Dzięki konkursowi zorganizowanemu przez portal Zbrodnicze Siostrzyczki
( który, nawiasem mówiąc, gorąco polecam wszystkim miłośnikom dobrych
kryminałów pragnącym śledzić nowinki literackie dotyczące tego gatunku ) oraz uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca,
które ufundowało przedpremierowe egzemplarze dla laureatów konkursu
mogłam przeczytać kryminał, którego byłam BARDZO ciekawa i mogę teraz
podzielić się z Wami wrażeniami z lektury :
„Dobre Miasto” to najnowsza książka Mariusza Zielke, polskiego
dziennikarza śledczego i gospodarczego związanego kiedyś z dziennikiem
„Puls Biznesu”, laureata nagrody Grand Press w kategorii „dziennikarstwo
śledcze” z 2005 roku, autora, między innymi, głośnego thrillera
„Wyrok”, dzięki któremu wkroczył z przytupem na rynek kryminałów. Takie
nazwisko daje nadzieję na dobrą, krwistą lekturę, dlatego bez wahania
skorzystałam z okazji przedpremierowego przeczytania i zrecenzowania
„Dobrego Miasta”, którego oficjalna premiera jest przewidziana na
siedemnastego października tego roku. Książka ukaże się w Wydawnictwie
Czarna Owca.
Wydawać by się mogło, że tym razem autor sięga po
dobrze znane i wykorzystane w literaturze kryminalnej schematy: małe,
prowincjonalne miasteczko, głośne porwanie żony lokalnego biznesmena
zakończone morderstwem i poćwiartowaniem zwłok, charakterna dziennikarka
przybywająca z zewnątrz, ale, o czym nie wszyscy wiedzą, mająca swoje
korzenie w lokalnej społeczności – oto mamy przepis na doskonały
kryminał bez zakalca! Tyle tylko, że z literaturą bywa podobnie jak z
pieczeniem ciasta – nawet najlepszy przepis nie gwarantuje sukcesu jeśli
osobie, która to ciasto piecze zabraknie talentu, nie zachowa
odpowiednich proporcji przy zarabianiu ciasta lub źle wyreguluje
temperaturę pieczenia ( czytelnika;) ). Czy zatem Mariuszowi Zielke
udała się ta trudna sztuka?
Główna bohaterka, Małgorzata,
przyjeżdża do Dobrego Miasta żeby przeprowadzić dziennikarskie śledztwo w
sprawie głośnego porwania Agnieszki Krynickiej, żony lokalnego
milionera. Porwania, które zakończyło się brutalnym morderstwem.
Sprawcami okazali się być ludzie stąd, tak zwane szaraczki, mężczyźni,
którzy przewijali się w otoczeniu Krynickich, ale nigdy dotąd nie mieli
poważnych zatargów z prawem i, wedle wszelkiej logiki, nie pasowali do
sprawy tak poważnego kalibru. Mirek, Rafał i Wiktor, trzech kolegów z
dzieciństwa wychowanych w lokalnych slumsach – tych dzielnicach, które
ma każde miasto, pod każdą szerokością geograficzną, ale których nigdy
nie znajdziecie w przewodnikach czy na pocztówkach. Małgorzatę łączy z
nimi podobne pochodzenie – choć stara się to skrzętnie ukryć, jako córka
lokalnej prostytutki ma za sobą równie poplątaną przeszłość jak trzech
oskarżonych. Niechętnie wraca do miejsca, które przez lata usiłowała
wymazać z pamięci.
I tutaj pojawia się pierwsza cecha
charakterystyczna dla książki Mariusza Zielke – jego bohaterowie niemal
od pierwszych stron są co najmniej popielaci, na czele z Małgorzatą.
Jeśli ktoś spodziewa się głównej bohaterki, która na dzień dobry wzbudzi
w czytelniku ciepłe uczucia to bardzo się zawiedzie. Dziennikarka jest
osobą kolczastą, trudną, niepoukładaną, a jej życiowe wybory, które
stopniowo poznajemy w trakcie lektury, nie nastrajają do niej przesadnie
pozytywnie. To nie jest szlachetna aktywistka walcząca z systemem, ale
osoba na etacie, dla którego gotowa jest pójść na bardzo duże
kompromisy, balansować na krawędzi etyki i moralności. Kobieta bez
złudzeń, szukająca wszędzie drugiego dna, w razie potrzeby zdolna do
cynizmu i wyrachowania. Jednocześnie jednak wrażliwa, z czułymi
punktami, ze zdolnością do surowej samooceny. Innymi słowy – prawdziwa!
Bo czyż popiel nie jest kolorem dominującym wszędzie tam, gdzie w grę
wchodzą wszelkie ludzkie relacje, powiązania, wybory? Również pozostali
bohaterowie książki są co najmniej popielaci, czasem w odcieniu
jaśniejszym, innym razem w skali bliższej ciemnego grafitu czy czerni.
