czwartek, 8 września 2022

„Gdzie jesteś, bracie?”, czyli o cudach i CUDACH, i o tym czy na pewno „cud (…)utrudnia wiarę”? – RECENZJA PATRONACKA


wierzyć to znaczy ufać kiedy cudów nie ma

cud chce jak najlepiej

a utrudnia wiarę

 

ks. Jan Twardowski

Gdy umierał

 

Z powieściami, które biorę pod swoje patronackie skrzydła jest trochę tak jak z dziećmi, którymi człowiek obiecuje się zaopiekować. Czuje się radość i jednocześnie ciężar spoczywającej na barkach odpowiedzialności. Przynajmniej ja tak traktuję moje patronackie zadania – staram się zawsze, najlepiej jak umiem, pokazać Wam książkę, którą przyjęłam pod swoje skrzydła. Nie inaczej jest z moimi wrześniowymi patronatami, dlatego zrezygnowałam z wyścigu z czasem i zamieszczania recenzji przedpremierowych na rzecz jakości tego czasu, który obu powieściom mogę poświęcić. A pierwsza z nich, która miała swoją premierę w ubiegły piątek, 2 września, to kolejna wyjątkowa opowieść z serii „Opowieści z wiary” wydawanej przez Wydawnictwo eSPe. Serii, którą lubicie i cenicie, co mogę wnioskować z Waszych reakcji na moje kolejne recenzje wydawanych w niej tytułów.

 

Dzisiaj przychodzę do Was z powieścią, której lektura była moim pierwszym spotkaniem z Autorką, Magdaleną Mikutel. Mowa o książce „Gdzie jesteś, bracie?”, która jest kontynuacją debiutanckiej powieści Autorki „Mój syn”. Ale można śmiało pokusić się o lekturę części drugiej bez znajomości tej pierwszej, choć przyznam Wam się, że jeśli macie taką możliwość, szczerze radzę sięgnąć po obie książki – ja zamierzam nadrobić brak znajomości tomu pierwszego dla samej przyjemności lektury, z sympatii do bohaterów, z chęci poznania ich wcześniejszych losów, ale również z przekonania, że to lektura, na którą warto „tracić” czas.

 

Bohaterami „Gdzie jesteś, bracie?” jest czwórka przyjaciół, których los zetknął w poprzednim tomie, czyli Witek, Paweł, Aniela i Marta. Witek jest ojcem Jerzyka, chłopca z zespołem Downa, którego podrzuciła mu na wychowanie matka dziecka. Te wydarzenia zostały opisane w tomie pierwszym, dowiadujemy się o nich pośrednio. Poza tym to człowiek stawiający swoje pierwsze kroki na drodze wiary, raczkujący jeszcze na tej drodze. Witek przygotowuje się do chrztu, który ma przyjąć jednocześnie ze swoim synkiem. Jego przyjacielem i wsparciem na wyboistej drodze wiary są właśnie jego przyjaciele i dziewczyna. A szczególną rolę w życiu Witka odgrywa Paweł, człowiek, który sam swoją wiarą wywraca do góry nogami życie ludzi wokół. A może raczej należałoby powiedzieć, że to Bóg wywraca do góry nogami życie Pawła, a te zmiany pociągają za sobą zmiany w życiu otaczających go ludzi? Bo równorzędnym bohaterem w tej powieści jest …wiara. Ta niespotykana tajemnica, której jednym dane jest doświadczać z łatwością ( jak przypuszczam, w mniejszości ) zaś inni dostają ją w pakiecie z oceanem zwątpień, lęków, niepewności, bez gwarancji na uniknięcie błędów. Wiara we wszystkich jej odcieniach, od tych pastelowych, gdy Bóg przychodzi w lekkim powiewie, poprzez ogniste podmuch Ducha Świętego, aż po granatowe i czarne szalejące fale zwątpienia, lęku i goryczy, które tak często zalewają udręczone ludzkie serca…

 

Nie wiem, jak powinnam Wam opowiedzieć o tej książce, żeby jej nie spłycić, tylko oddać całe jej bogactwo i dobro. I od razu uprzedzam – niech ci z Was, którzy boją się etykietek przylepianych książkom i zjeżyli się odruchowo na dźwięk słowa „wiara” nie boją się sięgnąć po powieść Magdaleny Mikutel, bo jest ona tak wielowymiarowa, że znajdą w niej również coś dla siebie. Bo to, w pierwszej warstwie, przepiękna, przesycona dobrem, ciepłem, wiarą w uleczającą moc dobrych relacji, opowieść o prawdziwej miłości i prawdziwej przyjaźni. Nie takich, które odlicza się liczbą przeżytych wspólnie imprez, wypitych piw czy zaliczonych w górach szlaków, choć i w tym nie ma nic zdrożnego. Ale o takiej, którą odmierza się prawdziwą troską o bliskiego człowieka, cierpliwością wobec jego ograniczeń, czułością wobec jego zranień, wrażliwością na przeszłość, często poharataną i pełną gnijących ran. Taką, która nie boi się prawdy, nie boi się ani jej wypowiedzieć, ani usłyszeć, choćby była gorzka jak piołun. Która się nie poddaje, gotowa jest się bić, i to nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, o swojego przyjaciela czy ukochanego. Jakże dalekiej od dzisiejszej mody na wyrzucanie tego, co się zepsuło i zastępowanie tego natychmiast nowym egzemplarzem. Pięknie pokazuje to wątek kryzysu, który przeżywają Paweł i Marta, ale również trudne chwile między chłopakami. Bo, jak w pewnym momencie powie mama Pawła, nie jest łatwo dostać się za czyjeś zasieki. Zwłaszcza, gdy budował je w sobie latami.

 

To również wzruszająca, momentami bolesna, ale w ostatecznym rozrachunku dająca nadzieję, opowieść o potężnej sile rodzinnych więzi i rodzinnych traum. Jedne mogą dać fundament na całe życie, inne mogą to życie złamać. Zderzenie rodzin Pawła i Witka uwypukla miłość i więzi w tej pierwszej i ogrom błędów i zranień w tej drugiej. Ale żadna historia, dopóki wciąż trwa, nie jest skazana na gorzki finał.

