niedziela, 28 lipca 2019

„Pod naszym niebem”, czyli najprawdziwszy patchwork ludzkich losów i emocji! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!



Przyznam szczerze, że dzisiaj odczuwam szczególną odpowiedzialność pisząc recenzję. A bierze się to z faktu, że chodzi o recenzję pierwszej książki, którą objęłam patronatem na moim blogu. Wiem, że w tym momencie stali bywalcy Ogrodu Kwitnących Myśli wiedzą już doskonale, że chodzi o debiutancką powieść obyczajową „Pod naszym niebem” Sylwii Kubik, która została wydana przez Wydawnictwo eSPe i której premiera będzie miała miejsce już za pięć dni, dokładnie 2 sierpnia.

Można powiedzieć, że miałam przyjemność obserwować od poczęcia jak powstawała ta książka, ponieważ o pomyśle na nią dyskutowałyśmy zażarcie rok temu, na warsztatach pisarskich, na których po raz pierwszy spotkałam Sylwię oraz grono innych fantastycznych kobiet, z którymi przyjaźnimy się do dzisiaj. Tym większą radość sprawiła mi możliwość ocenienia dzieła już wykończonego, ubranego w piękną szatę graficzną ( wielkie brawa dla Wydawnictwa eSPe za piękną, jasną, optymistyczną okładkę ) i promowanego z wielkim zaangażowaniem samej Autorki. Doceniam ogromnie jej wkład w każdy detal, nawet w przygotowanie paczek dla recenzentów. Wierzcie mi, to trochę tak, jakby razem z powieścią dostać kawałek serca tego, kto ją tworzył.

Akcja „Pod naszym niebem” toczy się w małej wsi Brzozówka na Powiślu, podobnej do setek i tysięcy polskich wiosek na prowincji. Główna bohaterka, Karolina, to szczęśliwa mężatka, matka dwóch córek, Anielki i Gabrielki. Gabrysia przyszła na świat jako skrajny wcześniak i ten wątek odegra niebagatelną rolę w powieści. Karolina to również nauczycielka i działaczka samorządowa zaangażowana mocno w życie małej społeczności Brzozówki. Powiem Wam tak – w opowieść napisaną przez Sylwię Kubik wchodzi się tak, jak do domu przyjaciela. Zaczęłam czytać pierwsze zdania, akapity, strony, i nagle, zupełnie tego nie odnotowując, poczułam się jak u siebie – dobrze, bezpiecznie, na miejscu, i zapragnęłam się rozgościć na dłużej. Naprawdę, ten opis najwierniej oddaje moje pierwsze wrażenie, które, jak się później okazało, miało mi towarzyszyć już do końca lektury. Każdy kolejny poznawany bohater był dla mnie niczym nowo poznany mieszkaniec miejscowości, do której człowiek się przeprowadza w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. A co bohater, to historia! Poznajemy zatem, między innymi, nader energiczną, z delikatnymi zapędami terrorystycznymi ( ale tylko dla dobra sprawy ;) ) sołtyskę Krysię, sympatycznego i życzliwego księdza Karola, tajemniczego Macieja, który swoimi planami nieźle namiesza w głowie mieszkańcom Brzozówki, przyjaciółkę Karoliny – Hanię, kobietę o iście anielskiej cierpliwości, z gatunku tych, co to „w butach pójdą do nieba” ( a dlaczego, przekonacie się czytając książkę ). Jak to bywa w małych miejscowościach, nie da się też uniknąć spotkania z mniej sympatycznymi tubylcami, a do takich z pewnością zalicza się babcia Weronika, czyli teściowa Hani. Zapewniam Was jednak, że ten wątek nie popsuje Wam krwi podczas lektury, ponieważ Sylwia Kubik pokazała w nim swoje komediowe oblicze ;) :

„– Apetyt za to pani dopisuje – stwierdziła Karolina.
– Co mi innego zostało? Zjem, chociaż wolałabym sernik.
– Wujek Piotr też lubił sernik... – Dominika smutno pokiwała głową. – Szkoda, że nie żyje.
– Szkoda, szkoda – potwierdziła Weronika.
– Na co zmarł? – zainteresowała się Karolina.
– Z tego co pamiętam, to na raka prostaty. – Hania smutno się uśmiechnęła na wspomnienie trochę jowialnego wujka. Był sympatycznym i kulturalnym mężczyzną, który zawsze z atencją odnosił się do kobiet. Prawdziwy dżentelmen.
– Raka, to i ja mam na pewno... – wtrąciła Weronika, widząc, że temat rozmowy zbacza z jej osoby.
– Prostaty? – zakpiła Karolina.
– Pewnie tak. Tak mnie kości bolą, że to na pewno rak prostaty”. ( str. 241 )

Poznajemy też Kobietę Cmentarną, której wątek jest jednym z najważniejszych i najbardziej tajemniczych w książce, a dotyka odległej przeszłości, która jednak rzutuje mocno na teraźniejszość wielu ludzi. „Coraz częściej uświadamiam sobie, że to, co wydarzyło się w przeszłości, ma ciągle na nas wpływ. I to większy, niż myślimy...” ( str. 237 ). Bardzo ciekawą postacią jest również druga przyjaciółka Karoliny, poznana w szpitalu Monika. Niejednoznaczna, z pogmatwanymi emocjami i charakterem. Na uwagę zasługują też historia Tomka i Wiktorii czy postać wiecznie roszczeniowej Kaśki… Oczywiście, fabuły Wam nie zdradzę, sami zawitajcie do Brzozówki i poznajcie jej mieszkańców.