Nawet ci z pozoru kryształowi, jak choćby Kryniccy, oglądani w ostrym
świetle dziennikarskiej analizy przeprowadzanej przez Małgorzatę tracą
na przejrzystości i blasku. Kryształ z bliska okazuje się co najmniej
zmatowiały, a może nawet jest tylko podróbką? Już dla samej tej
błyskotliwie przeprowadzonej analizy poszczególnych bohaterów „Dobre
Miasto” zasługuje na uwagę czytelników. A przecież to nie wszystko.
Mnie uderzył już sam tytuł powieści – „Dobre Miasto”. W trakcie lektury
niejednokrotnie zastanawiałam się czy w zamierzeniu autora miał on być
prowokacją, kpiną, zaczepką? A może miał w jakiś sposób określać
pokazane na kartach powieści miasteczko niczym miasto – wzór dla tysięcy
podobnych mu miast i miasteczek? Opisując poszczególne etapy
dziennikarskiego śledztwa Małgorzaty autor niejako rozrywa tkankę
Dobrego Miasta pokazując to wszystko, co kryje się pod powierzchnią.
Sieć wzajemnych powiązań i zależności prowadzących nierzadko do
społecznej infekcji, a nawet do gangreny. Bo w takich miejscach elity
produkują kolejne pokolenia elit, a biedacy kolejne pokolenia biedaków i
straceńców. I nie pomoże nawet budowa galerii czy lodowiska. To trafnie
odmalowane tło społeczno – obyczajowe to kolejny duży atut książki.
Strona po stronie poznajemy Dobre Miasto od podszewki: „Niby w takich
małych miejscowościach jak Dobre Miasto wszyscy się znają, ale przecież
to nieprawda. Ile to tajemnic wychodzi z czasem, ile razy człowiek się
wydaje znany, a potem się okazuje zupełnie obcy. Patrzysz na
uśmiechniętą twarz, myślisz: sympatyczna taka, a potem wychodzi, że to
jakiś łobuz”. ( str. 65 ) I teraz wydawać by się mogło, że w takim razie
Mariusz Zielke za bardzo skręcił w stronę powieści obyczajowej. Nic
bardziej mylnego! Choć z jasnych dla wszystkich przyczyn nie mogę
zdradzić żadnego wątku dotyczącego sprawy kryminalnej badanej przez
Małgorzatę, zapewniam, że czytelnik ani przez chwilę nie poczuje się
znudzony intrygą! Autor bardzo skutecznie zwodzi, myli tropy, podsuwa
fałszywe rozwiązania, momentami wręcz drwi sobie z czytelnika
przekonanego, że tym razem na pewno już wie co dokładnie się stało i kto
zawinił, żeby doprowadzić do szokującego i przewrotnego zakończenia.
Nie ma mowy o nudzie czy o rozczarowaniu. Intryga została poprowadzona w
sposób spójny i przemyślany dzięki czemu, mimo zaskoczenia, czytelnik
docenia mistrzowskie szwy jakimi zostały połączone poszczególne wątki,
również te pozornie bez znaczenia. A konkretnie – docenia to, że nawet
ich nie zauważył.
Polecam „Dobre Miasto” wszystkim wielbicielom
porządnych, nasyconych realiami i uciekających od sztampowych rozwiązań
kryminałów. To opowieść zawierająca tak duży procent prawdopodobieństwa
jakby żywcem wzięta z kronik kryminalnych. I kto wie, czy właśnie
warstwa społeczno – obyczajowa nie przeraża najbardziej… Nie ma obaw, to
nie jest kryminał z zakalcem! Każdy wielbiciel porządnych kryminałów i
thrillerów będzie się nim delektował bez ryzyka najmniejszej
niestrawności;)!
czwartek, 18 października 2018
wtorek, 16 października 2018
"TEATR POD BIAŁYM LATAWCEM" ILONY GOŁĘBIEWSKIEJ - RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!
Czasami bywa tak, że zobaczę zapowiedź jakiejś książki i
natychmiast wiem, że to jest to. Powieść, którą na pewno chcę przeczytać, a do
tego jestem przekonana, że się nie zawiodę. A ponieważ, ze względu na pasję i
na obowiązki blogerskie regularnie śledzę listy zapowiedzi, takie nagłe
oczarowania od czasu do czasu mi się zdarzają. Podobnie było z książką, która
jutro będzie miała swoją oficjalną premierę, czyli „Teatrem pod Białym
Latawcem” Ilony Gołębiewskiej. Zobaczyłam zapowiedź i wsiąkłam. Dlatego z wielkim
zapałem zgłosiłam się do jej zrecenzowania i ucieszyłam się ogromnie z tego, że
znalazłam się w gronie wybranych recenzentów.