 

I wreszcie, pod tą wierzchnią warstwą, ukryta jest ta druga, a wraz z nią ta bohaterka powieści, o której już wcześniej wspomniałam – wiara. Paweł jest już zaawansowany na drodze wiary, ale Witek jest ciągle na etapie ucznia. A jednak ten tandem ma odegrać ważną rolę w planach Boga. Magdalena Mikutel zderza w swojej powieści naszą bezpieczną, cieplutką, oswojoną religijność, choćby i najszczerszą, z wiarą i gorliwością rodem z Dziejów Apostolskich. Poprzez doświadczenia, jakie Paweł i Witek przeżywają we wspólnocie modlitewnej, do której należą, Autorka zmusza czytelnika do odpowiedzenie sobie na wiele pytań o jego wiarę. Bo to Boże szaleństwo, które staje się udziałem całej czwórki przyjaciół, tak naprawdę powinno być Bożą rutyną, która nikogo wierzącego nie dziwi i nie zaskakuje. I tutaj przypomina mi się jeden z ulubionych wierszy mojego tak kochanego księdza Twardowskiego, pozwolę go sobie przytoczyć, bo jest niedługi:

 

Gdy umierał na krzyżu

cud sie nie zdarzył

żaden anioł nie pomógł

deszcz nie obmył głowy

piorun się zagapił gdzie indziej uderzył

zaradna Matka Boska

z cudem nie zdążyła

wierzyć to znaczy ufać kiedy cudów nie ma

cud chce jak najlepiej

a utrudnia wiarę

 

Jakże prawdziwe okazały się słowa księdza Jana od Biedronki wobec doświadczeń, które spotykają czwórkę przyjaciół. Ale sami przeczytajcie, o jakie doświadczenia chodzi, nie zdradzę Wam jakie cuda dzieją się w tej powieści ;) . Powiem tylko tyle, że z pewnością zaskoczy Was jej bogactwo. Każdy może z niego wybrać tyle, ile jest w stanie na ten moment udźwignąć. Bo nie ma w tej książce ani grama dydaktyzmu, jest raczej zachwyt i pokora człowieka oszołomionego potęgą i nieprzewidywalnością Boga. Jest w niej czułość, dobroć, zachwyt pięknem świata i głębią ludzkich serc. Pokochacie Pawła, Witka, Martę i Anielę, poczujecie się członkami ich rodzin. Odnajdziecie się w ich rozterkach i radościach. A może, jeśli zechcecie i jeśli będziecie umieli otworzyć swoje serca, i Wy doświadczycie cudów ;) …

 

Gorąco polecam, a Wydawnictwu eSPe dziękuję za zaufanie i obdarowanie mnie tym niezwykłym patronatem :).

 


niedziela, 29 maja 2022

„Czekoladowa dynastia. Czas Karola” – czyli o tym jak gorycz ziarna kakaowca i życia zamienić w …czekoladę ;)


W to majowe, niedzielne popołudnie przychodzę do Was z jedną z zaległych recenzji, które spędzały mi sen z powiek. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – myślę, że na horyzoncie już majaczy zarys tomu drugiego powieści, o której chcę Wam koniecznie opowiedzieć, a tym samym moja recenzja może pomóc niezdecydowanym nadrobić lekturę tomu pierwszego ;) . Mowa o zbeletryzowanej historii rodziny Wedlów, czyli „Czekoladowej dynastii”, książce napisanej przez Teresę Monikę Rudzką. Tom pierwszy nosi tytuł „Czas Karola” i opowiada o losach założyciela tej bardzo znanej i lubianej w Polsce marki, Karolu Wedlu. Losach, które przypadły na niezwykle burzliwe czasy w Europie i w naszym kraju, którego jednakże nie było wtedy na mapach Europy, jako że akcja rozpoczyna się w roku 1841… Nie uprzedzajmy jednak faktów.

 

Musicie mi teraz pozwolić na mały wtręt i odrobinę prywaty. Wiecie, jakie mam głęboko w pamięci zachomikowane wspomnienia dotyczące marki Wedel? Jestem z pokolenia, które świetnie pamięta puste półki w sklepach i czasy, gdy słodycze wedlowskie były dla zwykłego śmiertelnika zwyczajnie niedostępne. Jednak mój Tato miał pracę, która pozwalała mu czasami na zakupy w legendarnej wówczas Baltonie, gdzie można było zdobyć towary ogólnie uznawane za luksusowe. I jedno z moich wspomnień z wczesnego dzieciństwa to podglądanie jak Mama kroi na równiutkie kawałki cudownie pachnący czekoladą Torcik Wedlowski. W uszach mam nadal ten delikatny trzask pękającej pod nożem czekolady i kruchego wafla. A największą frajdą było potem wybieranie każdego jej okruszka ;) .

 

Tyle wspomnień, ale one są ważne, bo dla wielu pokoleń Polaków marka Wedel to wręcz cząstka naszej kultury i tożsamości. Tym bardziej ciekawa byłam historii misternie utkanej przez Teresę Monikę Rudzką na kartach jej powieści. A cała opowieść zaczyna się od tego, że mocno zaniepokojona Frau Christine Wedel, matka Karola, postanawia posłać mu do pomocy niejaką Joankę Miller, siedemnastoletnią córkę swojej służącej. Karolowi bowiem nie wystarczała znajomość fachu piekarza i przejęcie w przyszłości rodzinnej piekarni w Ihlenfeldzie, ale zamarzyło mu się poznawanie świata oraz sposobów przyrządzania i produkowania słodyczy. Uczył się w Londynie, Paryżu i Berlinie, żeby ostatecznie osiąść w ostatnim tych miast i tam zacząć pracę i dorosłe życie. Matkę jednak zaniepokoił jego potajemny ślub z pewną ubogą Polką i postanowiła wysłać do syna kogoś, kto dyskretnie doniesie jej o tym, co naprawdę dzieje się w młodym małżeństwie. W końcu, nawet i w Berlinie, nazwisko Wedel zobowiązuje ;) ! Tak więc młoda Joanka odbywa pierwszą w swym życiu podróż dyliżansem i zaczyna służbę u młodego Karola Wedla i jego żony. I od tego momentu Autorka będzie przed nami odkrywać losy głównych bohaterów w dwojaki sposób: poprzez narrację w trzeciej osobie i …dzięki listom gorliwie pisanym do matki i do rodziny przez Joankę. Uważam, że był to zabieg genialny w swej prostocie, bo uczynił całą opowieść o wiele bardziej emocjonalną. O ile we fragmentach klasycznej narracji Autorka musi dbać o obiektywizm wobec swoich bohaterów, o tyle nie musi się o niego troszczyć charakterna i bystra Joanka o dobrym sercu, ale bardzo ciętym języku i niezwykłym darze obserwacji. Jej listy to najprawdziwsza perełka sztuki epistolograficznej i wielkie brawa należą się Autorce za ten znakomity zabieg! Czytając listy Joanki wysyłane do domu, co rusz wybuchałam śmiechem ;) . Dzięki temu lektura jest jeszcze przyjemniejsza, a przecież Ci z Was, którzy znają poprzednie książki Teresy Moniki Rudzkiej doskonale wiedzą, że ma świetne, lekkie pióro i niepowtarzalny, okraszony sporą dawką zdrowego sarkazmu styl.