 Powiem Wam tyle - jeśli kochacie opowieści pełne mądrości połączonej z pogodą ducha, optymizmem i humorem, to nie możecie przegapić tej książki! „Pod naszym niebem” przypomina piękną, kolorową, połączoną z dziesiątek, setek kawałków o różnych kształtach patchworkową kołdrę. Każdy kawałek to inny człowiek i inna opowieść, ale ponieważ wszystkich ich, wcześniej czy później, los zetknął w Brzozówce, ich życiowe ścieżki się posplatały nawzajem, a czasem wręcz zaplątały i latami nie mogą rozplątać. Ale choć trafi się gdzieś czasem jakiś krzywy, niepasujący ścieg ( jak choćby gburowaty odludek Stefan ), nie ma on wpływu na obraz całości. Ba, staje się jej nieodłączną, ważną, konieczną cząstką bez której szwy by się popruły i w najlepszym razie powstałaby dziura.

Szczególne plusy daję za kilka elementów, które mnie osobiście bardzo się spodobały: za kapitalne wręcz dialogi z małą Gabrysią, w których pod lekką pianką humoru kryje się i smutek, i żałoba, i tak zwana życiowa mądrość, pozbawione jednak goryczki. Za wątek samej Gabrysi i pokazane osamotnienie i emocje miotające matkami takich wcześniaków – myślę, że Sylwia Kubik, która opisała własne doświadczenia, ma szanse swoją książką wywołać ogólną dyskusję dotyczącą takich matek i dzieci, i chwała jej za to, bo temat jest bardzo ważny. Za wątek pani Heleny, który jest przykładem połamania ludzkich losów przez historię i przywołuje taki jej fragment, który do niedawna był tabu i którego nie poruszano.

Podsumowując, zachęcam Was z całego serca do lektury „Pod naszym niebem”. To nie jest banalna, przewidywalna obyczajówka. Lub, innymi słowy, nawiązując do wcześniejszego porównania, to nie jest jakaś tam tania kołderka chińskiej produkcji. To najprawdziwszy patchwork ludzkich losów i emocji zszyty z wprawą godną fachowca i artystki w jednym! A ja sama mam nadzieję na ciąg dalszy, co zresztą delikatnie sugeruje niejednoznaczne zakończenie…

Gorąco polecam!

Wydawnictwo: eSPe
Data wydania: 2 sierpnia 2019
Liczba stron: 384

sobota, 20 lipca 2019

"Lista obecności", czyli chirurgiczna precyzja obserwacji



Skończyłam dzisiaj czytać "Listę obecności" Agaty Kołakowskiej. Wstałam specjalnie o siódmej rano, żeby w spokoju i z wypoczętą głową delektować się lekturą, bo w trakcie tygodnia pracy byłam wieczorami zbyt zmęczona, a aż mnie korciło, żeby się dowiedzieć co spotkało Igę w Kunicach. No tak, ale Wy jeszcze nie wiecie kim jest Iga Stelmach. To główna bohaterka najnowszej powieści Agaty Kołakowskiej, czterdziestoletnia rzeźbiarka, która zdążyła zaistnieć na rynku sztuki jako wschodząca gwiazda zanim spotkały ją pewne życiowe doświadczenia burzące jej uporządkowany świat. To one sprawiły, że pewnego dnia uległa pokusie ucieczki od życia w mieście i przeprowadzki do sielskiej, przyjaznej artystom miejscowości Kunice. Mieszkańcy Kunic urzekli ją serdecznością podczas spotkania, na które została zaproszona. Zdecydowała się zatem, dość spontanicznie, na zakup i remont starego domu, w którym urządziła sobie, między innymi, przestronną, jasną pracownię. Jednak niedługo po przeprowadzce w życiu Igi zaczynają się dziać rzeczy niepokojące. Ktoś się pojawia w pobliżu jej domu, ostrzega ją, aby nikomu nie ufała, a ludzie, których dotąd uważała za przyjaznych i życzliwych okazują się posiadać zupełnie przyziemne wady i przywary. Atmosfera wokół Igi gęstnieje z dnia na dzień. A gdy jeszcze rzeźbiarka zaczyna drążyć temat otrzymanego ostrzeżenia i jego przyczyn, otwiera drzwi do przeszłości, które niełatwo będzie zamknąć. Zaklinują je bowiem całe kłęby emocji towarzyszących ludziom, którzy za wszelką cenę chcą ukryć swoje prawdziwe intencje.

Po raz kolejny Agata Kołakowska udowadnia, że jest jedną z najlepszych polskich pisarek powieści obyczajowych. A jej cechą charakterystyczną jest wręcz chirurgiczna precyzja, a nawet wirtuozeria z jaką obnaża przed czytelnikiem emocje swoich bohaterów, również te, które skrywają sami przed sobą. Zachwyciła mnie tym już w „Wyroku na miłość” czy „Pokrewnych duszach”, a „Listą obecności” tylko potwierdziła swój mistrzowski poziom. Bohaterowie jej najnowszej książki są złożeni, trudni, nierzadko chropowaci w codziennym obyciu, noszą w sobie traumy i niezagojone rany, ale jednocześnie budzą sympatię, podziw, szacunek czy współczucie. Tutaj nie znajdziecie ludzi radykalnie dobrych ani radykalnie złych, świetliście jasnych czy czarnych jak noc podczas całkowitego zaćmienia księżyca. Przeciwnie, sama Iga, jej przyjaciółka Anita, poznana w Kunicach malarka Mira, kompozytor Norbert, poeta Łukasz, sołtys Krzysztof, miejscowy odludek Janusz – ci wszyscy ludzie są namalowani przy pomocy całej palety barw, z wykorzystaniem wszelkich półcieni, rozmytych szarości czy łączonych ze sobą kontrastowych kolorów. Agata Kołakowska pokazuje złożoność ludzkiej natury oraz poszczególne warstwy emocji w swoich bohaterach niczym chirurg, który podczas operacji jest w stanie wyizolować najmniejsze naczynie, żeby dokonać na nim potrzebnego zabiegu. A dzięki temu „Listę obecności” czyta się jak rasowy thriller nie tylko ze względu na zawarty w niej element tajemnicy, ale przede wszystkim ze względu na bohaterów. Każdy z nich jest tajemnicą, a Autorka jest tą osobą, która daje czytelnikowi kody do jej rozszyfrowania. Wiem, że się powtarzam, ale właśnie ta warstwa charakterologiczna to bardzo mocny wyróżnik stylu Agaty Kołakowskiej, za który kocham jej książki i wyczekuję każdej niecierpliwie. Mało kto ma aż tak wielki dar obserwacji i znajomość ludzkiej natury!