Ujął mnie na wstępie już sam cytat wykorzystany przez
Autorkę jako motto: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy
nasze skrzydła zapominają, jak latać”. To jeden z moich ulubionych cytatów, w
dodatku autora, którego książki wiele dla mnie znaczą – Antoine’a de
Saint-Exupery. Na samym początku poznajemy trójkę głównych bohaterów, których
losy splata ta opowieść. Zuzanna Widawska to, do niedawna, dziennikarka z samej
topki dziennikarzy śledczych, doceniana i hołubiona przez przełożonych. Jeden
fatalny splot okoliczności, błąd, niedopatrzenie, i kobieta ze szczytu
popularności spada na samo dno. Traci pracę, przyjaciół, pieniądze, mieszkanie,
wszelkie zabezpieczenia na przyszłość oraz narzeczonego, który woli się
ewakuować z tonącego okrętu jakim stało się życie Zuzanny. Poznajemy ją jako
osobę rozgoryczoną, samotną, przerażoną, trzymającą się kurczowo byle jakiej
pracy w byle jakiej gazecie, która daje jej przynajmniej możliwość opłacenia
byle jakiego mieszkania w kamienicy na Woli. To tutaj jej ścieżki skrzyżują się
z kolejną z głównych bohaterek, czyli Eleną Nielsen, dawną gwiazdą, znakomitą
aktorką teatralną i filmową, której blask jednak znacznie przygasł wobec
wszechobecnej inwazji młodości. Jednak, w przeciwieństwie do Zuzanny, Elena nie
hoduje w sobie poczucia krzywdy i nie żyje przeszłością, ale daje z siebie
wszystko, żeby pomóc innym i podzielić się z nimi swoim talentem. To „kobieta,
która nigdy się nie smuciła i zawsze częstowała innych dobrym słowem”. ( str.
29 ) Współpracuje z Fundacją Złotych Serc, której siedziba mieści się w
pobliskim Teatrze Starym, organizuje też spektakle razem z dziećmi ze swojej
kamienicy. I wreszcie trzeci główny bohater książki, Jakub Bilewicz, bogaty
biznesmen, który dotąd nie pogodził się z tragiczną przeszłością. Kilka lat
wcześniej jego ukochana żona zginęła w wypadku tuż obok Teatru Starego, a syn,
który zapowiadał się na wirtuoza skrzypiec został tak poraniony, że jest
niepełnosprawny. Jakub hoduje w sobie od lat nienawiść do tego miejsca. A teraz
nadarza mu się okazja, żeby je kupić i zetrzeć z powierzchni ziemi. Prawda, że
już samo zetknięcie trójki bohaterów z tak różnymi temperamentami i historiami
życia rokuje dobrze? A przecież to zaledwie początek!
Z mojego wprowadzenia już wiecie, że bohaterowie wykreowani
przez Ilonę Gołębiewską od razu wzbudzają w czytelniku żywe emocje i
zaangażowanie. Ale Autorka w swojej opowieści oferuje nam dużo więcej.
Wprowadza czytelnika w magiczny świat teatru i ludzi żyjących prawdziwą pasją.
Sercem tej książki jest właśnie teatr, i to w szeroko pojętym znaczeniu.
Miejscem, które połączy losy Zuzanny, Eleny i Jakuba stanie się właśnie Teatr
Stary na Woli. Dla Zuzanny początkowo będzie miejscem, w którym ma wypełnić
dziennikarskie zadanie przygotowując tekst do numeru świątecznego. Dla Eleny i
podopiecznych Fundacji Złotych Serc jest całym światem, miejscem magicznym,
obietnicą lepszego życia, chwil wytchnienia, wspólnoty, przyjaźni, radości. Dla
Jakuba nieustannym przypomnieniem o jego tragedii, wykrzyknikiem nie
pozwalającym mu na odzyskanie spokoju. Co wyniknie ze starcia się tak
sprzecznych pragnień i emocji? Tego musicie się dowiedzieć sami, bo, rzecz
jasna, ja Wam tego nie zdradzę. Ale mogę Wam zdradzić czym mnie ta opowieść
urzekła. Otóż dzięki pokazaniu magicznego świata teatru Ilona Gołębiewska
pokazuje wartość sztuki i piękna w życiu, terapeutyczną rolę pasji oraz wartość
prawdziwej, nieudawanej przyjaźni i miłości. I wierzcie mi, „Teatr pod Białym
Latawcem” pokazuje te wszystkie sprawy w taki sposób, że nie będziecie się
wzdragać, że to banał, oczywista oczywistość, ale raczej każdy czytelnik
zastanowi się nad tym co zrobił ze swoimi pasjami i przyjaźniami w życiu.
Urzekająca jest postać Eleny, która mimo bardzo dramatycznych przeżyć nie
pielęgnuje w sobie goryczy, nie zamyka się na świat, ale daje innym serce na dłoni,
bo sama swoją siłę czerpała całe życie z pasji do teatru. I dzięki tej pasji
nie dała się nigdy zatruć złym emocjom. Czytając myślałam sobie, że pierwszą
osobą w fundacji, która ma złote serce jest właśnie ta stara, mądra, czuła
aktorka. Spotkanie z nią będzie miało terapeutyczne znaczenie dla Zuzanny,
która sama zrozumie wartość pasji w życiu: „Pasja dodaje nam skrzydeł, unosi
wysoko ponad szarą codzienność, wyzwala siłę, z istnienia której nie zdawaliśmy
sobie sprawy. Nikt nie wie, co to prawdziwe szczęście, nim nie dosięgnie smaku
autentycznej pasji tworzenia. W chaosie rodzi się szaleństwo, w szaleństwie
pasja, w pasji wielka radość życia”. ( str. 158 ).