 

Nie będę Wam zdradzała fabuły książki, bo jej odkrywanie w trakcie lektury to czysta frajda, której nie chcę Was pozbawiać. Chciałabym tylko podzielić się z Wami choć kilkoma wrażeniami, opowiedzieć Wam, na co zwrócić uwagę i czego się spodziewać. Uważam, że ta książka jest jedną z najlepszych, jeśli nawet nie najlepszą, w dorobku tej Autorki. Byłam bardzo ciekawa jej odsłony „historycznej”, bo poprzednie książki są jednak głęboko zanurzone we współczesności. I muszę powiedzieć, że w kostiumie z epoki jest Teresie Monice Rudzkiej bardzo do twarzy ;) ! Historia marki Wedel to historia sukcesu, przynajmniej z perspektywy czasu. Ale przecież ten sukces nie był budowany miesiącami czy nawet latami, ale …pokoleniami. I Autorka to właśnie pokazuje – ciężką, nierzadko wyboistą i pełną pułapek drogę do spełnienia swoich marzeń i realizacji planów. Jej uosobieniem są Karol i Karolina ( druga żona Wedla, o tym samym imieniu, co poprzedniczka ), małżeństwo wspierające się, kochające, a przecież nie idealne, mające swoje wzloty i upadki. Powiem Wam szczerze, że mnie osobiście nasunęło się pewne skojarzenie z „Nocami i dniami” i z małżeństwem Barbary i Bogumiła. Tylko dla mnie Karol i Karolina są jakby odwrotnością tego, co reprezentowali sobą Niechcicowie, bo w ich małżeństwie opoką i skałą był Bogumił. Tymczasem tutaj to Karolina Wedel napędza ten mechanizm, jakim jest ich związek, a potem powiększająca się rodzina. Postać Karoliny to jedna z moich ulubionych postaci w tej powieści, bo choć głównym bohaterem jest Karol, jego motorem napędowym jest mądra i kochająca żona.

 

Nie należy jednak zapominać, że akcja książki toczy się w bardzo burzliwych dla naszego kraju czasach. Państwo Wedlowie przenoszą się z Berlina do Warszawy, która, nie zapominajmy, znajduje się pod zaborem rosyjskim. Niesamowite są opisy Warszawy widzianej z perspektywy Joanki, która przenosiny z Berlina odbiera jako porażkę. Ówczesna Warszawa w porównaniu z pięknym Berlinem wydaje się być zwykłym, prowincjonalnym miasteczkiem. Autorka pokazuje dynamikę i rozmach tamtych czasów, jestem bardzo ciekawa jaka będzie Warszawa w kolejnych tomach powieści, bo nie mam wątpliwości, że zobaczymy jej ewolucję. Nie brakuje też kapitalnie odmalowanego tła społeczno – historycznego i mnogości ówczesnych postaw. Przecież to czasy naszych narodowych powstań, a w przypadku tego konkretnego przedziału czasowego, obejmującego tom pierwszy, Powstania Styczniowego. Ten wątek przeplata się z innymi, choćby w scenach dotyczących żałoby narodowej po upadku powstania i noszenia czarnych sukien przez Polki… Dzięki opowieści Teresy Moniki Rudzkiej karty historii ożywają, zaludniają się postaciami z krwi i kości i pozwalają lepiej zrozumieć ludzkie wybory i motywacje bohaterów.

 

Jakby mało było tego wszystkiego, na koniec chcę wspomnieć o specjalnej perełce dla miłośników literatury polskiej ;) . Autorka puszcza oko do czytelnika i losy swoich bohaterów styka z losami postaci z „Lalki” Bolesława Prusa. I tak Ignacy Rzecki przychodzi do cukierni Wedla na przeszpiegi, a przy okazji daje się uwieść słodyczy czekolady, zaś panna Izabela Łęcka spotyka …a zresztą, nie powiem Wam kogo, sami sobie przeczytajcie ;) ! Ta swoista zabawa literacka to dodatkowy smaczek w i tak bardzo smakowitej i dobrze doprawionej opowieści, ale z pewnością zachwyci każdego miłośnika klasyki literackiej.

 

Gdybym miała podsumować charakter tej powieści, musiałabym znowu sięgnąć do prywatnych doświadczeń. Było mi kiedyś dane, trochę przez przypadek, skosztować nieobrobionego ziarna kakaowca. Zaskoczyła mnie jego gorycz. A przecież to ono jest podstawą do stworzenia słodkiej, pysznej czekolady. W „Dynastii Wedlów” Teresa Monika Rudzka pokazuje właśnie drogę od goryczy ziarna kakaowca aż do smaku najbardziej wykwintnej czekolady. Od goryczy wyrzeczeń, trudów i ryzyka, aż do upajającego smaku sukcesu. A robi to w sposób doskonały! I dlatego polecam Wam jej powieść z całego serca, a sama czekam niecierpliwie na tom drugi!




 

piątek, 22 kwietnia 2022

„Blizny życia” – czyli „wędrówką życie jest człowieka” PREMIEROWA RECENZJA PATRONACKA OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!

Mówią, że najlepszym sposobem, by nie ulec pokusie, jest nie dopuszczać do tego, by się ona pojawiła. Ale czy naprawdę o to chodziło? Skąd można było wiedzieć, czy jest się dobrym, czy złym, jeśli nie przechodziło się prób? Gdyby seryjnego mordercę zanurzyć na całe życie w kapsule na dnie oceanu, nikogo by nie zamordował, ale czy to uczyniłoby go dobrym człowiekiem?

 

„Blizny życia” to trzecia, po „Szlaku Kingi” oraz „Powierzchni” powieść z przewijającymi się, raz na pierwszym planie, a innym razem w tle, tymi samymi bohaterami. Wszystkie ukazały się w bardzo wartościowej serii „Opowieści z wiary” Wydawnictwa eSPe. Zatem mowa już o trylogii, i o swoistym ukoronowaniu całej serii. Wiem, że dwie pierwsze części mają grono oddanych fanów, którzy niecierpliwie czekali na kontynuację. Spieszę jednak zapewnić każdego z Was, że nawet jeśli nie znacie poprzednich książek Katarzyny Targosz, natychmiast odnajdziecie się w wykreowanym przez nią świecie i rozgościcie się w nim z przyjemnością. I nie poczujecie się zagubieni ani obcy, przeciwnie, już od pierwszych stron poczujecie swojską bliskość z bohaterami i sympatię do nich.

 

Znana z poprzednich części rodzina Liśkowiaków przenosi się znad morza do …Kotliny Kłodzkiej, gdzie otwierają „Ośrodek Jeży Resort”. Skąd w nazwie te sympatyczne kolczaste zwierzątka? Tego dowiecie się z lektury ;) . Te przenosiny to dla całej rodziny prawdziwy nowy początek, zamknięcie pewnego etapu i rozpoczęcie wszystkiego raz jeszcze, z czystą kartą. Ma to szczególne znaczenie dla naznaczonego przeszłością, i to dosłownie i w przenośni, dwudziestosześcioletniego Mateusza. To on jest głównym bohaterem „Blizn życia” i to jego oczami obserwujemy pozostałych. Również Ksenię, która jest motorem napędowym całej rodziny oraz głównodowodzącą rodzinnym interesem, choć sama również zmaga się z własnymi demonami.

 

Nowe miejsce to również nowi ludzi, nowe relacje i …nowe okazje do popełnienia błędów. Czy Mateusz, który dostał już bolesną i trwałą nauczkę od losu odnajdzie się po iście pustelniczym etapie swojego życia? A co z Ksenią, która nadal czuje pokusę życia tak intensywnego, aby pokaleczyć się o „ostre krawędzie emocji”? Nikt z nas nie jest samotną wyspą. W życiu Mateusza pojawiają się dwie kobiety, których obecność zmusi go do wyjścia ze strefy komfortu. Tylko gdzie tak naprawdę nakreślona jest cienka granica, która strefę komfortu przemienia niezauważenie w strefę tchórzostwa i ucieczki przed życiem?

