wtorek, 13 lipca 2021

„Krok do miłości” – czyli slow life po żuławsku – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

 



Sylwia Kubik zawojowała i podbiła serca czytelników przepiękną serią powiślańską, a teraz wraca do nas z pierwszym tomem zupełnie nowego cyklu. „Krok do miłości”, bo to o tej książce mowa, to zaproszenie na piękne, malownicze, ale również pełne tajemnic oraz borykające się z balastem bolesnej przeszłości Żuławy. Nie wiem jak Wy, ale ja przywiązałam się do mieszkańców Brzozówki, czyli bohaterów poprzedniej serii. Dlatego po nową książkę sięgnęłam z radością, ale i ze szczyptą lęku. Zastanawiałam się czy polubię nowych bohaterów równie mocno i czy żuławskie klimaty urzekną mnie podobnie jak te powiślańskie.

 

Głównymi bohaterami „Kroku do miłości” jest dwójka młodych ludzi, Ewa i Kamil. Choć ich losy toczą się oddzielnie, w pewnym momencie bieg wydarzeń ( i wola Autorki ;) ) splotą je ze sobą. Zanim to jednak nastąpi, czytelnik może dobrze poznać każde z nich. Ewa to dziewczyna wrażliwa, dobra, szczera, ale i życiowo naiwna. Wychowana w domu naznaczonym rodzinną tajemnicą, pozbawiona w najważniejszych latach życia mądrej opieki i wsparcia matki, jest idealną kandydatką do wpakowania się w toksyczny, zły związek. Nie bez znaczenia jest również brak miłości, czułości oraz akceptacji ze strony ojca. Taka dziewczyna jest niejako genetycznie skażona, predestynowana do związania się z kimś nieodpowiednim. Dla Ewy tym męskim fatum okazuje się Michał. Bohater, którego znienawidziłam od pierwszych zdań i który wzbudził we mnie najniższe instynkty, z chęcią połamania mu wszystkich kończyn oraz zrobienia operacji wycięcia wyrostka bez znieczulenia włącznie. Sylwia Kubik przedstawia w swojej książce bardzo prawdziwy i bolesny portret toksycznego związku, który zakochana kobieta usiłuje za wszelką cenę idealizować wybielając swojego partnera w każdych okolicznościach. Szkopuł w tym, że nawet ślepa miłość to nie wybielacz i podłości i pospolitego, wstrętnego zła nie wyczyści. Ewa w bardzo dramatycznych okolicznościach przejrzy na oczy. I podejmie wtedy decyzje, przez które trafi na Żuławy.

 

Gdy pierwsza bohaterka cierpi z powodu braku miłości i zainteresowania rodzicielskiego, drugi główny bohater, Kamil, cierpi z powodu nadmiaru tychże. Tłamszony przez całe życie przez apodyktyczną matkę, niemalże siłą wprasowany w wyobrażenia swoich rodziców na temat tego, co powinien robić i jak powinna wyglądać jego kariera, przez długi czas głównie spełnia pokładane w nim oczekiwania. Aż pewnego dnia trafia go strzała Amora i ugadza tak skutecznie, że zły czar pryska i dotąd bezwolny i posłuszny dla świętego spokoju syn budzi w sobie lwa ;) . A żeby było śmieszniej i ciekawiej, Kamil zakochuje się w …pewnym domu. Oraz w Żuławach, bo to tam trafia go nagły piorun. Odkrywa swoje miejsce na ziemi, odkrywa zupełnie nową pasję, różną od bezpiecznej posady informatyka w firmie ojca. Stawia na szali swoje dotychczasowe życie, ryzykuje wszystkie oszczędności i postanawia założyć własną restaurację. Taką, w której będzie się propagować dania regionalne, prostotę i składniki najwyższej jakości. Nieocenionym wsparciem dla Kamila okazuje się jego babcia Matylda. Babcia, która też ma swoją tajemnicę związaną z Żuławami, ale daje się przekonać wnukowi do odwiedzin i dłuższego pobytu.

 

To w tej otulonej mgłami, pełnej melancholijnych wierzb i starych duchów krainie skrzyżują się ścieżki dwójki bohaterów. Ale wierzcie mi, ten wątek nie ma nic wspólnego z banalnymi, oklepanymi wątkami z romansów. To raczej pełna prawdy opowieść o szukaniu własnej drogi i własnego miejsca na ziemi. Zresztą, Sylwia Kubik znowu tworzy galerię wspaniałych, budzących żywe emocje postaci. Wśród moich ulubionych są babcia Matylda, pan Bronek czy Antek. Nie tracę nadziei, że w kolejnych częściach serii żuławskiej znajdzie się miejsce i na bardziej szczegółowe opowiedzenie ich historii.

 

Ci z Was, którzy znają poprzednie książki Sylwii Kubik wiedzą już w czym tkwi ich siła i skąd fenomen ich popularności. W pierwszym tomie nowej serii Autorka z wyczuciem i znawstwem miesza te same składniki. Jest zatem ciekawa historia, są budzący sympatię bohaterowie. Jest niezwykłe miejsce, pełne piękna i tajemnic. Ba, tym razem mamy nawet do kompletu pewien nawiedzony dom i związaną z nim dramatyczną historię! Ale najmocniejszą stroną powieści Sylwii Kubik pozostaje przesycenie ich życiową prawdą.

 

Tak sobie pomyślałam jakim zderzeniem jest przesłanie płynące z książek Sylwii Kubik z zafałszowanym podrasowanym dziesiątkami filtrów, okraszonym setkami górnolotnych mądrości światem pseudocelebrytek z mediów społecznościowych. Zwłaszcza teraz, gdy w dobie pandemii, lęku o przyszłość, o utratę pracy, który towarzyszył niejednemu z nas, grono pustogłowych gwiazdeczek wyginało śmiało ciała na Zanzibarze czy w innej części świata niedostępnej dla przeciętnego Kowalskiego z nader skromną średnią krajową i bełkotało o poszukiwaniu siebie i odrywaniu własnego wnętrza. Które to da się odkryć wyłącznie na Zanzibarze. Jakim zderzeniem z taką fałszywą jak tombak rzeczywistością jest książka Sylwii, w której bohaterka delektuje się smakiem chleba z pasztetem i ogórkiem czy naparu z mięty. Sylwia Kubik nienachalnie, z wyczuciem, ale wyraźnie pokazuje czytelnikowi swoich książek: Masz wszystko, czego chcesz, tutaj gdzie żyjesz, bez względu na to w jak skromnych warunkach przebywasz. Może Twój pałac to skromna chatka z zapadającym się dachem, ale świeży chleb nigdzie nie smakuje lepiej, ptaki nigdzie tak pięknie nie śpiewają, a rosnące w kącie ogrodu zioła i kwiaty tak nie pachną. Bo to my sami jesteśmy projektantami własnego szczęścia, a przepisu na nie nie trzeba szukać w restauracji z pięcioma gwiazdkami Michelin, ale w starym pożółkłym zeszycie babci. Zresztą, świetnie to rozumie Kamil:

 

Żuławy go zmieniły. Zmobilizowały go do jakiegoś działania. Już nie myślał tylko o sobie i swojej wygodzie. Chciał robić coś, co daje radość nie tylko jemu samemu, lecz także innym ludziom. Miał wiele planów. Chciał pokazać światu to, co sam dostrzegł – piękno zwykłego, prostego życia. Ludzie tak bardzo się ograniczają w pojmowaniu szczęścia i gonią wciąż za ułudą. Zrozumiał to dopiero na Żuławach. Tam docenił prostotę. Łapał się na tym, że teraz zupełnie inaczej postrzega rzeczywistość. Zwracał uwagę na to, co autentyczne i szczere.