Poza tym chylę czoła za wspaniałe przybliżenie czytelnikowi procesu rzeźbienia w glinie. Jestem zafascynowana sposobem, w jaki Autorka pokazała na kartach książki proces twórczy, zarówno to, co dzieje się w głowie artysty jak i czysto fizyczne etapy powstawania rzeźby. Nie wiem jak poważny research trzeba było zrobić, żeby tak wiernie przedstawić tę dziedzinę tworzenia, ale przyznaję, że te opisy wciągnęły mnie równie mocno jak warstwa dotycząca tajemnic, niemal kryminalna. Wielkie brawa!

Polecam Wam gorąco „Listę obecności” Agaty Kołakowskiej. Jeśli szukacie literatury obyczajowej łączącej świetny warsztat, wnikliwość spojrzenia na świat i ludzi oraz dużą dozę bardzo dobrej rozrywki, na pewno się nie zawiedziecie! A jeśli nie znacie innych książek tej Autorki, koniecznie po nie sięgnijcie – będę powtarzała aż do znudzenia: to jedna z najlepszych polskich pisarek! A każdą kolejną powieścią tylko to udowadnia!

środa, 26 czerwca 2019

"Zimny kolor nieba", czyli opowieść o demonach w ludzkich sercach i o sile rodzinnych więzi



Na pewno pamiętacie doskonale, że byłam zachwycona pierwszym tomem „Sagi nadmorskiej” Magdaleny Majcher, który nosił tytuł „Obcy powiew wiatru”. Losy żyjącej na Wołyniu rodziny Zielczyńskich oraz ich krewnych i przyjaciół chwytały za serce, a fabuła ksiązki zmuszała do postawienia sobie wielu trudnych pytań. Tym z Was, którym być może umknęła moja recenzja i ta książka, podaję link do niej: https://ogrodkwitnacychmysli.blogspot.com/2019/04/obcy-powiew-wiatru-czyli-opowiesc-o.html?fbclid=IwAR2Az5rozk1YBpmbpI7Q-pPN5SP_jlmql-i2gGns4QP4Ex6hKrUwTnF9f5s

Nic dziwnego, że po TAKIM tomie pierwszym niecierpliwie czekałam na kolejny. Tym bardziej, że „Obcy powiew wiatru” kończył się w momencie, gdy udręczona wojennymi doświadczeniami rodzina Zielczyńskich dociera do Ustronia Nadmorskiego gdzie ma nadzieję zakotwiczyć na stałe. Druga część sagi, „Zimny kolor nieba”, zaczyna się wiele lat później, w momencie gdy córka Marcjanny, a wnuczka Janiny, Gabriela, wchodzi w dorosłość. Podobnie jak przed laty jej matka, tak i ona ma głowę nabitą marzeniami, a najważniejszym jest zdobycie posady nauczycielki w miejscowej szkole. Życie wydaje się jej oferować wszystko, co najlepsze. Co prawda istnieją pewne napięcia w relacjach między matką, a córką, ale Gabrysi osładza to wszystko niekwestionowana miłość przybranego ojczyma, Emila. Przybranego, ponieważ jego związek z Marcjanną przypomina trochę słynny duet żuraw i czapla z wiersza Brzechwy. Może tylko z taką różnicą, że o ile w wierszu zawinili oboje, o tyle w związku Emila i Marcjanny wina kładzie się wyraźnie po stronie tej ostatniej…

„Uciekasz przed demonami, ale im szybciej zrozumiesz, że twoje starania są skazane na niepowodzenie, tym łatwiej odnajdziesz się w nowej sytuacji. Przed demonami nie uciekniesz, bo gdziekolwiek pójdziesz, będą ci towarzyszyć. One są w tobie”. ( str. 248 ). Choć te słowa Emil wypowiada w pewnej sytuacji do Gabrysi, tak naprawdę dotyczą one większości bohaterów najnowszej książki Magdaleny Majcher. Tyle, że owe osobiste demony każdego z nich różnią się między sobą. Inne zatem nękają Marcjannę, którą pamiętamy z poprzedniego tomu równie wrażliwą, czułą i ciekawą świata jak teraz jej córka, inne jeszcze ciotkę Rozalię, samego Emila czy właśnie Gabrysię. W książce pojawia się jeszcze jedna postać pierwszoplanowa, porucznik Sławomir Cymer, nowy dowódca jednostki WOP-u w Ustroniu. Mężczyzna, który odegra niebagatelną rolę w życiu młodej panny Zielczyńskiej i zmieni zupełnie zapis jej losów.