 

„Blizny życia” mają co najmniej dwie warstwy. Pierwsza to pasjonująca i wciągająca opowieść o życiu bohaterów w malowniczych Sudetach, ich relacjach z lokalną społecznością oraz ze sobą nawzajem, o mniej i bardziej dramatycznych wydarzeniach i zrządzeniach losu, o pasjach, porywach namiętności, radościach i smutkach. Ta historia wciąga od pierwszych zdań i nie ma obaw – nie będziecie się nudzić podczas lektury! Jednak dużo ważniejsza jest druga warstwa, ta w głębi, którą da się zobaczyć dopiero rozgryzając pierwszą. To opowieść o wiecznej wędrówce człowieka oraz o konieczności dokonywania w niej wyborów. O wędrówce, która nieodmiennie kojarzy mi się z tekstem Stachury tak pięknie od lat śpiewanym przez Stare Dobre Małżeństwo:

 

 Wędrówką jedną życie jest człowieka
Idzie wciąż
Dalej wciąż
Dokąd Skąd
Dokąd Skąd

 

Jak zjawa senna życie jest człowieka
Zjawia się
Dotknąć chcesz
Lecz ucieka
Lecz ucieka

 

To nic! To nic! To nic
Dopóki sił
Jednak iść
Przecież iść
Będę iść(…)

 

Ani Mateusz, ani Ksenia, ani nikt inny nie ma gwarancji, że nowy początek automatycznie będzie oznaczać LEPSZY etap. Każda podejmowana przez nich decyzja pociąga za sobą wymierne konsekwencje. Relacja Mateusza z Moniką, przyjaźń z tajemniczą Łucją. Znajomość Kseni z Arturem. Przyjaźń Mateusza z księdzem Konradem, kojarzącym mu się z dobrodusznym braciszkiem Tuckiem z historii o Robin Hoodzie. To wszystko są elementy dużo bardziej skomplikowanej układanki, z której to stopnia skomplikowania bohaterowie nie zawsze zdają sobie sprawę. A może ..nie chcą jej sobie zdawać? Katarzyna Targosz w ukrytej warstwie swojej powieści pokazuje wysiłek, jaki każdy z bohaterów musi włożyć w odnalezienie właściwej ścieżki, ale również i prawdziwego siebie. Bez oszukiwania się, usprawiedliwiania i szukania wymówek.

 

Jeśli jest coś, w czym ludzie osiągnęli perfekcję, to jest to umiejętność samooszukiwania się. Chcielibyśmy móc oszukać Boga, jakoś ukryć ten czy tamten grzech, ale wiemy, że tego zrobić się nie da, więc oszukujemy przynajmniej samych siebie. Jakie to głupio ludzkie, wiedzieć, że robi się coś złego, a jednocześnie mieć nadzieję, że ujdzie nam to na sucho, że jakoś się z tego wyplączemy. Od najmłodszych lat uczymy się tego, że nasze działania mają swoje konsekwencje, lecz równocześnie nieustannie kombinujemy, jak to ominąć.

 

Ta druga warstwa powieści wybrzmiewa szczególnie mocno w relacji Mateusza ze Skylar i z Łucją. Ale również w wyborach jednocześnie silnej i rozedrganej Kseni. Nagłe zwroty akcji oraz dramatyczne wydarzenia sprawią, że w pewnym momencie każdy z bohaterów będzie zmuszony stanąć sam przez sobą nagi, pozbawiony otoczki półprawd i samooszukiwania się.

 

Kolejnymi walorami powieści są umiejętnie w nią wplecione cytaty z literatury oraz pewien urokliwy, piękny wątek muzyczny, którym Autorka nawiązuje do rodzinnej historii. Ale odkrywanie tego pozostawiam Wam :) ! Zapewniam Was, że lektura „Blizn życia” nie będzie czasem straconym, ponieważ poza zajmującą fabułą zyskacie materiał do poważnych przemyśleń A może nawet …rachunku sumienia ;) ? To powieść o dojrzewaniu do samych siebie, do własnych emocji i do właściwych wyborów. I do prawdziwego życia, które nie pozwala chować się tchórzliwie za winklem, ale popycha nas wciąż na nowe ścieżki i zmusza, byśmy odnaleźli kompas, który zaprowadzi nas do celu.

 

Gorąco polecam Wam lekturę „Blizn życia” – warto!!!




 

wtorek, 29 marca 2022

„Do zakopania jeden trup”, czyli …depresja preppersa odurzonego oparami romantyzmu podana w sosie bombowym ;) . RECENZJA PATRONACKA!


 

Tym z Was, którzy znają i kochają komedie kryminalne Iwony Banach oraz jej absurdalne, momentami mordercze ( tak, tak, wyjaśnię Wam dlaczego ;) ) poczucie humoru, tej Autorki przedstawiać nie trzeba. Autorki i tłumaczki, ponieważ poza dorobkiem pisarskim ma ona też na koncie imponujący dorobek jako znakomita tłumaczka literatury francuskiej i włoskiej. Czytelnicy pokochali ją jednak za jej kipiące humorem i wyłapujące niczym radar absurdy współczesnego świata komedie kryminalne. I dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o najnowszej, „Do zakopania jeden trup”, czyli czwartej już części serii „z trupem” ;) . Serii, od której ja się zupełnie poważnie uzależniłam, ponieważ lektura kolejnych tomów działa na mnie wybitnie oczyszczająco i daje mi tyle radości, że zawsze czuję się potem jak po wizycie w duchowym Spa.

 

Jeśli znacie już serię „z trupem” to wiecie, że główną bohaterką, postacią wybitnie charakterną i nietuzinkową jest Emilia Gałązka, z przekonania i z powołania preppers doskonały. Emilia wierzy w koniec świata, liczy na rychły koniec świata, wyczekuje go z drżeniem serca i nieśmiałą radością i znakomicie się na niego od lat przygotowuje. Niestety, mało wrażliwe na jej potrzeby otoczenie generalnie z dużym trudem toleruje jej pasję, co jednak w żaden sposób nie zniechęca Emilii do czynienia coraz to nowych inwestycji. Jedyną bliską osobą, która życzliwie i z wyrozumiałością znosi zapędy Emilii jest jej siostrzenica, Magda. Co prawda, jako osoba wybitnie zrównoważona, nie podziela fascynacji ciotki potencjalnym atakiem zombie lub kataklizmem, który zmieniłby Ziemię w miejsce rodem z filmów katastroficznych. Ale wspiera ją jak umie.