Kolejnym pięknym, wzruszającym wątkiem jest wątek
integrowania osób niepełnosprawnych poprzez sztukę i wspólne rozwijanie pasji.
Chwyta za serce wątek Igora, niepełnosprawnego syna Jakuba, który tęskni za
kontaktem z rówieśnikami. Wzruszają opisy zajęć prowadzonych przez Fundację
Złotych Serc, które ludziom z różnymi niepełnosprawnościami pozwalają zakosztować
radości życia. „Żaden człowiek nie może w życiu zostać sam, bo to największa
kara, jaka może go spotkać. Tym właśnie zajmowała się fundacja. Obecność
drugiego człowieka – to był jej największy dar”. ( str. 379 ) I tak, jak
stopniowo topnieje zmrożone serce Zuzanny, tak też topnieje serce czytelnika. A
tym, co koronuje wszystkie te wątki i pomaga bohaterom odnaleźć właściwą
hierarchię wartości jest przyjaźń. Prawdziwa, mądra, wierna przyjaźń, taka,
która daje wsparcie, ale też, gdy trzeba, potrafi człowiekiem potrząsnąć. To
przyjaźń Eleny otwiera serce Zuzanny, a z kolei życzliwość Zuzanny zaczyna
robić wyłom w sercu Jakuba. Aczkolwiek nie mogę też nie wspomnieć o wielu
bardzo ważnych pobocznych wątkach, które poruszają ważkie sprawy. Wzruszająca jest
relacja z Jakubem jego gosposi, Ludmiły. Kobiety, która swoim macierzyńskim
ciepłem daje mu punkt oparcia i nie pozwala zwariować. Daje do myślenia wątek
związku Zuzanny z Tomkiem. Pokazuje co się dzieje, gdy godzimy się na
bylejakość w przekonaniu, że na więcej nie zasługujemy. Wzrusza wątek Piotra i
Moniki. Ale nic więcej Wam nie zdradzę.
Po prostu zachęcam, żebyście sami sięgnęli po „Teatr pod
Białym Latawcem”. To jedna z tych książek, które nie tylko gwarantują dobry
czas spędzony na wspaniałej lekturze, ale również podnoszą na duchu i
przypominają o tym, co w życiu naprawdę ważne. Przypominają o pasji, która
uskrzydla i pomaga przetrwać nawet najgorsze przeciwności, o wartości przyjaźni
i o tym, że tak naprawdę sami decydujemy czy nasza rola w teatrze życia będzie
rolą tragiczną czy też wniesie w życie innych trochę światła i radości. Bo
chociaż, teoretycznie, świetnie o tym wiemy, nie zawadzi gdy ktoś nam tę prawdę
od czasu do czasu dobitnie przypomni. I pięknie to zrobiła w swojej książce
Ilona Gołębiewska. Z całego serca polecam – to wyjątkowa, mądra, trafiająca do
serca opowieść!
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Autorce i
Wydawnictwu MUZA!
niedziela, 30 września 2018
„Owoc granatu. Kraina snów” Marii Paszyńskiej – recenzja
PRZEDPREMIEROWA!!!
Stosunkowo niedawno, bo jakieś półtora miesiąca temu,
recenzowałam pierwszy tom trylogii Marii Paszyńskiej „Owoc granatu”
zatytułowany „Dziewczęta wygnane”. Tych, którzy przeoczyli tamtą recenzję, a
chcieliby się z nią zapoznać przed przeczytaniem recenzji tomu drugiego,
odsyłam tutaj: https://www.facebook.com/OgrodKwitnacychMysli/photos/a.838193519625755/1623692791075820/?type=3&theater&hc_location=ufi
Dla tych z Was, którzy śledzą moje wpisy nie jest żadną
tajemnicą, że „Owoc granatu. Dziewczęta wygnane” mnie oczarował i urzekł, i z
wielką niecierpliwością czekałam na tom drugi, którego premiera będzie miała
miejsce dosłownie za trzy dni. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Książnica miałam
okazję przeczytać część drugą, „Kraina snów”, jeszcze przed premierą, z czego
ogromnie się cieszę. Lektura tomu pierwszego, oprócz tego, że mnie zachwyciła,
nieźle mnie też znokautowała. A już dramatyczne zakończenie sprawiło, że
zjadała mnie ciekawość jak Autorka rozwinie poszczególne wątki w kolejnych
tomach. Oczywiście, nadal nie zdradzę Wam niczego istotnego dotyczącego
zakończenia tomu pierwszego, liczę się z tym, że nie każdy jeszcze zdążył go
przeczytać. A zapewniam, że warto!