Po raz kolejny Magdalena Majcher udowadnia, że nie boi się trudnych tematów, a gdy już się za jakiś zabierze, potrafi go pokazać w taki sposób, że czytelnik czuje się w nim zanurzony, a w wypadku jednego z głównych wątków tej konkretnej książki użyłabym nawet określenia zbrukany. Myślę, że to słowo tutaj najbardziej pasuje, a to dlatego, że Autorka z porażającą wiarygodnością maluje portret związku, w którym dominuje przemoc psychiczna. Robi to pokazując wszelkie niuanse emocjonalne, które sprawiają, że ofiary w takich związkach tkwią w nich latami nie umiejąc się za nic wyzwolić, wyplątać, uciec. Niektóre sceny były wręcz miażdżące emocjonalnie właśnie przez to, że pokazywały bardzo dokładnie jak narasta uzależnienie ofiary od kata. Jestem pełna podziwu dla wnikliwości z jaką pokazane zostały obie strony związku. Choć nie mamy złudzeń co do tego, kto jest katem, jednocześnie czujemy te same wątpliwości, które targają jego ofiarą ilekroć pomyśli o odejściu. Bo strach nie jest tak naprawdę dominującym uczuciem w takim związku. Dużo bardziej zdradliwe jest współczucie dla oprawcy, który kiedyś też stał się czyjąś ofiarą. To właśnie współczucie jest kulą u nogi, która nie pozwala odejść osobie krzywdzonej od tego, kto krzywdzi. Uważam, że to bardzo ważny i potrzebny wątek, który nie tylko czyni fabułę jeszcze bardziej interesującą, ale prawdopodobnie zachęci do niejednej dyskusji.

Kolejnym ważnym wątkiem, jakby w tle, a tak naprawdę stanowiącym rdzeń opowieści i przesądzającym jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów są więzy rodzinne, skrywane traumy oraz ich wpływ na wybory dokonywane przez kolejne pokolenia. „Każdy w jej rodzinie za czymś tęsknił. Matka i babka – za przeszłością. Za Kresami, za domem, który kiedyś był ich, a który został gdzieś w głębi Związku Radzieckiego. A ona? Ona tęskniła za ojcem, to pewne. I za przynależnością, którą sukcesywnie odbierały jej starsze pokolenia, pielęgnując swój strach”. ( str. 86 ) To właśnie przemilczenia, tajemnice, lęk przed otwartością popychają Gabrysię do podjęcia decyzji, które zaważą na całym jej życiu. Jednocześnie jednak w swojej książce Magdalena Majcher pokazuje, że ta sama rodzina, która popełnia błędy, rani i naznacza swoim strachem jest jednocześnie najsolidniejszym fundamentem i oparciem gdy świat się chwieje w posadach.

Mogłabym tak pisać i pisać, a przecież nie o to chodzi. Sięgnijcie sami po drugi tom „Sagi nadmorskiej”, bo warto! Ta opowieść Was pochłonie, sprawi, że nie będziecie się mogli od niej oderwać i, mimo trudnych wątków, zostawi Was z uczuciem, że życie, choć trudne i przewrotne, jest piękne, a każde doświadczenie jest jak mały kawałeczek puzzli w rodzinnej układance. Ma swoje miejsce i bez niego nie byłoby tak efektownej całości.

Na koniec nie mogę nie wspomnieć po raz kolejny o tym jak estetycznie została zapakowana przesyłka dla recenzentów i jak ładna jest szata graficzna książki! Brawa dla Wydawnictwa Pascal! A mnie pozostaje czekać na tom trzeci, w którym opisane zostaną losy Jagody, córki Gabrieli.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal!

sobota, 8 czerwca 2019

"Księżycowa kołysanka", czyli wnikliwy, psychologiczny thriller emocjonalny!



Bardzo lubię pisać o ciekawych książkach, które przeczytałam i dzielić się wrażeniami z lektury, ale przyznam, że czasem towarzyszy temu pewien stres. Stres wynikający z chęci jak najbardziej trafnego oddania atmosfery książki, a tym samym oddania jej sprawiedliwości, pokazania jej tak, jak na to zasługuje. I tak mam tym razem, gdy chcę Wam opowiedzieć o moich wrażeniach z lektury „Księżycowej kołysanki” Katarzyny Misiołek. Książka swoją premierę miała w ubiegłą środę, piątego czerwca, a więc zaledwie trzy dni temu. Swój egzemplarz otrzymałam tuż przed premierą, i zarwałam dwie noce na czytanie, tak mnie wciągnęła opowieść o dwóch parach małżeńskich, które wspólnie kupiły i wyremontowały dom na letnie i weekendowe wypady za miasto. Potem jednak musiałam dać sobie trochę czasu na poukładanie wrażeń z lektury.

Agata i Adam, Baśka i Bartek – te dwie zaprzyjaźnione pary pewnego dnia podejmują, dość spontaniczną, decyzję o zakupie i wyremontowaniu domu niedawno zmarłej staruszki, Wiktorii. Katarzyna Misiołek nie zachowuje w swojej książce chronologii zdarzeń, przeciwnie, przeplata konsekwentnie fragmenty z przeszłości z tymi z teraźniejszości mieszając je niczym kawałki układanki puzzle 1000 elementów. Każdy kolejny, krótki rozdział, to nowy kawałek układanki pozwalający czytelnikowi rozpoznać inny fragment obrazka. Szkopuł w tym, że niemal do końca obraz zakłócają luki w postaci brakujących kawałków. Czytelnik już myśli, że ma wyobrażenie o tym, co się stało, tymczasem niemal natychmiast okazuje się, że brakujący maleńki fragmencik nie pozwala na jednoznaczną interpretację. Uważam, że ten zabieg pomieszania chronologii zdarzeń udał się Autorce znakomicie i spełnił swoje zadanie dodając dramatyzmu i tempa opowieści, a jednocześnie w żaden sposób nie zakłócając płynności narracji. Dzięki temu książkę czyta się dosłownie jednym tchem, pomimo jej znakomitej i bynajmniej nie lekkiej warstwy psychologicznej.