 

Niestety, los się na Emilię stanowczo uwziął. Jakby mało było, że nic się nie dzieje – nawet malutka zbłąkana kometa czy meteoryt nie chcą uderzyć w dom Emilii i zrobić choćby lokalnego końca świata, to jeszcze …dostaje spadek! I to jaki spadek! Żeby to przynajmniej był zapas konserw z dwudziestoletnim terminem ważności! Tymczasem, zamiast takich frykasów, Emilia ma szansę odziedziczyć Ośrodek Aktywacji Emocjonalno-Uczuciowej Seniorów „Jesienny Płomień”. Niestety, żeby ten niemiły jej sercu i charakterowi spadek odziedziczyć, musi zamieszkać najpierw w ośrodku na trzy tygodnie. I choć nie ma na to najmniejszej ochoty, decyduje się na poświęcenie z myślą o Magdzie, którą szczerze kocha.

 

Powiedzieć, że zderzenie z rzeczywistością ośrodka „Jesienny Płomień” jest dla Emilii bolesne to eufemizm. Próba wtopienia się w różowo – landrynkowe towarzystwo pensjonariuszek omal jej nie zabija. Nie dość, że końca świata nie będzie, to jeszcze każą jej na obowiązkowych zajęciach pisać opowiadanie romantyczne! Ale już inwencji twórczej Emilii i jej wizji wielkiej, zmutowanej dziewczyny wychodzącej na żer nikt nie umie docenić. Na szczęście od frustracji ratuje ją …morderstwo! Bo oto zaraz na początku jej pobytu w ośrodku ktoś morduje …Emilię Gałązkę ;) ! Bez obaw, Iwona Banach nie uśmierca lubianej bohaterki, choć niejaka Gałązka ginie…

 

Nic Wam jeszcze nie zdradziłam z treści, choć pozornie mogłoby to tak wyglądać. „Do zakopania jeden trup” to pędząca z prędkością pendolino komedia pomyłek oraz eksplozja absurdu i czarnego humoru. Bo jak to możliwe, że Emilia Gałązka jest podejrzana o zabicie …Emilii Gałązki? I co, na miłość boską, lokalny duch Malwiny robi w karawanie? Dlaczego rosół okazuje się być, w pewnym sensie, śmiertelnie niebezpiecznym zbiornikiem wodnym? I jakim cudem szwagry przeżyły, choć zeżarły narzędzie zbrodni ;) ! )? Po co komu pluszowy wąż i bomba w ..niebieskawych majtkach w kwiatki? I jaka bezlitosna inkwizycja prześladuje szlachetnych, niosących kaganek oświaty ciemnemu ludowi płaskoziemców? A jeśli dorzucić jeszcze do kompletu stadko podstarzałych, ale bardzo aktywnych niespełnionych emocjonalnie amantek i chorobliwie nadaktywnego mordercę to …będzie się działo ;) ! Iwona Banach, jak zwykle, bezlitośnie obnaża współczesne zjawiska i trendy, ale robi to z taką fantazją i wdziękiem, że czytelnik dostaje czkawki ze śmiechu, choć gdzieś z tyłu głowy łaskocze go niepokojąca myśl o tym, że świat przedstawiony w powieści jest jakoś dziwnie znajomy ;) …

 

Zapewniam, że przy komedii kryminalnej „Do zakopania jeden trup” nie ma najmniejszych szans na nudę! Za to te na nagłe, śmiertelne zejście podczas lektury są zupełnie realne – spożywanie pokarmów oraz wszelakich napojów powinno być surowo zabronione ze względu na wysokie prawdopodobieństwo zadławienia się podczas ataków niekontrolowanego śmiechu! Jeśli potrzebujecie chwili wytchnienia i odpoczynku od problemów i niemałych stresów ostatnich, jakże trudnych tygodni, doktor Kinga przepisuje Wam antydeprersant „w literkach” ;) ! Czytajcie na zdrowie!

 

Za możliwość objęcia patronatem tej fantastycznej powieści dziękuję bardzo Wydawnictwu Dragon.




poniedziałek, 21 marca 2022

„Przyjaciółka”, tom pierwszy serii „Miasteczko Anielin”, czyli kim byłaby dorosła Pollyanna urodzona i wychowana w Polsce ;) – RECENZJA PATRONACKA OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!


 

Wiem, jak to jest, gdy los rzuca kłody pod nogi i wydaje się, że już po nas. Ale pamiętaj, że o kłodę pod nogami można się potknąć, można ją obejść, ominąć, a można też przeskoczyć, wspiąć się wyżej. Wybór należy do nas i zależy od sytuacji, w jakiej zostaniemy postawieni.

 

Część z Was zapewne zna powieści mieszkającej w Oświęcimiu pisarki Iwony Mejzy. Nie bez kozery wspominam miejsce zamieszkania tej bardzo sympatycznej i zasługującej na poznanie i szersze docenienie Autorki. Jest ona znakomitą wręcz promotorką rodzinnego miasta pokazując jego drugie oblicze, zupełnie różne od tego, co nasuwa się nam przy pierwszym skojarzeniu. Jakże krzywdzącym dla tego pięknego, o bogatej historii miejsca!

 

Iwona Mejza zadebiutowała jako autorka kryminałów, choćby takich jak „Wszystkie grzechy nieboszczyka” czy „Wyszedł z domu  nie wrócił”. Dobrych, klasycznych kryminałów, z ujmującą logiką fabułą oraz bardzo prawdziwymi, ale przy tym przyjemnie normalnymi bohaterami ;) . Czytam bardzo dużo kryminałów, był czas gdy sięgałam również po te bardzo okrutne, ale z wiekiem maleje mi poziom odporności na bestialstwo. Ostatnio zaś zaczyna mnie coraz bardziej męczyć kreowanie bohaterów z tyloma skazami i wadami, że przeciętnie wrażliwy i mieszczący się mniej więcej w społecznych normach czytelnik zaczyna się czuć cokolwiek nieswojo i doszukuje się u siebie nerwowo dysfunkcji, które udowadniałyby, że jest interesujący ;) . Dlaczego o tym piszę? Zapewniam, że nie bez przyczyny, co zrozumiecie czytając ciąg dalszy recenzji. W swoim dotychczasowym dorobku Iwona Mejza ma również świetną powieść obyczajową retro „Oświęcim Praga. Czas miłości i nadziei”. Polecam Wam ją gorąco, pozwoli Wam nie tylko przeżyć przyjemne chwile podczas lektury wskrzeszając na chwilę nieistniejący już świat, ale również sprawi, że inaczej spojrzycie na Oświęcim.

 

Najnowsza książka Autorki to powieść obyczajowa, w dodatku tom pierwszy serii „Miasteczko Anielin”. Akcja toczy się współcześnie, w malowniczym, małym miasteczku Anielin, do którego cztery lata wcześniej przeprowadziła się główna bohaterka, Marta, zwana przez bliskich Tusią, wraz z będącą pod jej opieką kilkuletnią Polą oraz rodzicami Marty, Tadzikiem i Marylką. Bardzo ważnym członkiem rodziny jest seniorka rodu, babcia Czesia, która zapewnia duchowe wsparcie Tusi za każdym razem, gdy ta go potrzebuje.