 

I dlatego gorąco Was zachęcam – sięgnijcie po nową powieść Sylwii Kubik i dajcie się uwieść jej wizji świata. Warto, bo nie ma w niej ani krztyny współczesnej szarlatanerii, ani odrobiny brokatu i sztucznego blasku. Jest za to szum żuławskich wierzb, jest czar zmiennych, raz jak z baśni, raz jak z horroru mgieł. Jest smak jabłkowego masła i sera Werderkase, pieczonej kaczki z fuśką i surówką z czerwonej kapusty z jabłkiem. Są rodzinne tajemnice, przyjaźnie, jest wielka miłość, która kładzie się cieniem na pewnym domu… Gorąco polecam! A ja czekam niecierpliwie na część drugą!

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Otwarte.




poniedziałek, 5 lipca 2021

„Za ścianą ciszy” – czyli literackie pianissimo z mocnym akordem w finale – RECENZJA PATRONACKA!

 



Ta recenzja miała się ukazać przedpremierowo, albo najpóźniej w dniu premiery. Niestety, życie pokrzyżowało mi blogowe plany. Myślę jednak, że może, paradoksalnie, dobrze się stało. Nie wiem jak Wy się na to zapatrujecie, ale mnie coraz bardziej frustruje krótkie medialne życie książek. Taki przysłowiowy żywot motyla. A przecież to, że nie zdążymy jakiejś powieści przeczytać w okolicach premiery nijak się ma do jej wartości! Dobra, warta uwagi książka, pozostanie taka również rok czy dziesięć lat po tej dacie. Dobra literatura to nie jogurt, nie ma daty przydatności do spożycia.

 

I dlatego cieszę się, że mogę Wam wreszcie opowiedzieć o moim ostatnim blogowym patronacie czyli „Za ścianą ciszy” Anny Ziobro. Byłoby przykro, gdyby ten tytuł zaginął w mnogości letnich premier, bo porusza bardzo istotne tematy i sięga w głąb, nie poprzestaje na prześlizgnięciu się zwinnie po wierzchu. Takiej literatury nam trzeba, bo otwiera oczy na sprawy ważne i wyrywa czytelnika z samozadowolenia oraz ze strefy komfortu.

 

Bohaterką powieści jest Ida, utalentowana graficzka komputerowa, piękna i wrażliwa kobieta. Mądra i krucha jednocześnie, z powodu swojej choroby. Ida ma bardzo poważne problemy ze słuchem. Na jedno ucho nie słyszy w ogóle. W drugim ma znaczny ubytek słuchu, ale dzięki aparatowi daje radę jakoś funkcjonować. I nie wyklnijcie mnie za owo „jakoś”, bo właśnie to określenie idealnie oddaje sposób funkcjonowania Idy. Czyli względnie dobrze, pozornie szczęśliwie, ale…

 

Ida wplątała się w bardzo toksyczną relację z Maciejem, typowym karierowiczem i zdobywcą, który życie traktuje zadaniowo. Tak też traktuje swój związek, przez co od pierwszych chwil wzbudza niekłamaną niechęć u czytelnika. Przynajmniej u mnie taką wzbudził. Jedyne prawdziwe wsparcie gwarantuje kobiecie jej młodsza siostra, Agata. Anna Ziobro pozwala czytelnikowi poznać Idę i stopniowo, małymi kroczkami wejść w jej świat.

 

Ta opowieść bardzo łatwo mogłaby skupić się na toksycznej relacji miłosnej i przemienić w łzawy melodramat. Ale, tak jak wspomniałam wcześniej, Autorka sięga głęboko. „Za ścianą ciszy” to opowieść o pokonywaniu kolejnych schodów i barier przez osobę, dla której wiele czynności niedostrzegalnych, instynktownych dla innych, jest codziennym przekraczaniem własnych możliwości. Tutaj pozwolę sobie na pewną prywatną dygresję – zrozumienie problemów Idy przyszło mi tym łatwiej, że miałam do czynienia z osobami źle słyszącymi, a poza tym dane mi było po ciężkiej kontuzji doświadczyć barier architektonicznych. I choć akurat moje osobiste doświadczenie nie miało nic wspólnego z problemami ze słuchem, bardzo boleśnie uświadomiło mi ilu barier doświadcza na co dzień człowiek ograniczony z powodu niedomagania jakiegokolwiek zmysłu.

 

„Za ścianą ciszy” porusza bardzo wiele ważnych tematów. Jak być rodzicem dla dziecka niepełnosprawnego? Jak odnaleźć się wobec niepełnosprawności bliskiej osoby w różnych życiowych sytuacjach? Jakie są granice odpowiedzialności pełnosprawnego członka rodziny za tego mniej sprawnego? Wyjątkowo pięknymi postaciami są rodzice Idy i Agaty oraz sama Agata. Kochający i czuli, ale jednocześnie mądrze wymagający. Stojący murem za Idą, ale też popychający ją konsekwentnie do przodu, dopingujący do skoku na głęboką wodę.

 

Niebagatelne znaczenie ma również dla tej opowieści brak tolerancji rówieśników dla niepełnosprawności Idy. Anna Ziobro odmalowuje z wielką empatią to swoiste zderzenie poczucia bezpieczeństwa wyniesionego przez Idę z rodzinnego domu z okrucieństwem i bezmyślnością grupy rówieśniczej. To doświadczenia ze szkoły naznaczają Idę i czynią ją podatną, już w życiu dorosłym, na manipulacje kogoś tak wyzutego z empatii jak Maciej. Autorka stawia między wierszami pytania o rolę szkoły, wychowawców, o uwrażliwienie młodych ludzi na niepełnosprawność.