No właśnie! „Księżycowa kołysanka” to przede wszystkim wnikliwe studium psychologiczne relacji między głównym bohaterami powieści oraz osobami z ich otoczenia. Nikt nie jest samotną wyspą. To, co dzieje się między Agatą, Adamem, Baśką oraz Bartkiem rzutuje również na ich bliskich i znajomych. Na dzieci, czyli Jaśka i Kingę, na ich rodziny i przyjaciół. Choć w centrum jest ta czwórka bohaterów, inni ludzie są jak krążące wokół nich satelity. Czasem dojdzie do kolizji czy spięcia, a czasem wręcz do katastrofy. Katarzyna Misiołek w swojej książce stawia czytelnikowi wiele trudnych pytań, a dzieje się tak dlatego, że wykreowani przez nią bohaterowie są boleśnie wiarygodni w swoich zachowaniach, aż do szpiku kości prawdziwi. Czytałam powieść i oczami wyobraźni widziałam niejedną parę z mojego otoczenia, która zachowuje się często dokładnie tak samo jak wymieniona wyżej czwórka. Są razem, niby się kochają, a jednak niemal bez przerwy skaczą sobie do oczu, drą koty, wbijają sobie szpile, nierzadko skrywana frustracja prowadzi do eskalacji agresji. Od drobnych przytyków do poważnych przykrości. Główni bohaterowie książki niby się przyjaźnią, tymczasem przez lata narastają w nich wzajemne pretensje – kryzysy pomiędzy małżonkami rzutują też na przyjaźń między obiema parami, bo żyjąc pod jednym dachem, nawet tylko okresowo, wszyscy wplątują się we wzajemne konflikty. Z biegiem lat rozrasta się sieć relacji i powiązań, ktoś odchodzi, ktoś wiąże się z inną osobą, dzieci rosną, dorośleją i wprowadzają w krąg rodziny swoich znajomych. Mnożą się napięcia i niedopowiedzenia.

Szczerze mówiąc, opowieść Katarzyny Misiołek w pewien sposób skojarzyła mi się z filmem „Rzeź” Romana Polańskiego, gdzie mała grupka bohaterów też w jakimś momencie daje ujście swoim frustracjom i emocjom, a te obnażają ich motywacje i skrywane urazy. Tyle, że w „Księżycowej kołysance” wszystko to jest rozciągnięte w czasie. Jednak akcja w dużej części toczy się w domu nad jeziorem, stąd również pewne wrażenie małego, odciętego od świata miejsca. Raz jeszcze chciałabym jednak podkreślić – nie bójcie się tej psychologicznej warstwy powieści, ponieważ narracja płynie wartko i wciąga niczym w rasowym thrillerze. Zresztą, jest w tej powieści i element thrillera czy kryminału, ale nie chcę nic więcej zdradzać, żeby Wam nie psuć przyjemności z lektury! Uwierzcie mi, nuda nie grozi Wam nawet przez moment! To się doskonale czyta! A to, co od pierwszej aż do ostatniej strony dzieje się między bohaterami śmiało można nazwać emocjonalnym thrillerem. Takim, który w pewnym momencie prowokuje dramatyczne wydarzenia…

Dodatkowo nie mogę wspomnieć jeszcze o dwóch sprawach. O wątku Wiktorii, czyli poprzedniej właścicielki domu, który dodaje dramatyzmu historii oraz o przepięknie dobranej okładce. Muszę przyznać, że dziewczyna z okładki skojarzyła mi się automatycznie z szekspirowską Ofelią. Wydawnictwo Książnica z każdą kolejną książką punktuje u mnie za klimatyczne, świetne okładki i nie inaczej jest z „Księżycową kołysanką”. Brawo!

Podsumowując, gorąco Wam polecam „Księżycową kołysankę” Katarzyny Misiołek, bo to starannie skonstruowana, przemyślana w każdym detalu powieść obyczajowa z elementami thrillera psychologicznego. Oraz z mocno osadzonymi w rzeczywistości, psychologicznie dopracowanymi i wiarygodnymi bohaterami. Warta zarwania nocy na czytanie!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Książnica!


Z ARCHIWUM POPRZEDNIEGO BLOGA - „Alicja w Krainie Czasów”, czyli co Ałbena Grabowska ma wspólnego z …Szeherezadą;)



Nie ukrywam, że Ałbena Grabowska należy do ścisłego grona moich ulubionych pisarzy i pisarek odkąd sięgnęłam po pierwszy tom jej barwnej i chwytającej za serce sagi „Stulecie Winnych”. Kto z Was jeszcze nie czytał tej sagi, a lubi literaturę obyczajową na wysokim poziomie, z pełnokrwistymi bohaterami i mnóstwem niespodziewanych zwrotów akcji, niech koniecznie po nią sięgnie! Nawiasem mówiąc, aż zazdroszczę tym, którzy lekturę trzech kolejnych tomów „Stulecia Winnych” mają wciąż przed sobą;). Sama, zachęcona tą lekturą, sięgnęłam również po inne książki tej autorki i w tej chwili pozostaje mi już tylko jedna do przeczytania. Ale nie ta najnowsza, „Alicja w Krainie Czasów. Czas zaklęty”, którą dosłownie pochłonęłam w jedno popołudnie i wieczór i nie mam pojęcia jak teraz wytrzymam aż do dnia premiery tomu drugiego!