 

Samo miasteczko jest niewielkie, ale rodzina Wójcickich już się w nim zaaklimatyzowała. Jest tu urokliwa księgarnia prowadzona przez dwóch dżentelmenów jakby żywcem wyjętych z przedwojennych filmów, braci Ksawerego i Teofila Pruskich. Jest najprawdziwsza pizzeria prowadzona przez pół Włocha, Romano ( ale kto by tam wyliczał ile procent krwi włoskiej płynie w żyłach lubianego właściciela pizzerii ). Jest kiosk z żywcem wyjętą z komedii Barei zrzędliwą kioskarką, Felicją Kotkową. Niestety, poza nazwiskiem nic u tej charakternej kobiety nie mogłoby się nikomu skojarzyć z kocią miękkością i delikatnością ;) . Jest również sklep prowadzony przez Agatę Jaroszową, pod pozorami siły i zaradności skrywającą niejedną tajemnicę. Czy nie chcielibyście się wybrać w podróż do takiego sielskiego, a przecież jakby znajomego miasteczka?

 

A jednak początkową sielankę i spokój upalnych, letnich dni, mącą pewne tajemnicze wydarzenia. Spokój Tusi i Poli zostaje zakłócony przez pewien incydent w ogrodzie. Z kolei ciekawość mieszkańców miasteczka zostaje wystawiona na nie lada próbę z powodu pojawienia się w nim tajemniczego, młodego mężczyzny. Kilka z pozoru nieznaczących epizodów spełnia rolę kamyczków wywołujących potężną lawinę. Tusia i Pola, u progu kipiącego pięknem lata, nawet się nie domyślają ile zmian przyniosą im najbliższe tygodnie…

 

Od razu zaznaczam – nie bójcie się sielskości, bo nie ma ona nic wspólnego z mdlącą cukierkowatością. To raczej swojskość i piękno zwyczajnej, normalnej, niespiesznie celebrowanej codzienności. Powieść Iwony Mejzy utkana jest z czułości i zachwytu pięknem życia. Czuje się to od pierwszych stron, bo czułość spowija, jak miękki szal, relacje Tusi z Polą oraz ich obu z babcią Czesią. Ale ta czułość zachwyca również w słońcu prześwietlającym ucho rudego dochodzącego do ogrodu rodziny Wójcickich kota, w smaku domowych naleśników i truskawek ze śmietaną. W równo przeszywanych ściegach sukienek, która Tusia szyja dla Poli i dla siebie, z takiego samego materiału. W pełnych ciepła przekomarzaniach obu bohaterek.

 

A przecież ta sielskość nie jest w żaden sposób oderwana od życia. Przeciwnie, nad głowami młodej kobiety i małej dziewczynki gromadzą się czarne chmury. Ze wspomnień Tusi dowiadujemy się rzeczy smutnych i trudnych. Ale ona nie pozwala się przytłoczyć życiu tylko jego ciemne barwy rozjaśnia akwarelami czułości, troski, życzliwości i prostych gestów. I teraz nawiążę do tytułu mojej recenzji, który być może Was zaskoczył. „Przyjaciółka” Iwony Mejzy ma w sobie coś z uroku jednej z moich ukochanych książek dzieciństwa, czyli „Pollyanny” Eleanor H. Porter. Marta i Pola również umieją „grać w radość”, mimo przeciwności, trudności i dramatycznych wręcz zwrotów akcji. I, moim zdaniem, to największa zaleta tej książki, zwłaszcza teraz, w czasie, gdy każdemu z nas tak bardzo brak spokoju. Autorka trzyma się bardzo blisko życia, zwyczajnego, takiego, jakie prawdopodobnie wiedzie niemal każdy z nas. Pokazuje je jednak od najlepszej strony. Wszystko to, czym zachwycają się Pola i Tusia jest dostępne na wyciągnięcie ręki dla każdego z nas. Bez względu na okoliczności. Wystarczy umieć patrzeć pod właściwym kątem. Tak, jak kiedyś Pollyanna, która cieszyła się nawet z poniedziałkowego prania, bo pocieszała ją myśl, że następne będzie dopiero …w kolejny poniedziałek ;) .

 

Zanurzcie się w swojskim świecie malutkiego Anielina. Dajcie się zaprowadzić do ogrodu Tusi. Spójrzcie razem z nią, Polą i babcią Czesią pod właściwym kątem. A życie stanie się nagle łatwiejsze do zniesienia…

 

Gorąco polecam, a za zaufanie i możliwość patronowania tej pięknej powieści dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Dragon.




wtorek, 22 lutego 2022

„Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior” Jamesa Rebanksa - pochwała życia i prostoty doprawiona mocno prawdą i mądrością ;) . RECENZJA WZNOWIENIA

Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o bardzo szczególnej książce, która z pewnością różni się znacznie od innych książek dostępnych na rynku. Chodzi o „Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior” Jamesa Rebanksa, którego wznowienie ukaże się już jutro w Wydawnictwie Znak Literanova. Miałam okazję czytać przedpremierowo pierwsze wydanie tej nietuzinkowej książki i bardzo chcę Was zachęcić do sięgnięcia po nią przy okazji jej wznowienia, bo to jedna z takich opowieści, które zapadają w serce i zostają z nami na całe życie.

 

Naprawdę długo zastanawiałam się jak o niej napisać, żeby Wam wiarygodnie naszkicować o czym jest ta książka i dlaczego warto po nią sięgnąć. Najpierw kilka słów o autorze oraz o wymienionej w podtytule Krainie Jezior. James Rebanks pochodzi z rodziny pasterzy, którzy z dziada pradziada zajmowali się właśnie tradycyjną hodowlą owiec. Razem z innymi rodzinami zamieszkującymi mniej więcej ten sam skrawek Krainy Jezior tworzyli oni, i nadal tworzą, pewną zamkniętą, lokalną społeczność, w której wszyscy się ze sobą znają, kolejne pokolenia uważnie się obserwują, a ludzie często zawierają ze sobą ważne interesy tylko na „słowo honoru”, wierząc w sprawdzoną od pokoleń uczciwość danej rodziny. Jak sam autor pisze w książce: „Każdego nowego przybysza obserwuje się w społeczności gospodarzy uważnie, żeby sprawdzić, czy wykaże się uczciwością i czy będzie przestrzegał zasad. Mówi się, że dopiero ten, którego rodzina mieszka tu od trzech pokoleń, zasługuje na miano miejscowego (…)”. ( str. 49 )

 

Tereny, które owa społeczność pasterzy zamieszkuje to jedne z najpiękniejszych terenów nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w ogóle na świecie. Kraina Jezior, czyli Lake District, leżąca w północno-zachodniej części kraju, to jedno z najbardziej malowniczych i najpopularniejszych miejsc wypoczynkowych, którego piękno rozsławili tak zwani „angielscy poeci jezior”, William Wordsworth, Samuel Taylor Coleridge oraz Robert Southey, jak również pejzażysta John Constable. Nie bez znaczenia jest fakt, że to właśnie tutaj, jak wspomina na początku swojej opowieści James Rebanks, „(…) sformułowano postulat, że każdy z nas może czuć się „współwłaścicielem” ( niezależnie od tego, do kogo należą prawa własności ) niektórych miejsc lub rzeczy tylko dlatego, że te obiekty są piękne, inspirujące lub po prostu w jakiś sposób wyjątkowe. (…) Tutaj określono zasady, którymi obecnie kierują się instytucje zajmujące się ochroną przyrody na całym świecie. Każdy chroniony krajobraz, każdy pomnik przyrody, każdy park narodowy i każdy obiekt na Liście światowego dziedzictwa UNESCO ma w swoim DNA zapisane fragmenty (…) informacji”, ( str. 18 ) sformułowanej w 1810 roku przez Wiliama Wordswortha, angielskiego romantyka, że powinno istnieć „coś na podobieństwo narodowego mienia, do którego każdy człowiek ma prawo i w którym posiada udział, ażeby mógł do woli nacieszyć nim swoje oczy i serce”. Jak widać, Kraina Jezior to miejsce szczególne nie tylko ze względu na piękne pejzaże, ale i na swoiste światowe dziedzictwo, w którym wszyscy mamy udział dzięki zalążkowi myśli, które przed laty tam właśnie wyartykułowano.

