność postaci oraz ich motywacji wytrąca nas z dobrostanu i poczucia wszechwiedzy.

Jednym z głównych bohaterów książki jest macierzyństwo, ale przedstawione w sposób daleki od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. I chwała za to Autorce! W kraju, w którym żyjemy przesiąknięci posuniętym czasem do absurdu kultem Matki Polki pokazywanie macierzyństwa jako czegoś odległego od sielanki rodem z reklam jogurtów zakrawa wręcz na bluźnierstwo. Jesteśmy przyzwyczajeni do skrajności: święte macierzyństwo albo patologia. Na jednym końcu mamy matki narażające się na śmierć, żeby terapią przeciw rakowi nie zabić dziecka, które noszą pod sercem, na drugim …matkę Madzi. Nie ma nic pośrodku, tak jakby macierzyństwo nie zawierało w sobie całej palety barw, od tych jasnych, aż do najciemniejszych. Tymczasem Agata Kołakowska pokazuje to, co może się zdarzyć pośrodku. Tam, gdzie czuła, szczerze kochająca swoje dzieci matka zostanie tak przygwożdżona oczekiwaniami innych, że zagubi gdzieś własną tożsamość. Rola matki wessie wszystkie jej inne życiowe role, rozrośnie się w niej niczym pasożyt, który na końcu zabija organizm, na którym żeruje. Nie myślcie jednak, że opowieść Agaty Kołakowskiej to jakiś feministyczny manifest depczący wszystko, co związane z tradycyjnie pojmowanym macierzyństwem. Przeciwnie, Autorka pokazuje wszystkie bolesne i nieodwracalne konsekwencje wyborów, jakie podejmują obie bohaterki. Nie ma tutaj mowy o łatwych rozwiązaniach. Tak jak w prawdziwym życiu, każda podjęta decyzja pociąga za sobą zarówno skutki pozytywne jak i negatywne. W życiu liczy się, żeby ich bilans był na plus. Ale żeby tak się stało, decyzje muszą być podejmowane w wolności od emocji. Tymczasem Magda i Bianka wikłają się w swoich emocjach jak kot, który rozplątał kłębek włóczki, po czym cały się w nim zaplątał.

„Uśpione pragnienia” to również traktat o tym, co może się z nami stać jeśli nie będziemy wierni sobie i nie będziemy umieć na czas rozpoznać i zdefiniować swoich emocji. Podczas gdy Magda dąży do ich poznania za wszelką cenę, nawet metodą prób i poważnych błędów, Bianka systematycznie tłamsi swoje najskrytsze emocje i okłamuje przede wszystkim samą siebie. A ponieważ nie da się budować na kłamstwie, ona również będzie musiała ponieść konsekwencje podjętych decyzji lub ich braku. Ale jeśli chcecie przekonać się co dokładnie przydarzyło się obu bohaterkom, sięgnijcie koniecznie po „Uśpione pragnienia”! Tą książką Agata Kołakowska po raz kolejny udowodniła, że jest jedną z najlepszych polskich autorek powieści obyczajowych i ma na pewno w zanadrzu jeszcze dużo niespodzianek dla swoich czytelników! Doskonała powieść, nie wahajcie się ani chwili, to jest lektura obowiązkowa spośród lipcowych nowości!!!



„Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei” – opowieść, która leczy pamięć

  Zacznę nietypowo. Z czym kojarzy się Wam Oświęcim? Podejrzewam, że co najmniej dziewięćdziesiąt procent z Was będzie miało jedno nasuwając...