„Alicja w Krainie Czasów. Czas zaklęty” to pierwszy tom opowieści przewidzianej jako trylogia, a sama tytułowa bohaterka to owoc grzesznych postępków hrabiego Jana Księgopolskiego ze służącą Natalią. Opowieść zaczyna się od mocno działającej na wyobraźnię czytelnika sceny, w której Natalia odwiedza potajemnie miejscową szeptuchę, Iwasię, żeby prosić o niezwykłe dary dla swojego dziecka. Przewrotny los sprawił, że naiwna służąca zaszła w ciążę ze swoim chlebodawcą w tym samym czasie, w którym tenże począł dziecko również ze swoją żoną. Dla ciotki Natalii, Bytowej, kucharki we dworze, która przygarnęła dziewczynę po śmierci rodziców, jest jasne jak słońce, że ciężarna służąca nie ma czego szukać u hrabiego, bo jej ciąża to dla niego wyłącznie kłopot i widoczny wyrzut sumienia. Zresztą, byłoby to jasne dla wszystkich, ale tylko Bytowa jest początkowo wtajemniczona w położenie dziewczyny. Niestety, Natalię zaślepiła miłość do hrabiego. Taka, która sprawia, że nie widzi się przeszkód, ludzkich kpin, wad ukochanego, tylko roi się naiwne sny o złotej przyszłości. Tymczasem przyszło jej odegrać rolę w starej jak świat opowieści, o dziewczynie, która kochała za bardzo i panu, który nie kochał wcale. Bo gdy Natalia niemal zwariowała na punkcie Jana, on „(…) postanowił, że zwiąże się z nią na tak długo, póki jej czarne oczy i zdrowe ciało będą przyprawiać go o gorączkę i zmuszać do szukania pretekstów, aby wymykać się po kolacji i kochać z nią na mchu”. ( str. 18 ). Szkopuł w tym, że z potajemnych schadzek na mchu nijak nie idzie utkać wspólnej przyszłości. W odruchu buntu przeciwko swojemu losowi, pomieszanego z zazdrością i złością, nieszczęsna dziewczyna ucieka się do zaklęć i czarów. Nie dociera jednak do niej, że kto czarami wojuje, od czarów ginie i wszystko może się jej wymknąć spod kontroli… Mała Alicja przychodzi na świat jako niechciany przez ojca owoc skrywanej namiętności, ale w zamian otrzymuje pełny pakiet zdolności i darów na przyszłe życie. Życie, które okaże się niezwykłe, jak z opowieści z tysiąca i jednej nocy…

No właśnie, kiedy zastanawiałam się jak wytłumaczyć Wam najbardziej obrazowo i prawdziwie fenomen stylu Ałbeny Grabowskiej przyszło mi do głowy, że na firmamencie naszych znakomitych polskich pisarek jest ona Szeherezadą, która tak oczarowuje czytelników swoimi opowieściami jak córka wezyra oczarowywała sułtana. Nie przesadzam, bo książki Ałbeny Grabowskiej mają w sobie magię i czar dalekowschodnich opowieści, choć dzieją się w rzeczywistości bliskiej polskiemu czytelnikowi. Nie brakuje w nich magii i czarów, prawdziwych namiętności i zdrad, a nawet zbrodni w imię miłości. Nie brakuje elementów metafizyki i tajemnicy. To wszystko zaistniało już w sadze o rodzinie Winnych, ale w „Alicji w Krainie Czasów”, ze względu na szczególny charakter tej opowieści, zostało jeszcze uwypuklone. W końcu Natalia walczy o miłość hrabiego za pomocą czarów. Ale dla mnie najmocniejszą stroną książek tej autorki jest niezwykła wręcz wiarygodność psychologiczna postaci. To nie są czarno-białe postaci z papieru. To są ludzie, którzy swoim postępowaniem, podejmowanymi decyzjami czy życiowymi wyborami mieszczą się wciąż bardziej w sferze rozmytych szarości niż zdecydowanej czerni lub bieli. Jak w życiu! I tak Natalia, która w pewnych momentach wręcz przeraża, jednocześnie wzbudza najzwyklejsze ludzkie współczucie. Żona Jana Księgopolskiego, Elżbietka, wzbudza momentami politowanie, niechęć, pogardę, gniew, ale również i zrozumienie czy, podobnie jak jej rywalka, współczucie. Podobnie jest z Janem, którego, pomimo niektórych popełnionych przez niego podłości, nie da się zaklasyfikować jako łotra bez serca. Równie żywe emocje wzbudzają również bohaterowie drugiego i trzeciego planu. Ałbenie Grabowskiej wystarcza czasem kilkanaście zdań, żeby nakreślić portret bohatera, który zapada w pamięć i serce.

Dużo by pisać o „Alicji w Krainie Czasów”. Na docenienie zasługuje również tło historyczne, wspomnę tylko choćby o spotkaniu młodej Alicji z Henrykiem Sienkiewiczem w salonie słynnej Deotymy. W książce nie brak takich przemyconych perełek, zarówno historycznych jak i literackich odwołań, ale każdy powinien mieć frajdę i przyjemność odkrywać je sam;). Dodatkową atrakcją jest wysmakowana okładka, do której pozowała …sama autorka. Podobnie zresztą jak do okładek dwóch kolejnych tomów, których zapowiedź można znaleźć na skrzydełku książki. Przyznaję, że to bardzo udany eksperyment kolejnej urodziwej polskiej pisarki. I również rodzaj oczka puszczonego w stronę czytelnika.

Polecam Wam „Alicję w Krainie Czasów” z całego serca! Ałbena Grabowska jako nasza literacka Szeherezada sprawdza się znakomicie! Zapewniam Was, że dacie się uwieść jej opowieści podobnie jak kiedyś sułtan baśniom Szeherezady;)! Gorąco polecam!!!