 

Ale książka Jamesa Rebanksa nie jest tak wyjątkowa tylko ze względu na to szczególne opisane w niej miejsce na ziemi i zamieszkującą je społeczność pasterzy. Powiedziałabym, że jest to wartość dodana tej opowieści. Owszem, ważna, bo pozwalająca lepiej zrozumieć myśl autora, ale nie najważniejsza. Najważniejsza jest pochwała życia i prostoty, w którą układa się ta historia. Żyjemy w czasach, w których właściwie niemal wszyscy daliśmy się przekonać, że sensem naszego życia są sukces, zysk, wspinanie się po szczeblach kariery, nieustające dążenie do tego, żeby mieć więcej, szybciej lepiej. W tej chwili już dzieci zaprzęga się do bezlitosnego wyścigu szczurów, dzięki któremu będą mieć w przyszłości lepsze możliwości rozwoju, dobrych studiów i kariery. Gdyby tak zrobić test wśród rodziców dzisiejszych uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych to okazałoby się, że niemal wszyscy rodzice bez wyjątku marzą dla nich o karierach dyrektorów, kierowników , menadżerów wyższego szczebla. I oto w ten świat wkracza James Rebanks ze swoją opowieścią pasterza i mówi nam, że można być szczęśliwym nie chcąc ciągle więcej i lepiej, można spełniać się w zwyczajnym, pełnym diabelnie ciężkiej pracy życiu, szanując innych ludzi, przyrodę, i żyjąc od pokoleń w tym samym miejscu… "Czasami wydaje mi się, że lubimy myśleć i robić pewne rzeczy po swojemu, ponieważ widzieliśmy kawałek szerokiego świata i przekonaliśmy się, jak bardzo sobie cenimy swoją tradycję i niezależność. Mój dziadek wybrał się pewnego razu na targi rolne aż do Paryża. Wiedział, co mają do zaoferowania duże miasta, ale wyczuwał też, że zamieszkanie w jednym z nich oznacza wykorzenienie, anonimowość, rzucenie się w wir świata, który robi z nami, co chce, i wcale nie oferuje wolności ani poczucia kontroli nad własnym życiem. Majątek, do którego być może by się doszło, znaczył niewiele albo nawet nic w porównaniu z poczuciem przynależności i sensu życia, które mieliśmy na swojej ziemi”. ( str. 76 )

 

To, o czym pisze w swojej książce James Rebanks może się wydawać bardzo niepopularne w dobie kosmopolityzmu i mody na szukanie siebie na drugim krańcu świata. Pokazuje on czytelnikowi wyraźnie, że życie w małej społeczności, na tym samym kawałku ziemi, na którym mieszkali nasi przodkowie, nie jest w niczym mniej wartościowe od życia kosmopolity. A pisze o tym człowiek, który jest stuprocentowym pasterzem, ale ma jednocześnie dyplom Oxfordu i lata po całym świecie jako niezależny konsultant Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO w Paryżu, by, jak sam pisze, pomagać „(…) dopilnować, żeby lokalne społeczności czerpały korzyści z turystyki na swoich terenach”. ( str. 230 ) Nie bójcie się, proszę, że to kolejna cukierkowa opowieść o powrocie do korzeni. Nic podobnego! To opowieść, w której nie brak brudu, śluzu i krwi, bo życie pasterza polega, między innymi, na opiece nad chorymi owieczkami, podawaniu im leków, czyszczeniu ich z brudu, odrobaczaniu, odbieraniu porodów kotnych owieczek. Ale w tym wszystkim ujmuje ogromny, prawdziwy szacunek pasterzy do przyrody i troska o powierzone ich opiece zwierzęta. Pomimo tego, że niektóre z tych zwierząt są hodowane na mięso, w ich postawie wobec nich jest pełnia troski i odpowiedzialności. Jest w tym prawda o życiu, w którym zwierzęta zabija się i zjada z prawdziwej potrzeby wyżywienia i utrzymania rodziny, a nie wyłącznie dla czystego zysku. James Rebanks przedstawia prawdziwy świat, nie idealizuje, ale jego szacunek do życia i przyrody jest uderzający.

 

To znakomita książka i mogłabym o niej pisać jeszcze bardzo długo, ale przecież nie o to chodzi. Zachęcam Was gorąco – sięgnijcie po ten tytuł. Nie bójcie się powierzchowności, bo w opowieści Jamesa Rebanksa jej nie znajdziecie. To nie jest kolejna słodka opowiastka nie mająca wiele wspólnego z prawdziwym życiem. Tak, jak parę zdań wcześniej wspomniałam, to historia, która zmusza czytelnika do utaplania się w błocie, ubrudzenia, asystowania przy porodzie owiec czy przy ich strzyżeniu, ale jednocześnie pokazuje prawdziwe, nie wyretuszowane w photoshopie życie. Jestem pewna, że będę do tej książki wracała, bo jest ona niewyczerpanym źródłem prawdziwej mądrości. Gorąco polecam!





 

niedziela, 6 lutego 2022

„Dajmy sobie nową szansę” – opowieść o tym, czym różni się złoto od tombaku i czy cuda się zdarzają… RECEZJA PATRONACKA!

 



Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością.

 

Karol Wojtyła, „Przed sklepem jubilera”

 

Moje koleżanki blogerki oraz zaprzyjaźnione książkoholiczki już od dawna zachęcały mnie do lektury powieści Beaty Agopsowicz. Dlatego odpowiedziałam pozytywnie na propozycję Wydawcy, Wydawnictwa eSPe, aby objąć patronatem najnowszą książkę tej Autorki „Dajmy sobie nową szansę”. Pomyślałam, że będzie to świetna okazja, aby wyrobić sobie, choć wstępnie, własne zdanie. Poza tym wiem już z doświadczenia, że w serii „Opowieści z wiary” pojawiają się dobre, ciekawe powieści.