 

Nie myślcie jednak, że ze względu na poważną tematykę książkę czyta się źle czy ciężko. Nic podobnego! Ta opowieść jest napisana pięknie, dojrzale, z lekkością, która sprawia, że nawet nie wiemy kiedy zanurzamy się w historię Idy i jej bliskich. Przechodzimy jej drogę, poznajemy upadki i wzloty, upokorzenia i małe zwycięstwa. Poznajemy od środka świat ciszy, który jest światem Idy. Czy kiedykolwiek musieliście się bać, że wpadniecie pod samochód, bo nie usłyszycie, że nadjeżdża? Czy wyobrażacie sobie, że nie możecie w samochodzie, nawet jadąc polną drogą na piknik, włączyć radia czy płyty, bo nie bylibyście w stanie skupić się na prowadzeniu i usłyszeć tego, co się dzieje na drodze? A w sytuacjach towarzyskich – wyobrażacie sobie wykluczenie osoby, która nie ma pojęcia, z czego śmieją się inni? Która traci główny wątek konwersacji i nie słyszy zadanego jej pytania? To w takiej, pełnej konsternacji ciszy, rodziły się demony Idy. To my sami, ludzie w pełni zdrowi i sprawni, często nieświadomie przywołujemy demony u tych mniej sprawnych. Z braku empatii, z pośpiechu, z braku chwili na refleksję. Tymczasem Anna Ziobro pokazuje czytelnikowi dziesiątki takich epizodów i sprawia, że zaczyna go uwierać niewygodne pytanie czy aby nigdy nie zachował się wobec kogoś równie nietaktownie jak bohaterowie książki. Zaczyna sobie wyobrażać świat ciszy, jakże inny od naszej pełnej hałasu i chaosu codzienności.

 

A do tego wszystkiego Autorka wplata jeszcze wątek miłości „mężczyzny po przejściach, kobiety z przeszłością”. Dwojga nieufnych, pokiereszowanych przez los i bliźnich ludzi. Bo choć „człowiek człowiekowi bliźnim, z bliźnim się można zabliźnić”, jak mówi Stachura, to jaki jest blizn, które tworzą twardy pancerz nieufności, nie do przeskoczenia?

 

Polecam Wam bardzo gorąco „Za ścianą ciszy”. Jestem dumna z tego, że logo Ogrodu Kwitnących Myśli znajdziecie na tej książce. Książce, która jest niczym utwór grany pianissimo, subtelnie i z wirtuozerią, po to, żeby w finale uderzyć mocnym akordem ważnych, trudnych pytań i pozostawić czytelnika zachwyconego i wstrząśniętego jednocześnie. To jest książka, którą nauczyciele powinni omawiać na lekcjach wychowawczych na temat wrażliwości wobec osób z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Naprawdę mocna i dobra rzecz :) ! I do tego jak się czyta!

 

Za zaufanie oraz możliwość objęcia tej książki patronatem bardzo dziękuję Wydawnictwu Dragon.




wtorek, 1 czerwca 2021

„Wybrać miłość” czyli o komponowanej przez Boga symfonii oraz rozpoznawaniu właściwych dźwięków ;) – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!

 

Wszystkim nam brakuje szczęścia
Masz to, na co godzisz się
Każda droga jest łatwiejsza
Gdy widzisz to, co dobre jest

 

( Kasia Kowalska, „To, co dobre” )

 

Znacie pewnie przebój Kasi Kowalskiej sprzed kilkunastu lat. Przyznaję, aż sama sprawdziłam, to był dokładnie 2004 rok. Czemu zaczynam recenzję od takiego muzycznego wspomnienia? Nie bez przyczyny. Najnowsza książka Małgorzaty Lis, którą Ogród Kwitnących Myśli objął patronatem, nosi tytuł „Wybrać miłość. Powieść o poszukiwaniu prawdziwego szczęścia”. I od razu uprzejmie donoszę, że Autorka po raz kolejny jest odpowiedzialna za zarwaną przeze mnie noc i niewyspanie ;) . Nie mogłam się za nic oderwać od historii Kuby i musiałam poznać zakończenie mimo późnej pory i perspektywy wczesnej pobudki. Niechaj to wyznanie posłuży Wam za wstępną rekomendację ;) !

 

Dwie poprzednie książki Małgorzaty Lis, które recenzowałam na blogu, czyli debiutancka „Kocham Cię mimo wszystko” oraz „Przebaczam Ci”, opowiadały historię Ani i Marcina. Tych z Was, którzy jeszcze ich nie czytali, odsyłam do recenzji. „Wybrać miłość” to całkowicie nowa historia. Bohaterem jest wchodzący dopiero w dorosłość Kuba Krawczyk, wesoły, przystojny, powszechnie lubiany przez koleżanki i kolegów maturzysta. Jak mówi znane powiedzenie, chłopak do tańca i do różańca, i to dosłownie, bo Kuba jest beniaminkiem w bardzo wierzącej, konserwatywnej rodzinie. I choć czasy nie są sprzyjające dla tych, którzy wyznają niepopularne wartości, Kuba cieszy się ogólną sympatią. Niejedna koleżanka wzdycha do tego przystojnego i serdecznego chłopaka. A on żyje planami na przyszłość, marzy o studiowaniu architektury. Świat wabi go obietnicami dobrego życia.

 

Dochodzi jednak do spotkania, które będzie jak mały, niepozorny kamyk wywołujący śmiertelnie niebezpieczną lawinę nieprzewidzianych wydarzeń i zbiegów okoliczności. Na zajęciach z rysunku, na które główny bohater chodzi bardziej z sympatii do prowadzącej je nauczycielki niż z wiary w to, że czegoś się na nich nauczy, spotyka Olgę. Dziewczynę z innego świata. Ten jego jest poukładany, malowany jasnymi pastelami. Pachnący domowym ciastem kochającej mamy, miękki od czułości rodziców i rodzeństwa. Ten jej jest szkicowany ostrą ciemną kreską. Przepełniony mrokiem, lękiem, o smaku rozczarowania. Rodzina Olgi w niczym nie przypomina bezpiecznej przystani. Co dwójka młodych ludzi zrobi z gwałtownie budzącymi się w nich uczuciami? Co zrobi Kuba, który jest tuż przed startem w dorosłość? Tym bardziej, że jednocześnie pozna pewną tajemnicę i ta go przytłoczy…

 

W przypadku tej książki nie mogę zdradzić prawie niczego z fabuły, bo każde kolejne wydarzenie, każdy zwrot akcji, są jak kawałki puzzli, z których czytelnik pieczołowicie układa obraz. Małgorzata Lis w „Wybrać miłość” porusza wiele ważkich tematów. Tym bardziej warto samemu odkryć każdy kolejny wątek. Podtytuł powieści to „Powieść o poszukiwaniu prawdziwego szczęścia”. Któż z nas go nie szuka, prawda? Szuka go Kuba, szuka poraniona Olga. Szukają go i pragną, zwłaszcza dla swoich dzieci, rodzice Kuby. Pragnie go Karolina, podkochująca się w Kubie koleżanka, pragnie go Kamil, jego najbliższy przyjaciel. Marta, zamężna siostra Kuby. Julka, która w życiu chłopaka pojawi się tylko epizodycznie, a przecież odegra w nim ogromną rolę. Każdy z nich pragnie szczęścia i każdy ma swoją własną definicję. Co jednak się zdarzy, gdy ta osobista definicja stanie w sprzeczności z dotąd wyznawanym systemem wartości? Czy jest szczęście dla człowieka wierzącego? Czy błogosławieństwo Boga należy interpretować jako niekończące się pasmo sukcesów w życiu osobistym i zawodowym? A co z cierpieniem? Jak je pogodzić z wyobrażeniem kochającego Boga?