Tom drugi nie od razu wyjaśnia jak zakończył się dramatyczny
wątek zamykający „Dziewczęta wygnane”, co od pierwszych stron jeszcze bardziej
podsyca czytelniczą ciekawość. Tym razem Maria Paszyńska zaprasza swoich
czytelników do zatrzymania się na dłużej w Iranie, czyli starożytnej Persji,
krainie, która pewnie niejednemu z nas będzie się kojarzyć z baśniowością i
przepychem. Tymczasem powojenny Iran, do którego trafiło tak wielu cudownie
ocalonych z wygnania na Sybir Polaków to przede wszystkim kraj w kryzysie,
wykorzystywany bezlitośnie przez wielkie mocarstwa do ich własnych rozgrywek,
eksploatowany ponad miarę, przez co Irańczycy zostali doprowadzeni na skraj
nędzy. A mimo to okazali się ludźmi o wielkich sercach, gościnnymi i otwartymi
na tych, którzy mieli jeszcze mniej od nich, bo wojenna pożoga zabrała im
wszystko. Uważam, że świetnie się stało, że ktoś, i to ktoś bardzo dobrze przygotowany
od strony merytorycznej ( Autorka jest absolwentką iranistyki ) poruszył takie
tematy przybliżając je w sposób zrozumiały, czyniąc je bliskimi i aktualnymi.
„Kraina snów” jest opowieścią o ocalałych, którzy z
prawdziwego piekła dostali się do kraju oczarowującego bogatą historią oraz
wciąż widocznymi śladami piękna i przepychu. Tylko czy to wystarczy, żeby
zapomnieć? Za motto posłużył Autorce cytat z „Oskarżam Auschwitz. Opowieści
rodzinne” Mikołaja Grynberga: „Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście. Mają
rację, ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że
nie ma już twojego świata. Nie ma nic i nikogo. Koniec. A ty żyjesz”. Właśnie
to łączy ocalałych z Syberii bohaterów książki – dojmująca samotność ludzi
pozbawionych świata, który kochali. Choć irańskie losy Stefanii i Halszki
układają się bardzo różnie, choć ich charaktery są jak dzień i noc, przez co
rozdarcie między bliźniaczkami wydaje się być nieodwracalne, łączą je te same
wspomnienia i ta sama żałoba. Nie będę Wam zdradzała wątków dotyczących
powojennych losów obu sióstr, bo one nawzajem z siebie wynikają i popsułabym
Wam frajdę z lektury. Powiem tylko tyle, że nie braknie w „Krainie snów”
baśniowości, piękna Iranu i jego bogatej kultury, oszałamiających zapachów i
smaków irańskiej kuchni ( od których, nawiasem mówiąc, aż się kręci w głowie z
głodu ;) ), pięknych legend ani koronkowej starożytnej architektury. Będzie i
prawdziwy książę, i międzynarodowy high life, ale też zmiany społeczno –
polityczne w tle. Przede wszystkim jednak Maria Paszyńska pokazuje swoich
bohaterów na drodze wewnętrznej przemiany, która jest bardzo trudna, a czasem
może nawet niemożliwa. Bo nie wystarczy człowieka przeoranego cierpieniem
przenieść w miejsce, w którym dostanie jeść, pić, będzie miał dach nad głową, i
może nawet piękne, bajkowe życie. To, co złe, kaleczy przede wszystkim duszę.
Po doświadczeniach z Syberii Stefcia i Halszka są jak Kaj z baśni Andersena
„Królowa Śniegu”. Chłopiec, któremu odłamki szatańskiego lustra wpadły do oka i
do serca wykoślawiając jego widzenie i sprawiając, że wszystko, nawet to, co
piękne, wydawało mu się karykaturalne. Choć to Halszka zapłaciła o wiele wyższą cenę niż Stefcia, i to ona
zmaga się z większymi demonami, żadna z bliźniaczek nie pozostała niedraśnięta
przeszłością. Obie noszą w sobie, jak Kaj kawałki szkła, okruchy potwornych
wspomnień, które ranią, jątrzą się i odbierają radość życia. W baśni Andersena
ratunkiem dla Kaja była miłość Gerdy. W powieści Marii Paszyńskiej również nie
braknie miłości – trudnej, bolesnej, wiernej, wytrwałej, tracącej nadzieję i ją
odzyskującej. Ale czy ocali ona obie bohaterki przed ogarniającą je wewnętrzną
ciemnością?
Przyznam szczerze, że jestem niezmiernie ciekawa jak Autorka
poprowadzi wątek obu sióstr w tomie trzecim. Stefcia i Halszka są sobie tak
bliskie i tak dalekie jednocześnie. Ich losy pozornie się rozchodzą, ale wciąż
splatają. Okazuje się, że wojenne doświadczenia naznaczyły również narcystyczną
Stefanię. Czy przepaść między siostrami da się jeszcze zasypać? Czytelnik
zostaje z wieloma podobnymi pytaniami kończąc lekturę tomu drugiego. Znowu
końcówka pozostawia wiele kwestii otwartych, niedopowiedzianych. Będę więc
wyczekiwała na tom trzeci nie mniej niecierpliwie niż poprzednio na drugi!