 

Na samym początku Beata Agopsowicz daje nam pewne skrawki opowieści, które pozwalają poznać głównych bohaterów. Trochę tak, jakbyście dostawali kolejne kawałki potrzebne do zszycia patchworkowej kołdry. Są różnej wielkości, kształtu i kolorów, i na początku trudno je dopasować i wyobrazić sobie jaki efekt da zszycie ich razem. Dopiero z czasem, przy każdej kolejnej przewracanej stronie, przy każdym dokładanym do kołdry kawałku, wyłania się pełniejszy obraz, żeby na końcu pokazać spójny, wielobarwny wzór.

 

Najpierw czytelnik poznaje Antoniego, starszego, samotnego człowieka, który niechętnie po niedzielnej mszy opuszcza przyjazną przystań, jaką jest dla niego parafialny kościół. Potem Konrada, samotnego ojca trójki dzieci, choć początkowo dokładne przyczyny jego samotnego ojcostwa są przed czytelnikiem zakryte. W następnych scenach pojawia się Iwona, typ perfekcyjnej pani domu i perfekcyjnej bizneswoman, która właśnie wypływa na zdradliwe wody fascynacji mężczyzną innym niż jej mąż i zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że niebezpieczne wiry mogą ją wciągnąć na samo dno… Po niej, jakby dla kontrastu, pojawia się Ryszard, typ wiecznego lekkoducha na utrzymaniu żony, który co prawda kocha bezgranicznie swoją rodzinę, ale nie jest w stanie zakotwiczyć na dłużej w żadnej pracy, dzięki której mógłby partycypować w jej utrzymaniu. I wreszcie Agata, tragicznie poturbowana przez życie, u kresu wytrzymałości. Co ich łączy?...

 

Wszyscy chcą kochać
Choć nie przyznają się
Tak pięknie jak w kinie
Jak we śnie
Wszyscy chcą kochać
Do utraty tchu
Zmysły postradać bezpowrotnie
Choćby raz, jeden jedyny raz

 

( Wszyscy chcą kochać, wyk: Maryla Rodowicz, tekst: Katarzyna Nosowska )

 

Życiowe ścieżki tych wszystkich bohaterów w pewnym momencie zaczną się ze sobą przecinać wywołując efekt podobny do potrąconej pierwszej kostki domina w misternie ułożonej konstrukcji. Siłą rozpędu i prawami fizyki ta pierwsza, upadając, wywraca kolejną, a ta następną, i tak aż do wywrócenia całej, czasem bardzo skomplikowanej konstrukcji… W przypadku „Dajmy sobie nową szansę” osobą, która potrąca pierwszą kostkę domina będzie …Antoni. Niczego więcej jednak nie zdradzę. Z fabułą powieści najlepiej zapoznajcie się sami, a gwarantuję Wam, że wciąga od pierwszej aż do ostatniej strony i nie pozwala odłożyć książki na bok. Poza głównymi bohaterami powieści poznajemy również ich rodziny: mężów, żony, dzieci, zagłębiamy się w ich świat wewnętrzny, ich radości i problemy, poznajemy skrywane frustracje i spychane głęboko do podświadomości marzenia.

 

Beata Agopsowicz w swojej najnowszej powieści porusza temat miłości, zwłaszcza tej małżeńskiej, sakramentalnej, ale również związanej z nią nierozerwalną pępowiną miłości rodzicielskiej. Każdy z bohaterów stanowi część pewnej małej rodzinnej wspólnoty, a jego wybory, zarówno dobre jak i złe, wpływają na wszystkich pozostałych. Trochę jak w teatrze lalek, w którym aktorom poplątały się sznurki poszczególnych postaci i w serii chaotycznych ruchów jedne jeszcze bardziej splątują, inne zrywają, a jeszcze innymi uszkadzają lalki. Miłość w „Dajmy sobie nową szansę” to taka miłość jak ta w „Pod sklepem jubilera” Karola Wojtyły, o ściśle określonych wadze oraz ciężarze gatunkowym. To nie bezwartościowy tombak, którego zgubienie nie zaboli ani nie obejdzie tego, kto go utraci. Przeciwnie, to złoty pierścionek, drogocenna perła, której utrata może doprowadzić do życiowej ruiny. Jednak, w przeciwieństwie do teatru lalek, w świecie pokazanym przez Autorkę, losami sponiewieranych pacynek nie żądzą mało poradni aktorzy ani chaos, ale Wielki Reżyser. Spogląda cierpliwie i miłosiernie zza kurtyny i jest w stanie jednym ruchem rozsupłać nawet najgorzej zasupłane węzełki. Wystarczy tylko poprosić o pomoc. W fabule pojawiają się dwa takie miejsca, w których bohaterowie, te pokiereszowane postacie z nieudanego teatru lalek, odkrywają, że istnieje Ktoś, kto może im pomóc. To pewien kościół w Wałczu oraz sanktuarium Matki Bożej Miłości Zranionej w Skrzatuszu.

 

Usiadł i ponownie się rozejrzał. Dostrzegł żebrowe sklepienie pomalowane na niebiesko. Wiedział, że ma zapewne przypominać niebo, w którym kiedyś wszyscy mamy się znaleźć. Potem oglądał malowidła na ścianach, przedstawiające różnorodne sceny z Biblii i życia świętych. Na końcu jego wzrok zatrzymał się na dużym krzyżu stojącym blisko ołtarza. Figura Jezusa, również pokaźnych rozmiarów, miała głowę skierowaną na kościół, jakby Jezus obserwował tych, którzy siedzą w ławkach. Na niego Jezus też patrzył… Konradowi wydawało się, że prześwietla jego myśli. Sam nie wiedział, skąd przyszło takie poczucie. Przecież nigdy nie był szczególnie pobożny, mógł co najwyżej powiedzieć o sobie, że był wierzący. A jednak w tym momencie wydawało mu się, że Jezus wpatruje się w niego, tak jakby czegoś od niego oczekiwał.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytał półgłosem.

 

Czy bohaterom „Dajmy sobie nową szansę” uda się poskładać to wszystko, co się powywracało, popsuło i przestało działać? Czy uda się porozplątywać mocno poplątane nitki ich losów? Czy cuda się zdarzają? Tego Wam nie powiem, sami musicie sięgnąć po najnowszą książkę Beaty Agopsowicz. Mogę Was jedynie zapewnić, że to powieść warta poświęconego na lekturę czasu. Głęboka, prawdziwa, z bohaterami, którzy borykają się z bardzo współczesnymi problemami. Na szczególną uwagę zasługuje, między innymi, poruszony wątek uzależnienia nastolatków od gier i zdobyczy współczesnej techniki, które staje się czymś w rodzaju współczesnej plagi egipskiej. Nie rozczaruje Was ta powieść, bo sięga do najgłębszych tęsknot i pragnień ludzkiego serca. Ale nie serwuje łatwych odpowiedzi. Bo to, co ważne, wymaga też zwykle pracy i prawdziwego wysiłku. Złoto ma inną wartość niż tombak…

 

Gorąco polecam! Pierwsze spotkanie z prozą tej Autorki uznaję za bardzo udane!

 

Za zaufanie i możliwość objęcia powieści patronatem dziękuję Wydawnictwu eSPe.



„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...