 

Małgorzata Lis porusza w swojej najnowszej książce bardzo dużo ważnych tematów. Jak wychować dziecko na dobrego człowieka? Już samo to jest niczym Himalaje rodzicielstwa. A jak jeszcze wychować młodego człowieka na dobrego katolika? To już nawet nie Himalaje, w dzisiejszych czasach należy to rozważać raczej w kategorii lotu na Marsa. Jakie są granice rodzicielskiej odpowiedzialności? Czy w miłości jest miejsce na trzeźwiącą krytykę? A może to nie o krytykę chodzi, a o prawdę? Ale jak trudną prawdę przekazać nie zapominając o miłosierdziu?

 

W którym miejscu wyobrażenia rodziców o życiu swojego dziecka przekraczają cienką, czerwoną linię i stają się programowaniem go na swój obraz i podobieństwo? Ile rodzic ma prawo zrobić dla ratowania swojego dziecka? Czy uszanowanie wolnej woli oznacza milczenie nawet wtedy, gdy bliska osoba rzuca się w przepaść? Na czym polega prawdziwa przyjaźń? A cierpienie, jak się z nim obchodzić, co zrobić, gdy wydaje się niezawinione?

 

Ta książka zmusi do myślenia zarówno rówieśników głównych bohaterów jak i tych, którzy są raczej z pokolenia ich rodziców czy dziadków. Gdzie kończy się moralna odpowiedzialność za dorosłe dziecko? A może wcale się nie kończy? A co z wpływem rówieśników na system wartości młodego człowieka? Czy wiara jest dana na zawsze, pewna jak z góry opłacone na czterdzieści lat miejsce parkingowe? Jaki wpływ ma na nas środowisko, w jakim się obracamy?

 

Jednak to, co w tej opowieści jest najpiękniejsze, to pokazanie przez Autorkę prawdy, że Bóg jest w stanie skomponować prawdziwą symfonię nawet na najbardziej krzywej czy porozrywanej pięciolinii naszego życia. Tylko nam często brak dość wyczulonego ucha i dlatego fragmenty, w których widać Jego największą wirtuozerię często bierzemy za fałszywe tony. Dopiero czas i częste wsłuchiwanie się w ową symfonię wydarzeń, jej kontemplowanie, uczą rozpoznawać poszczególne dźwięki i odnajdywać w nich mistrzowską harmonię. I zachłysnąć się niespodziewanie jej wysublimowanym pięknem.

 

Sięgnijcie koniecznie po „Wybrać miłość”. Podsuńcie ją swoim dzieciom, wnukom, chrześniakom. To mądra, świetnie napisana historia. Głęboka, poruszająca bardzo ważne tematy, ale napisana bardzo lekkim piórem, przez co czyta się ją niczym najbardziej ekscytującą powieść przygodową. Szczerze polecam!

 

A Autorce oraz Wydawnictwu eSPe dziękuję za zaufanie i możliwość patronowania tej mądrej powieści.



niedziela, 28 marca 2021

„Jeszcze jedna szansa”, wzruszająca opowieść o tajemnicach z przeszłości, namiętnościach, przyjaźni, wojnie i uczuciach silniejszych niż czas i śmierć – PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!

 


Wydawać by się mogło, że schemat powieści o bohaterce, która dostaje w spadku dom gdzieś w odległym zakątku Polski, wyjeżdża i zmienia diametralnie swoje życie jest już literacko ograny i wyeksploatowany, prawda? Pionierkami były chyba Katarzyna Grochola i Małgorzata Kalicińska, które przed laty zapoczątkowały swoistą modę na tego typu powieści. Powinien nas jednak zastanowić swoisty fenomen, który sprawia, że czytelnicy nadal chętnie sięgają po książki zbudowane na tym samym szkielecie. Zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, bynajmniej nie popartego wiedzą naukową, ale własnymi obserwacjami, że chyba podświadomie każdy z nas od czasu do czasu tęskni za zmianą, za rozpoczęciem wszystkiego od nowa, z czystą kartą, w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, gdzie jeszcze niczego nie zdążyło się zepsuć, naknocić, a w związku z tym są szanse na lepszy scenariusz. Przynajmniej ja tak czasami miewam i dlatego, mimo przeczytania wielu książek zbudowanych według tego schematu, wciąż sięgam po kolejne. Tak pomyślałam, że to jest też trochę jak z ulubioną przez niemal wszystkich szarlotką – z tego samego przepisu każda gospodyni wyczaruje placek o ciut innym, a czasem zupełnie innym smaku. Co zatem udało się wyczarować Agacie Sawickiej w jej najnowszej powieści „Jeszcze jedna szansa”, bo to o niej chcę Wam opowiedzieć po tym przydługim wstępie ;) ?

 

Tak jak wspomniałam, sam schemat jest już znany. Główna bohaterka książki, Hania, ma dwadzieścia pięć lat i poukładane życie. Mieszka z rodzicami, pracuje w jednej ze śląskich korporacji, a ponieważ praca w korporacji odziera z czasu, z prywatnego życia i z tożsamości, Hania właściwie nie ma przestrzeni osobistej, niczego poza pracą i domem. Pewnego dnia dostaje pismo z kancelarii notarialnej z drugiego końca Polski i dowiaduje się, że dostała w spadku …dom. Od nieznanego jej zupełnie mężczyzny, Władysława Kiesieleckiego, w Łącku,  małej miejscowości nad morzem. Jedyne, co łączy ją z tym miejscem, to tajemniczy obraz odziedziczony po ukochanej babci Alicji z Krakowa. Hania, trochę niespodziewanie nawet dla samej siebie, decyduje się przyjąć spadek, pojechać do Łącka i na miejscu podjąć decyzję co dalej. Miałam nadzieję, że w Łącku odnajdę ciszę, spokój i drogę do własnego serca.