Z całego serca polecam Wam „Krainę snów”! To świetna
książka, mądra, wyważona, skłaniająca do wielu przemyśleń. Ujmująca
wiarygodnością i mądrością. I, przede wszystkim, niezwykle wręcz aktualna!
Myślę, że to dobry czas, żeby sobie przypomnieć te fragmenty historii, gdy to
my byliśmy przybyszami i potrzebującymi w innych krajach. Tak jak wspominałam
już w recenzji tomu pierwszego, w dobie rosnącego w siłę nacjonalizmu i
ksenofobii warto sobie przypomnieć jakim złem są wojny i jak wiele sami
zawdzięczamy gościnności innych narodów. Może to być bardzo trzeźwiącą lekcją.
Serdecznie zachęcam do lektury obu tomów „Owocu granatu”, a sama …czekam na
trzeci!
Za egzemplarz recenzyjny serdecznie dziękuję Wydawnictwu Książnica!
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: 3 października 2018
Liczba stron: 320
piątek, 28 września 2018
"MĄŻ NA NIBY", CZYLI OPOWIEŚĆ Z PAZUREM - RECENZJA
„Mąż na niby” to moje pierwsze spotkanie z książkami Niny Majewskiej – Brown, choć autorka ma już ugruntowaną pozycję na rynku i grono wiernych czytelników. Z tym większą ciekawością sięgnęłam po jej najnowszą książkę wydaną przez Wydawnictwo Pascal. Premiera miała miejsce niespełna tydzień temu.
Najpierw przysłowiowe dwa słowa o treści, oczywiście bez spojlerowania i streszczania głównych wątków. Powieść została oparta na, zdawałoby się, zgranym schemacie: trzydziestoparoletnia Zosia, szczęśliwa żona Pawła i matka Poli nagle dowiaduje się, że jej dotychczasowe życie było tylko farsą, atrapą, bo pozornie szczęśliwy i kochający mąż nie tylko ją regularnie zdradzał, ale zdążył właśnie zapewnić sobie nowego potomka również ze związku z kochanką. Tę wiedzę bohaterka otrzymuje niejako w pakiecie, dwa w jednym. Taka swoista promocja na upokorzenia. Znany schemat? Znany. Jednak już w niejednej mojej recenzji przypominałam, że o sukcesie książki nie świadczy znalezienie unikatowego tematu czy oryginalnej formy. Tym, co przesądza o jakości książki jest sposób, w jaki pozornie taka sama jak dziesiątki innych historia została opowiedziana. I po lekturze jestem przekonana, że Nina Majewska-Brown znalazła swój klucz do opowiedzenia historii Zosi, klasycznego przypadku kobiety zdradzanej.
Przede wszystkim, autorka operuje niesamowicie lekkim piórem, przez co opowieść Zosi angażuje czytelnika od pierwszych akapitów. Ale w przypadku tej historii nie powiedziałabym, że lekkość jest równoznaczna z beztroskim humorem. Nie bójcie się, to nie jest kolejna książka o tym jak zdrada okazuje się być trampoliną do szczęścia, w którym bohaterka zaczyna się pławić ledwo zamkną się drzwi za niewiernym mężem. Nie ma tu, tak ponoć modnego, świętowania przyszłego rozwodu w gronie przyjaciółek i opijania go szampanem. Za to dostajemy portret kobiety porzuconej z całym spektrum przeżywanych przez nią emocji. Od wściekłości po rozpacz, od miłości do chęć mordu. I tutaj chciałabym podkreślić drugą mocną stronę tej historii – to właśnie jej bohaterowie. Piszę w liczbie mnogiej, bo choć opowieść skupia się na Zosi i jej emocjach, nie brak też zapadających w pamięć bohaterów drugoplanowych, z matką głównej bohaterki na czele. Szczerze mówiąc, czytając książkę z niemałą frajdą wyobrażałam sobie jaka z niej byłaby wyśmienita komedia z szansą na kilka ról – perełek! Zastanawiałam się jak rolę matki Zosi zagrałaby choćby utalentowana Ewa Kasprzyk, która już niejednokrotnie udowodniła swój dryg komediowy. Ale to takie moje czytelnicze dywagacje – po prostu autorka tak udanie zrównoważyła ciężar gatunkowy tematyki ciętym humorem ze szczyptą złośliwości, że podczas lektury wyobraźnia czytelnika nieustannie pracuje.
I tu dochodzę do trzeciego mocnego punktu „Męża na niby”, czyli samej fabuły. Nie liczcie na nagłe szczęśliwe zbiegi okoliczności w życiu Zośki. Co to, to nie! Nie ma lekko, gdy mąż zdradza, a tymczasem rodzina, zamiast utulić i poprzeć skrzywdzoną żonę przystępuje do bezlitosnego szturmu. Przy czym rodzona matka okazuje się być stokroć gorsza od teściowej i, na nieszczęście, nieskończenie kreatywna w udzielaniu niechcianej pomocy. Jedynym wsparciem dla bohaterki jest jej przyjaciółka, Jola, oraz dorastająca córka. Ale nawet one niewiele mogą jej pomóc, bo sama musi się na nowo poskładać po ciosie, który zafundował jej mąż.