Wydawnictwo: Zwierciadło

poniedziałek, 3 czerwca 2019

„Bądź moim marzeniem” – pieśń pochwalna dla życia! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!



Przyznaję się od razu – recenzja tej książki musiała mi się w duszy spokojnie „uleżeć”. Lub, używając określenia mojej koleżanki ze stancji, jeszcze z zamierzchłych czasów studenckich, „nabrać mocy piekielnej” ;) . Co prawda owo określenie miało na celu wytłumaczenie się z odłożonych do późniejszego umycia naczyń ;) , ale na zasadzie serii szalonych skojarzeń przyszło mi akurat do głowy. To jedna z takich recenzji, których nie da się napisać bezpośrednio po lekturze.

Do książki, o której bardzo chcę Wam dzisiaj, przedpremierowo, opowiedzieć, mam podwójnie emocjonalny stosunek i nie zamierzam tego ukrywać. Po pierwsze, znam osobiście Autorkę, Monikę Michalik, a poznałyśmy się w szczególnych okolicznościach, podczas ubiegłorocznych warsztatów pisarskich zorganizowanych przez Wydawnictwo Znak dla laureatek konkursu „Jak zostać ulubioną pisarką Polek?”. Dobrym duchem tego przedsięwzięcia była Magdalena Kordel, której książki kocham, o czym dobrze wiecie. Po drugie, książka „Bądź moim marzeniem” to debiut Moniki. Debiut, któremu bardzo mocno od początku kibicuję. Zatem nie zamierzam ukrywać, że pisaniu tej recenzji towarzyszą duże emocje, ale też zapewniam Was, że postaram się, jak zawsze, być maksymalnie obiektywna.

Myślę, że niejedną osobę planującą wakacje przyciągnie okładka tego debiutu. To chyba jedna z najbardziej radosnych, pozytywnych, wakacyjnych okładek, jakie widziałam w tym sezonie. Piękna dziewczyna siedząca na molo, roześmiana, wpatruje się w turkusową wodę pod jej stopami. Chciałoby się krzyknąć: „Chwilo, trwaj!”. Powiem Wam szczerze – choć wiedziałam pewnie więcej niż przeciętny czytelnik na temat tego, jakich tematów mogę się spodziewać w książce, to jednak i mnie ta okładka zmyliła! I teraz cały czas się zastanawiam na ile jej zaprojektowanie to czyste działanie marketingowe, a na ile swoiste działanie z premedytacją Wydawcy! Skąd określenie „z premedytacją” w stosunku do okładki? Już za chwilę zrozumiecie.

Pozornie chodzi o historię jakich wiele. Niespełna trzydziestoletnia Natalia wybiera się ze swoim narzeczonym, Tomkiem, w podróż marzeń na Korfu. Tymczasem w wieczór przed wylotem ukochany oznajmia jej, że …kocha inną i odchodzi! Trzeba przyznać, że ma chłopak wyczucie chwili! Zdezorientowana, zrozpaczona, zła i zagubiona Natalia podejmuje spontaniczną decyzję o tym, że mimo dramatycznej zmiany w jej życiu osobistym nie zrezygnuje już z wyczekiwanej podróży. I wsiada w samolot. Na miejscu od samego początku zaczyna iskrzyć między młodą kobietą a pracującym w hotelu Polakiem, Michałem. Mamy zatem wszystkie oczekiwane elementy wakacyjnej powieści: piękne krajobrazy, złamane serce leczone zgodnie ze starą zasadą „klin klinem”, dwoje młodych, budzących sympatię, zakochanych bohaterów. Wszystko zgodnie z regułami gatunku. I choć opowieść napisana jest bardzo zgrabnie, a opisy Korfu są tak wysmakowane, że już chciałoby się tam polecieć to, nie bez kozery, niejeden z Was mógłby mnie zapytać, co tak szczególnego jest w tym debiucie. Zapewniam Was, jest w nim dużo więcej niż opis wakacyjnej przygody.

Natalia wraca do Polski, zakochana, rozmarzona, snująca już plany zrobienia niespodzianki Michałowi i wybrania się do niego jeszcze na kilka dni. Tyle, że irytują ją dziesiątki niezrozumiałych przypadłości, które zaczęły się już na Korfu. Siniaki pojawiające się na jej ciele niemalże całymi stadami. Ciągłe zmęczenie. Szumy w uszach. Omdlenia. Pod naciskiem swojej mamy i koleżanki z pracy, niechętnie, idzie zrobić rutynowe badania krwi. I …zonk!!! Wybrała pani nie tę bramkę!!! Zamiast wyjazdu na Korfu i namiętnych chwil na plaży dostaje pani szpitalne łóżko i początek długiej, ciężkiej walki o życie. No właśnie, kochani. „Bądź moim marzeniem” to nie jest piękna, przewidywalna opowieść o wakacyjnej miłości z happy endem. Przeciwnie. To opowieść o tym, jak podle, paskudnie, bez ostrzeżenia może nas zaskoczyć życie. W środku wakacji na Korfu, zakochania, snucia planów na przyszłość. To również wstrząsające, rozbijające w proch czytelnika świadectwo wielkiej samotności i wielkiej odwagi osób, na które nagła diagnoza spada jak wyrok. Przeorała mnie ta książka koszmarnie. A stało się tak, ponieważ wiedziałam to, czego Autorka nie kryje, co jest nawet zaznaczone na okładce książki – że wydarzenia w niej opisane były inspirowane doświadczeniami z jej życia. W wywiadzie, który Wam gorąco polecam jako uzupełnienie tej recenzji, i do którego link tutaj wkleję, Monika Michalik wprost opowiada o swoich doświadczeniach z czasu choroby => https://www.styl.pl/magazyn/news-monika-michalik-swojego-dlugu-sama-nie-splace,nId,3024924?fbclid=IwAR2kW8DNktANXSWvtTMzbxizRiZYxvId6LHyZmb6vv07cURvWszTn00gXgw