 

Natychmiast po przyjeździe zawiera kilka interesujących znajomości, ale również przekonuje się, że otacza ją atmosfera niechęci i podejrzliwości. Szczególnie ze strony jej najbliższego sąsiada, tajemniczego i pociągającego wdowca Aleksandra, wnuka Władysława, po którym Hania odziedziczyła dom. Sytuacja jest rzeczywiście mało komfortowa. Oceniając po pozorach można posądzić Bogu ducha winną dziewczynę o to, że jest łowczynią spadków. Hania stopniowo zadamawia się w Łącku, poznaje jego mieszkańców, a każda nowa znajomość przybliża ją do odkrycia historii jej babci, Alicji, bo to ona miała jakieś tajemnicze związki z tą miejscowością, po których jedynym śladem został wspomniany wcześniej obraz. Obok Hani, od pierwszych dni jej pobytu, pojawia się również tajemniczy Martin, który niejednokrotnie służy jej pomocą. Szczerą sympatią obdarza młodą kobietę Artur, synek owdowiałego Aleksandra, co początkowe staje się jeszcze jednym powodem do napięć pomiędzy nimi. Do tego Hanię zaczynają przerażać pewne niewyjaśnione incydenty, próby włamania do jej domu, tajemnicze listy. Kim naprawdę są otaczający ją ludzie? Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem? Ile jest prawdy w krążących po okolicy plotkach o Aleksandrze i jego niejasnych związkach ze śmiercią żony? Dlaczego Władysław Kiesielecki zapisał swój dom obcej dziewczynie? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie w książce.

Powieść toczy się na dwóch płaszczyznach: współcześnie oraz w czasie Drugiej Wojny Światowej i tuż po jej zakończeniu. Równolegle z perypetiami Hani poznajemy wojenne losy jej babci Alicji, tajemniczego ofiarodawcy, Władysława, oraz rodziny, która przed wojną i podczas niej zamieszkiwała jej dom. Niteczka po niteczce czytelnik będzie oddzielał splątane losy bohaterów uwikłanych przez wojnę w nieprzewidziane zależności. Przyznam Wam, że mnie ta opowieść urzekła i wciągnęła, a wątek historyczny chyba nawet bardziej niż współczesny. Agata Sawicka porusza bowiem w „Jeszcze jednej szansie” temat wysyłania Polaków na roboty przymusowe do Niemiec oraz skomplikowanych relacji międzyludzkich, wymuszonych przez wojnę. Temat jest mi osobiście bliski, bo mój Dziadek był podczas wojny zesłany na roboty do Niemiec i zostały mu po tym okresie traumatyczne wspomnienia, do których chyba nigdy nikogo do końca nie dopuścił. Może dlatego tym bliższa była mi Alicja, oderwana brutalnie od rodziny, osamotniona w obcym domu, rozdarta pomiędzy nienawiścią do okupanta a ludzkimi odruchami wobec ludzi, z którym, choć bez jej woli, przyszło jej żyć pod jednym dachem. Nie chcę Wam zdradzać za wiele, ale muszę wspomnieć, że Autorka ujęła mnie dojrzałością z jaką pokazuje skomplikowanie relacji międzyludzkich spowodowane wojną. Tam, gdzie jeszcze kilka lat wcześniej wszelkie przyjaźnie, miłości, zdrady czy zatargi byłyby wyłącznie relacjami pomiędzy równymi sobie młodymi ludźmi, wszystko urasta do kwestii życia i śmierci, bo dzieje się między okupantem oraz mieszkańcami kraju okupowanego. Zgodnie z wyznawanymi przez nazistów teoriami, między nadludźmi, a podludźmi. Najprostsze wybory zmieniają się w sprawy życia lub śmierci.

 

- Myślisz, że można cieszyć się życiem, kiedy wszystko wokoło się wali? (…) Kiedy nie wiesz, czy twoja rodzina jeszcze żyje? Kiedy zabrano ci wolność i wywieziono do obcego kraju? (…) Myślisz, że to jeszcze możliwe, żeby kiedyś spojrzeć na świat z uśmiechem i znowu zobaczyć go w kolorach?

 

Hania, zgłębiając stopniowo historię wojennych losów swojej babci Alicji, Władysława oraz rodziny Taucherów zaczyna coraz lepiej rozumieć również historię własnej rodziny. Odkrywa i na nowo, krok po kroku, buduje własną tożsamość. Buduje też swoją wewnętrzną siłę i odwagę, których będzie potrzebować wobec nadchodzących wydarzeń prowadzących do dramatycznego finału, w którym spadną wszystkie maski i każdy z bohaterów pokaże swoje prawdziwe oblicze.

 

Tak jak wcześniej wspomniałam, dla mnie największą wartością tej powieści jej pokazany z dużą subtelnością i zrozumieniem dla ludzkich losów wątek historyczny. Ośmieliłabym się powiedzieć, że „Jeszcze jedna szansa” to powieść o wartości pojednania i przebaczenia, a także o miłości silniejszej niż śmierć i wojna. A także o tym, że zachowanie człowieczeństwa, bez względu na okoliczności, zależy od nas samych.

 

Wojna czasami zmusza ludzi do robienia okropnych rzeczy, ale to nie oznacza, że oni sami są potworami. Nigdy nie można dopuścić do tego, żeby otaczające nas zło przeniknęło do naszych serc. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zachować człowieczeństwo.

 

Celowo nie rozpisuję się o pięknie przedstawionej w powieści historii Łącka ani o jego malowniczych opisach zachęcających do odwiedzin – odkryjecie je sami i z pewnością dacie się uwieść pięknu i urokowi tego miejsca, tak jak Hania dała się uwieść pięknu obrazu odziedziczonego po babci. Dla mnie jednak największą zaletą tej powieści jest spójnie przedstawiona historia losów babci Alicji i otaczających ją ludzi zmuszająca do spojrzenia z wrażliwością oraz ze zrozumieniem na skomplikowane ludzkie wybory i decyzje podejmowane w czasach wojny i śmierci.

 

Tak jak napisałam we wstępie: wiele osób korzysta z przepisu na taką samą szarlotkę, a jednak wykonanie jest za każdym razem inne, podobnie jak smak upieczonego ciasta. Agata Sawicka wykorzystała znany przepis na literacką opowieść, doprawiła ją jednak po swojemu chwytającym za serce wojennym wątkiem i sprawiła, że danie zaskakuje doskonałym smakiem :) ! Gorąco Wam polecam „Jeszcze jedną szansę” – spodoba się zarówno tym, którzy preferują współcześnie dziejące się historie jak i miłośnikom wątków z przeszłości! I ukoi pięknem malowniczego Łącka!

 

Ze możliwość patronowania tej pięknej powieści oraz egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dragon. 




czwartek, 4 marca 2021

„Obecność. Odczytując znaki”, czyli o demonie południa i o lekkim powiewie zamiast błyskawic – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!


Kiedy dostałam propozycję przedpremierowego przeczytania najnowszej powieści wydanej przez Wydawnictwo eSPe w bardzo dobrej i wartościowej serii „Opowieści z wiary”, nie umiałam się oprzeć pokusie. Zaintrygował mnie ten debiut, bo „Obecność. Odczytując znaki” Anny Halasz, czyli książka, o której mowa, to debiut. Jednak Autorka może się poszczycić literackim doświadczeniem. I to widać od pierwszych stron tej opowieści, snutej starannym, dojrzałym, kipiącym od plastycznych opisów i oryginalnych metafor językiem.