„Odsuwam się od lustra i uważnie przyglądam odbiciu. Patrzy na mnie smutna twarz kobiety, o której jakiś czas temu można by powiedzieć, że jest ładna. (…) Gdy pomyślę, że jeszcze nie tak dawno uważałam się za atrakcyjną, chce mi się śmiać. Jak lubiłam spojrzenia facetów i cieszyłam się, że nie jestem przezroczysta. Jak czułam, że kolejne lata niczego mi nie odbierają, a wręcz dodają. Co z tego, skoro dla Pawła to było za mało. I gdyby nie to, że przed światem muszę ukrywać swój ból i lęk, nie zajmowałabym się sobą zupełnie, nie malowałabym się i nie wkładała ulubionych zwiewnych sukienek. To teraz zupełnie nie ma znaczenia. Jest tak płytkie i bez sensu”. ( str. 30 )
I o tym właśnie jest ta książka. Pod płaszczykiem zabawnej historii kryje się opowieść o podnoszeniu się z kolan po upadku. Słodko – gorzka, nie obiecująca łatwego sukcesu i fajerwerków, raczej długą, uciążliwą rehabilitację i blizny na pamiątkę. Do bólu prawdziwa, ale nie wpędzająca czytelnika w depresję dzięki lekkiemu, miejscami cudownie złośliwemu poczuciu humoru. Rozbawiły mnie do łez „okłady przyrodzeniem”, ale ciekawych skąd to określenie odsyłam do książki. Jeszcze jednym jej plusem są kapitalne ilustracje Igora Mikody, które uwypuklają odmalowany przez autorkę stan emocjonalny głównej bohaterki. „Mąż na niby” to gwarantowana dobra rozrywka z ukrytym dużo cięższym gatunkowo przesłaniem o wewnętrznej sile kobiet. Gorąco polecam!
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal!
„Mąż na niby” to moje pierwsze spotkanie z książkami Niny Majewskiej – Brown, choć autorka ma już ugruntowaną pozycję na rynku i grono wiernych czytelników. Z tym większą ciekawością sięgnęłam po jej najnowszą książkę wydaną przez Wydawnictwo Pascal. Premiera miała miejsce niespełna tydzień temu.
Najpierw przysłowiowe dwa słowa o treści, oczywiście bez spojlerowania i streszczania głównych wątków. Powieść została oparta na, zdawałoby się, zgranym schemacie: trzydziestoparoletnia Zosia, szczęśliwa żona Pawła i matka Poli nagle dowiaduje się, że jej dotychczasowe życie było tylko farsą, atrapą, bo pozornie szczęśliwy i kochający mąż nie tylko ją regularnie zdradzał, ale zdążył właśnie zapewnić sobie nowego potomka również ze związku z kochanką. Tę wiedzę bohaterka otrzymuje niejako w pakiecie, dwa w jednym. Taka swoista promocja na upokorzenia. Znany schemat? Znany. Jednak już w niejednej mojej recenzji przypominałam, że o sukcesie książki nie świadczy znalezienie unikatowego tematu czy oryginalnej formy. Tym, co przesądza o jakości książki jest sposób, w jaki pozornie taka sama jak dziesiątki innych historia została opowiedziana. I po lekturze jestem przekonana, że Nina Majewska-Brown znalazła swój klucz do opowiedzenia historii Zosi, klasycznego przypadku kobiety zdradzanej.
Przede wszystkim, autorka operuje niesamowicie lekkim piórem, przez co opowieść Zosi angażuje czytelnika od pierwszych akapitów. Ale w przypadku tej historii nie powiedziałabym, że lekkość jest równoznaczna z beztroskim humorem. Nie bójcie się, to nie jest kolejna książka o tym jak zdrada okazuje się być trampoliną do szczęścia, w którym bohaterka zaczyna się pławić ledwo zamkną się drzwi za niewiernym mężem. Nie ma tu, tak ponoć modnego, świętowania przyszłego rozwodu w gronie przyjaciółek i opijania go szampanem. Za to dostajemy portret kobiety porzuconej z całym spektrum przeżywanych przez nią emocji. Od wściekłości po rozpacz, od miłości do chęć mordu. I tutaj chciałabym podkreślić drugą mocną stronę tej historii – to właśnie jej bohaterowie. Piszę w liczbie mnogiej, bo choć opowieść skupia się na Zosi i jej emocjach, nie brak też zapadających w pamięć bohaterów drugoplanowych, z matką głównej bohaterki na czele. Szczerze mówiąc, czytając książkę z niemałą frajdą wyobrażałam sobie jaka z niej byłaby wyśmienita komedia z szansą na kilka ról – perełek! Zastanawiałam się jak rolę matki Zosi zagrałaby choćby utalentowana Ewa Kasprzyk, która już niejednokrotnie udowodniła swój dryg komediowy. Ale to takie moje czytelnicze dywagacje – po prostu autorka tak udanie zrównoważyła ciężar gatunkowy tematyki ciętym humorem ze szczyptą złośliwości, że podczas lektury wyobraźnia czytelnika nieustannie pracuje.