 

Opis książki przygotowany przez Wydawcę jest bardzo tajemniczy i zostawia potencjalnego czytelnika z ogromnym niedosytem i apetytem na lekturę, która wyjaśni tajemnicę. Brzmi on tak:

 

Tomasz niedawno wrócił z emigracji, mając nadzieję, że w Polsce uda mu się nie tylko zbudować nowe życie, lecz także uwolnić się od trudnych wspomnień z przeszłości. W chwili, gdy los znowu z niego zakpił, dostaje dwie wyjątkowe propozycje. Czy któraś z nich naprawdę zmieni jego życie? Co odnajdzie w opowiadaniach nieznanej autorki, które ma zilustrować? Dokąd zaprowadzi go praca nad kopią krakowskiego obrazu Matki Bożej od Wykupu Niewolników?

 

To nie jest typowy opis z okładki. Nie podpowiada o jaki typ powieści chodzi. Budzi pytania. Główny bohater o ewangelicznym imieniu, które w kulturze o korzeniach chrześcijańskich łączy się nieodmiennie z przymiotnikiem „niewierny” ma czterdzieści kilka lat, pozornie dość ustabilizowaną sytuację oraz niezły dorobek zawodowy. Pozornie, bo od środka toczy go jakiś robak. Ojcowie pustyni powiedzieliby pewnie, że to demon południa, acedia, i ich diagnoza w tym przypadku wydaje się nadzwyczaj trafna i słuszna. Demon acedii, nazywany także demonem południa, jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów – tak pisał w IV wieku Ewagriusz z Pontu. Niektórzy utożsamiają acedię z kryzysami w życiu zakonnym lub tak zwanym „kryzysem połowy życia”. Inni, którym daleko do Ojców Pustyni i wszelakich przejawów duchowości, będą mówić o wypaleniu zawodowym czy rozgoryczeniu. Tomasz, bohater „Obecności”, wpisuje się w każdą z tych definicji, sam bowiem mówi o sobie tak:

 

Myślałem, że świat mnie nasyci, nawet przez jakiś czas sądziłem, że znalazłem swoje miejsce, ale to było złudne. Ciągle coś mi nie wychodzi. Miałem dobrą passę, to prawda, ale zanim zrobiłem coś naprawdę wielkiego, wszystko się zmieniło.

 

Niech Was jednak nie zmyli ten wstęp i nie wprawi w przekonanie, że debiut Anny Halasz to ciężkostrawna opowieść o niedojrzałym i rozgoryczonym bohaterze w średnim wieku, który miota się w poczuciu klęski. Tajemnica tej powieści tkwi w tytule. Cała historia składa się z wielu obrazów, epizodów, które wydają się początkowo być niepowiązane, ale im głębiej zanurzamy się w opowieść, tym jaśniej widzimy cały obraz. Bardzo ważną częścią tej niezwykłej, momentami tchnącej metafizyką książki są opowiadania tajemniczej Gabrieli Nowak, w których Tomasz z fascynacją, ale i z przerażeniem odkrywa kolejne kawałki układanki własnego życia.

 

Anna Halasz popycha ku sobie bohaterów jak figurki na szachownicy, a czytelnik początkowo nie ma pojęcia jakie nitki losów, dobrych czy złych, splotły ich ze sobą. Mamy więc rozstawione różne postacie – Tomasza, Ninę, jego kobietę, bo tak najłatwiej ją określić wobec braku określenia ich związku przez samego Tomasza. Jego rodziców, zaprzyjaźnionego proboszcza, a także zakonnika, który obraca się w towarzystwie pozostałych jako czwarty do brydża. Jest tajemnicza autorka zbioru opowiadań, które wstrząsają Tomaszem, jej mąż i córka. Są postacie z przeszłości, w tym Weronika, ta najbardziej znacząca. Kto jednak zderza pionki na szachownicy? Ślepy los czy Wielki Reżyser? Tomasz, godzien przymiotnika nadanemu jego ewangelicznemu poprzednikowi, wierzy raczej w to pierwsze:

 

Człowiek wybiera, a potem musi zgodzić się na wszystkie dodatki zapisane drobnym druczkiem i okazuje się, że wybrana opcja jest zupełnie inna niż zakładał.

 

Co się stanie, gdy zostanie poproszony przez zaprzyjaźnionego z rodzicami proboszcza o namalowanie obrazu Matki Bożej od Wykupu Niewolników?

 

Ta opowieść nie ma nic wspólnego z upiornym dydaktyzmem czy próbami przeforsowania swojego punktu widzenia. Przeciwnie, jest jak dotyk topniejącego śniegu na policzkach, jak zapach ziemi po deszczu, jak mglisty tiul otulający świat o zmierzchu. To opowieść o Obecności, która przychodzi w lekkim powiewie, jak do Eliasza. Nie w grzmotach i w błyskawicach, ani nie w trzęsieniach ziemi. O tej Obecności, która nie musi demonstrować swojej przewagi przesadną ingerencją. No właśnie, nic nie musi. Jak mówi jeden z bohaterów:

 

W planie Bożym burza może być do czegoś potrzebna. Bóg to ani dobra wróżka, ani kelner. Czasem daje, czasem nie. Już On wie najlepiej.

 

Każdy kolejny skrawek powieści Anny Halasz to piękno i tajemnica, ściśle ze sobą splecione, nierozłączne. Urzeka pokazane w „Obecności” piękno świata. Świata, który też nosi w sobie jej ślad. Tylko czy umiemy czytać jej znaki? Czy nie jesteśmy aby jak ślepcy? Albo jak głupcy, którzy z nosem przy obrazie, wpatrzeni w jego maleńki fragment, nie są w stanie ogarnąć wzrokiem całości i dostrzec, że mają do czynienia z arcydziełem?

 

„Obecność” to niesamowita powieść. Taka do kontemplowania. Do rozpuszczania jej w sobie po kawałku, tak jak niespiesznie rozpuszcza się w ustach kawałeczek ulubionej czekolady. Ja wiem, że będę do niej wracać, że nie skończy się na jednorazowej lekturze. Gorąco ją Wam polecam – nie przegapcie jej, bo to z pewnością jedna z najlepszych premier tego roku!

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu eSPe.




 

poniedziałek, 1 marca 2021

„Mogło być gorzej”, czyli „Żuraw i czapla” w posypce z kolorowego pieprzu i zmielonej ostrej papryki ;)

 


Lubię powieści nieoczywiste. Takie, które mnie potrafią zaskoczyć, wziąć pod włos, nawet zirytować podczas lektury. Ale jednocześnie zaintrygować, rozbawić, pobudzić moje szare komórki. Kiedy rok temu, podczas naszego ostatniego przedpandemicznego spotkania na żywo, Teresa Monika Rudzka zdradziła mi, że tym razem napisała, uwaga, ROMANS, nie uwierzyłam ;) ! To trochę tak, jakby zaprzysięgły mięsożerca obiecywał, że odtąd będzie żywił się wyłącznie liśćmi sałaty. Dlatego czekałam bardzo niecierpliwie na „Mogło być gorzej”, czyli ową obiecaną powieść miłosną. Ukazała się ona niedawno w Wydawnictwie WasPos, a ja spieszę do Was z obiecaną recenzją.

 

Pamiętacie wiersze Brzechwy? Pewnie moje pytanie wyda się Wam cokolwiek dziwne i nie związane z tematem, ale zapewniam Was, że to wyłącznie pozory. Muszę Wam zdradzić, że gdy zagłębiłam się już w lekturę „Mogło być gorzej” nie mogłam za nic odgonić wracających do mnie fragmentów tego wierszyka. Pamiętacie jak to leciało ;) ?:

 

Przykro było żurawiowi,
Że samotnie ryby łowi.

Patrzy - czapla na wysepce
Wdzięcznie z błota wodę chłepce.

Rzecze do niej zachwycony:
"Piękna czaplo, szukam żony,

Będę kochał ciebie, wierz mi,
Więc czym prędzej się pobierzmy."

Czapla piórka swe poprawia:
"Nie chcę męża mieć żurawia!"

Poszedł żuraw obrażony.
"Trudno. Będę żył bez żony.

 

Dalsze zwrotki opowiadają losy niedoszłej pary, w której gdy jedno się namyśli i chce związku, drugie zmienia zdanie, i tak w kółko:

 

Tak już chodzą lata długie,
Jedno chce - to nie chce drugie,

Chodzą wciąż tą samą drogą,
Ale pobrać się nie mogą.

 

Nic na to nie poradzę, ale skojarzył mi się ten wiersz z perypetiami bohaterów „Mogło być gorzej”, Miry i Fabiana. Pary, która od pierwszego spotkania budzi skojarzenia mało romantyczne. Oboje po przejściach, oboje w żałobie. I to pośrednio ta żałoba doprowadza do ich pierwszego spotkania. Mira obiecuje swojej wyjątkowo asertywnej koleżance Xeni zastąpić ją w mało atrakcyjnej czynności uprzątnięcia rzeczy jej tragicznie zmarłej znajomej. I przy tej, przyznajcie, mało pociągającej czynności, spotyka pogrążonego w żałobie wdowca, Fabiana. Tylko u Teresy Moniki Rudzkiej nic nie jest przewidywalne i zgodne ze schematami. Zatem zrozpaczony wdowiec, zamiast seksownego zarostu, świadczącego o głębokiej żałobie, i markowego ubrania, jak na romans przystało, nosi zmięte, śmierdzące dresy, a Mirę bierze za ukraińską pomoc domową, próbującą go okraść, i chce wezwać policję. Mira zresztą też marnie nadaje się na bohaterkę romantycznego filmu, bo właśnie zwymiotowała jej na buty karykatura psa, niejaki Lolo, należący wcześniej do zmarłej. Przyznajcie sami, gdzie tu miejsce na romantyczne poruszenia ;) ? Niejako do kompletu Autorka wprowadza na scenę jeszcze jedną parę, o pokolenie młodszą, czyli Marlona i Justynę. Ona to córka Fabiana, niezrównoważona anorektyczka, on z kolei jest synem Miry, ale w rzeczywistości po pewnej rodzinnej tragedii ich role się pomieszały i syn zachowuje się bardziej jak ojciec. Justyna zagina parol na Marlona, bo niebrzydki to facet, i zaczyna się literacki koncert tego niedobranego kwartetu. Koncert, w którym względnie udane kawałki przeplatane jest rzępoleniem i fałszowaniem, aż uszy bolą ;) .

 

Teresa Monika Rudzka po raz kolejny udowadnia, że jest bystrym i bezlitosnym obserwatorem rzeczywistości, a związki damsko-męskie rozbiera na czynniki pierwsze z wprawą godną zegarmistrza badającego najbardziej skomplikowane mechanizmy. Jej bohaterowie nie mają nic z retuszowanych, słodkopierdzących par rodem z reklam czy romantycznych filmów. Przeciwnie, są zlepkiem wad, lęków, ułomności, porażają momentami małostkowością, zawziętością, ograniczonymi horyzontami. Ich perypetie również nijak się mają do komedii romantycznych. Chyba, że za przejaw romantyzmu należy uznać zaproponowanie przez ukochanego kupna pierścionka zaręczynowego, ponieważ ma zniżkę w Aparcie tylko do końca roku ;) . Nie lepiej mają się sprawy między młodszą parą. Autorka nie boi się poruszać nawet kontrowersyjnych tematów jak tak modny sponsoring, czyli stara, dobra prostytucja pod nową, ładniejszą nazwą. Bohaterowie powieści są …prawdziwi. Do bólu prawdziwi, niezaradni, popełniający błędy przyprawiające o ból zębów. Jednocześnie jednak są wrażliwi, podatni na ból i zranienia, delikatni jak krucha porcelana. I balansują bez przerwy między ową swoją kruchością i duchowością, a praktycyzmem, lękami i przyzwyczajeniami. Nie mogą żyć razem, ale jeszcze gorzej dają sobie radę osobno.

 

Ta opowieść, choć zabawna, momentami pieprzna i pikantna, trzyma się bardzo blisko życia. Pokazuje co prawda w krzywym zwierciadle współczesne związki, ale jednocześnie Autorka momentami puszcza oko do czytelnika i traktuje swoich bohaterów jak niesforne, a jednak kochane dzieci. Kochane, bo innych nie ma ;) . Wybaczcie ten żartobliwie – ironiczny styl mojej recenzji, ale taka właśnie jest ta powieść. Wystarczy jednak zdrapać wierzchnią warstewkę ironii, humoru, sarkazmu, aby zobaczyć głębszą warstwę opowieści. O żałobie, smutku, samotności, które czynią nas bezbronnymi i podatnymi na popełnianie błędów. Bo, wbrew pozorom, „Mogło być gorzej” nie jest tylko zabawną diagnozą współczesności i relacji miłosnych. To mięsisty kawał życia, przyprawionego na ostro i podlanego sosem na wytrawnym winie. Warto spróbować tej oryginalnej potrawy – na pewno Was zaskoczy!

 

Za egzemplarz książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu WasPos.




niedziela, 28 lutego 2021

„Kropla błękitu”, czyli opowieść o pułapkach sławy, krętych ścieżkach uczuć i poszukiwaniu własnej drogi, z błękitnym diamentem w tle


„Kropla błękitu” Denise Hunter to tak naprawdę druga, po „Jeziorze tajemnic”, część serii „Pensjonat Bluebell”, ale spokojnie można ją czytać oddzielnie, nie znając części pierwszej. Mogę o tym zaświadczyć, ponieważ to moje pierwsze spotkanie z prozą tej Autorki. Nie znałam „Jeziora tajemnic”. Przy nadarzającej się okazji chętnie uzupełnię lukę i po nie sięgnę, bo zdążyłam polubić zarządzające pensjonatem rodzeństwo Bennettów. Na razie jednak opowiem Wam o wrażeniach z lektury „Kropli błękitu”. Książka ukazała się w Wydawnictwie Dreams.