I tu dochodzę do trzeciego mocnego punktu „Męża na niby”, czyli samej fabuły. Nie liczcie na nagłe szczęśliwe zbiegi okoliczności w życiu Zośki. Co to, to nie! Nie ma lekko, gdy mąż zdradza, a tymczasem rodzina, zamiast utulić i poprzeć skrzywdzoną żonę przystępuje do bezlitosnego szturmu. Przy czym rodzona matka okazuje się być stokroć gorsza od teściowej i, na nieszczęście, nieskończenie kreatywna w udzielaniu niechcianej pomocy. Jedynym wsparciem dla bohaterki jest jej przyjaciółka, Jola, oraz dorastająca córka. Ale nawet one niewiele mogą jej pomóc, bo sama musi się na nowo poskładać po ciosie, który zafundował jej mąż.
„Odsuwam się od lustra i uważnie przyglądam odbiciu. Patrzy na mnie smutna twarz kobiety, o której jakiś czas temu można by powiedzieć, że jest ładna. (…) Gdy pomyślę, że jeszcze nie tak dawno uważałam się za atrakcyjną, chce mi się śmiać. Jak lubiłam spojrzenia facetów i cieszyłam się, że nie jestem przezroczysta. Jak czułam, że kolejne lata niczego mi nie odbierają, a wręcz dodają. Co z tego, skoro dla Pawła to było za mało. I gdyby nie to, że przed światem muszę ukrywać swój ból i lęk, nie zajmowałabym się sobą zupełnie, nie malowałabym się i nie wkładała ulubionych zwiewnych sukienek. To teraz zupełnie nie ma znaczenia. Jest tak płytkie i bez sensu”. ( str. 30 )
I o tym właśnie jest ta książka. Pod płaszczykiem zabawnej historii kryje się opowieść o podnoszeniu się z kolan po upadku. Słodko – gorzka, nie obiecująca łatwego sukcesu i fajerwerków, raczej długą, uciążliwą rehabilitację i blizny na pamiątkę. Do bólu prawdziwa, ale nie wpędzająca czytelnika w depresję dzięki lekkiemu, miejscami cudownie złośliwemu poczuciu humoru. Rozbawiły mnie do łez „okłady przyrodzeniem”, ale ciekawych skąd to określenie odsyłam do książki. Jeszcze jednym jej plusem są kapitalne ilustracje Igora Mikody, które uwypuklają odmalowany przez autorkę stan emocjonalny głównej bohaterki. „Mąż na niby” to gwarantowana dobra rozrywka z ukrytym dużo cięższym gatunkowo przesłaniem o wewnętrznej sile kobiet. Gorąco polecam!
Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal!
Powrót do blogosfery!
Dzień dobry,
po zamknięciu platformy, na której założyłam kilka lat temu swój blog Ogród Kwitnących Myśli, długo nie umiałam znaleźć dla siebie nowego miejsca w sieci. W końcu jednak się udało i, mam taką nadzieję, wkrótce będziecie mogli regularnie śledzić moje posty z recenzjami, zapowiedziami książek czy cytatami również tutaj. To także ukłon w stronę tych wszystkich moich potencjalnych czytelników, którzy nie mają konta na facebooku ani w innych mediach społecznościowych i taka forma bloga bardziej im odpowiada. Zatem ponownie zapraszam Was bardzo serdecznie do mojego Ogrodu Kwitnących Myśli! Nie ma w nim chwastów, pokrzyw, pułapek i mam nadzieję, że każdy, kto kocha literaturę i jest wrażliwy na piękno znajdzie tutaj swoje miejsce i poczuje się mile widzianym gościem!
po zamknięciu platformy, na której założyłam kilka lat temu swój blog Ogród Kwitnących Myśli, długo nie umiałam znaleźć dla siebie nowego miejsca w sieci. W końcu jednak się udało i, mam taką nadzieję, wkrótce będziecie mogli regularnie śledzić moje posty z recenzjami, zapowiedziami książek czy cytatami również tutaj. To także ukłon w stronę tych wszystkich moich potencjalnych czytelników, którzy nie mają konta na facebooku ani w innych mediach społecznościowych i taka forma bloga bardziej im odpowiada. Zatem ponownie zapraszam Was bardzo serdecznie do mojego Ogrodu Kwitnących Myśli! Nie ma w nim chwastów, pokrzyw, pułapek i mam nadzieję, że każdy, kto kocha literaturę i jest wrażliwy na piękno znajdzie tutaj swoje miejsce i poczuje się mile widzianym gościem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!
A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...
-
A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...
-
Moją przedpremierową recenzję najnowszej powieści Katarzyny Targosz „Larimer Street” chcę zacząć od pewnego cytatu, ale jego źródło zdra...
-
Kiedy dwa lata temu recenzowałam debiutancką powieść Marka Żaromskiego „Cenevole” to zdałam sobie sprawę, że będę tęsknić za światem wykre...