 

Mia Emerson to wschodząca hollywoodzka gwiazda. Jednak jej ledwo kiełkującą, świetnie zapowiadającą się karierą zachwiało najprawdziwsze trzęsienie ziemi w postaci niespodziewanego skandalu. Co prawda ponoć lepiej, żeby mówiono o tobie źle niż wcale, i w Hollywood ta zasada wydaje się być niezmienna od lat, ale skandal skandalowi nierówny. Ten, którego ofiarą pada Mia może pogrzebać wszystkie jej plany i marzenia. Zrozpaczona kobieta, ulegając namowom i sugestiom swojej przyjaciółki oraz agenta postanawia na jakiś czas wyjechać z Los Angeles. Aby zrealizować ten naprędce skonstruowany plan decyduje się na szaleńczy krok. Postanawia wykorzystać bezzwrotną rezerwację na własny miesiąc miodowy, którą zapomniał odwołać niedoszły mąż zrywając ich zaręczyny. Tak, bo jakby Mia miała mało zmartwień, właśnie w tym czasie powinna zaczynać swój miesiąc miodowy. Co prawda wszystko to przeszło do kategorii „dawno i nieprawda”, ale teraz ta nieodwołana rezerwacja staje się przysłowiową brzytwą, której chwyta się tonący.

 

Miejscem, w którym młoda gwiazda miała przeżywać najszczęśliwsze chwile swojego życia jest pensjonat w urokliwym miasteczku Bluebell w Karolinie Północnej. W czasie, gdy Mia przeżywa swoje zawodowe trzęsienie ziemi, Levi, jeden z właścicieli i gospodarzy pensjonatu, jedyny mężczyzna z trójki rodzeństwa Bennettów, mierzy się z serią zmartwień i kłopotów finansowych związanych z prowadzeniem własnego biznesu. Jako najstarszy z rodzeństwa, niejako wykonawca testamentu ojca i jego ostatnich słów wypowiedzianych przed śmiercią, czuje się całkowicie odpowiedzialny za los swoich młodszych sióstr, za ich przyszłość. Dźwiga też na barkach odpowiedzialność za zrealizowanie marzenia rodziców o prowadzeniu pensjonatu. Marzenia niejako odziedziczonego w spadku. Tajemnicza para nowożeńców, którzy wynajęli cały pensjonat na tydzień oznacza duży zastrzyk gotówki, ale również konieczność dopieszczenia specjalnych gości. Tym większe jest zdziwienie Leviego, gdy w podróż poślubną przyjeżdża …tylko panna młoda. Co może się zdarzyć, gdy los zetknie dwoje ludzi, wrażliwych, spragnionych szczęścia i miłości, na życiowym zakręcie? Czy świat hollywoodzkiego blichtru może mieć cokolwiek wspólnego z rytmem życia w małym miasteczku nad jeziorem?

 

To jedna z tych książek, które zapewne nie zaskoczą czytelnika fabułą i zwrotami akcji rodem z filmów sensacyjnych, nie zmienia to jednak faktu, że w świat bohaterów wkracza się z wielką przyjemnością i nie ma ochoty się go opuszczać. W tym wypadku wartość książki stanowią poruszane tematy. To coś więcej niż subtelna historia miłosna, w której Autorka zderza dwa różne, odległe światy. To opowieść o samotności, która dotyka również młodych ludzi i staje się trudnym do udźwignięcia brzemieniem. O poszukiwaniu własnej tożsamości i właściwej życiowej ścieżki. O braku zaufania i o jego odbudowywaniu. O szukaniu w swoim życiu Boga i próbach zrozumienia Jego planu dla nas. Jak mówi w pewnym momencie Mia: Wszyscy, których znam, modlą się o wielki przełom, a ja zawsze modlę się o to, żeby Bóg nie dawał mi więcej, niż jestem w stanie udźwignąć. Zarówno Mia jak i Levi mają swoje tajemnice, którymi nie chcą się dzielić z innymi. Każde nosi w sobie inne zranienia. Mia musi stawić czoła swoim bolesnym wspomnieniom z dzieciństwa. Levi z kolei musi się nauczyć, że miłość do najbliższych nie oznacza zamknięcia w klatce, nie jest dyktaturą, przeciwnie, zostawia margines wolności na błędy i własne, nawet głupie decyzje. Wzruszający jest wątek poszukiwania przez Mię odpowiedzi na pytania o to, co naprawdę zdarzyło się w jej dzieciństwie. Ale żeby móc znaleźć odpowiedzi, musi się przedrzeć przez warstwę czasem fałszywych wspomnień.

 

Pobyt w Bluebell okazuje się być dla niej błogosławieństwem również dlatego, że pozwala sięgnąć do korzeni. To jej dziadkowie byli kiedyś właścicielami pensjonatu prowadzonego obecnie przez rodzeństwo Bennettów. Gdy dostaje do przeczytania pamiętnik swojej babci, po raz pierwszy zbliża się do prawdy. A kiedy jeszcze okazuje się, że gdzieś w pensjonacie może wciąż być ukryty naszyjnik babci z niezwykle rzadkim niebieskim diamentem, zwanym Kroplą błękitu, wyprawa w przeszłość okazuje się być jeszcze bardziej intrygująca. Czy Mia znajdzie odpowiedź na dręczące ją od lat pytania? A Levi, czy odważy się podzielić z kimś do tej pory samotnie dźwiganym brzemieniem. On również musiał bardzo mocno nagiąć swojej pragnienia i dostosować do tego, czego od niego oczekiwano. Jednak czy zbyt mocno zgięta trzcina pewnego dnia nie pęknie? Nie zdradzę Wam odpowiedzi na te pytania – znajdziecie je w książce :) .

 

Podobała mi się również ogromnie malowniczość tej opowieści – Bluebell i okolice to idealne tło dla pięknego filmu! Już widziałam oczami wyobraźni wszystkie kluczowe sceny w zapierających dech w piersiach plenerach. Przy takich książkach się odpoczywa, ponieważ nie ma w nich przemocy, wulgaryzmów, szpetoty. A każdy z nas tęskni czasem za ucieczką w taki świat, zwyczajnie dobry, pełen ludzi prawych i szlachetnych. Świat, w którym jest miejsce na prawdziwą miłość, przyjaźń, szlachetność, bezinteresowność. I na Boga i szukanie Jego ścieżek. Polecam Wam gorąco „Kroplę błękitu” jako swoistą odtrutkę, kroplę dobra i piękna dającą chwile radości i wytchnienia.

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dreams.




 

„Krok do miłości” – czyli slow life po żuławsku – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

  Sylwia Kubik zawojowała i podbiła serca czytelników przepiękną serią powiślańską, a teraz wraca do nas z pierwszym tomem zupełnie nowego c...