Jej książka ma taką siłę rażenia właśnie ze względu na zawartą w niej brutalną prawdę. Możesz mieć wszystko, plany, marzenia, być na etapie, gdy świat stoi przed tobą otworem, a tymczasem wystarczy jedna chwila, żeby to stracić i modlić się o tak zwykłe, mogłoby się wydawać, rzeczy, jak zobaczenie twarzy swoich bliskich niezakrytych maseczką chirurgiczną. Ze względu na ten nagły przeskok między mieniącym się wszystkimi odcieniami turkusu światem miłości na Korfu, a światem szaroburej szpitalnej izolatki Monika Michalik dosłownie nokautuje czytelnika. Zwala go z nóg, stawia przed trudną wiedzą o dojmującej samotności ludzi chorych. Przyznaję szczerze, od tamtego tygodnia wciąż „przegryzam” w sobie jej opowieść.

Ale proszę, nie przestraszcie się tego, co napisałam. Bo „Bądź moim marzeniem”, choć nie jest absolutnie typową wakacyjną powieścią i ma zupełnie inny ciężar gatunkowy, jest przede wszystkim wielką, przejmującą pochwałą życia oraz ludzkiej siły i determinacji! Uważam też, że ta książka zrobi wiele dobrego dla ludzi chorych uwrażliwiając czytelników na ich potrzeby. I zrobi też wiele dla idei promowania krwiodawstwa oraz zgłaszania się do Bazy Dawców Szpiku. To ważna, mądra, świetnie napisana książka! Świetny debiut, mocne wejście!!! Polecam Wam gorąco książkę Moniki Michalik, a ja nie przestaję jej kibicować i … czekam na kolejną!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak oraz Autorce!

Premiera: 5 czerwca 2019

piątek, 31 maja 2019

„Terra insecta. Planeta owadów”, czyli o modraszku arionie, killerze na usługach oregano i inne opowieści ;) …




Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce, która wciągnęła mnie niczym najwytrawniejszy thriller, choć w rzeczywistości jest to opowieść oparta na bardzo rzetelnej, ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że wybitnej, naukowej wiedzy. A jak wiadomo, z przekazywaniem wiedzy bywa różnie. Co tu dużo mówić, jej zdobywanie większości z nas kojarzy się z dużym trudem, a nawet wręcz z mozołem. Poza tymi nielicznymi wyjątkami, gdy wiedza idzie w parze z najprawdziwszą pasją, a ta z kolei z talentem gawędziarskim. A dokładnie takie doskonałe połączenie znajdziecie w książce „Terra insecta. Planeta owadów” Anne Sverdrup-Thygeson, profesor na Norweskim Uniwersytecie Nauk Przyrodniczych.

Pozwólcie że, oddając głos samej autorce, zacznę …od końca, czyli od fragmentu z „Posłowia”: „Owady są osobliwe, skomplikowane, dziwaczne, niezwykłe, zabawne, urocze, jedyne w swoim rodzaju i nigdy nie przestają zaskakiwać. Pewien kanadyjski entomolog powiedział kiedyś, że »na świecie jest tak wiele małych cudów – lecz tak mało oczu, które je widzą«. Mam nadzieję, że dzięki tej książce więcej ludzi otworzy oczy na zadziwiający i cudowny owadzi świat – wszyscy razem żyjemy na planecie owadów”.

No właśnie, i „Terra insecta. Planeta owadów” nie jest niczym innym jak pieśnią pochwalną opiewającą piękno i złożoność owadziego świata w taki sposób, że zafascynowany czytelnik, nawet nie wiedząc kiedy, daje się porwać pasji autorki i jej umiłowaniu przyrody reprezentowanej przez te niepozorne, zazwyczaj małe stworzenia. Zapewniam Was, że już dawno książka napisana przez naukowca i znawcę tematu nie wciągnęła mnie jak najlepsza beletrystyka! Od pierwszych zdań, pierwszych stron, autorka z wielką wrażliwością, wiedzą i poczuciem humoru pokazuje piękno owadziego świata i bez cienia dydaktyzmu budzi w czytelniku fascynację tematem oraz …uczy pokory. Pokory wobec bogatego świata przyrody, który nadal stanowi dla nas ogromną tajemnicę. Kolejne ciekawostki pochłaniałam z takim zapałem, z jakim zwykle czytam kryminały! Wiedzieliście, że owady posługują się, między innymi zapachami, a ten sposób porozumiewania się może przybrać najróżniejsze formy? I tak na przykład w norweskim mieście Tonsberg późnym latem, przechodząc pod starymi drzewami, można poczuć najcudowniejszy aromat brzoskwiń. Wydziela go stworzenie o wdzięcznej nazwie pachnica dębowa, czyli jeden z największych i najrzadszych chrząszczy spotykanych w Norwegii. Robi to wabiąc ukochaną z sąsiedniego drzewa. Niesamowite, prawda?! A wiedzieliście, że owady mają uszy we wszelkich najdziwniejszych miejscach, na nogach, skrzydłach, odwłoku, a niektóre motyle …w ustach??? Z kolei mucha domowa ma język …pod nogami! Ale już wyjaśnienia autorki co w związku z tym owa mucha wyczynia gdy dorwie się radośnie do nieosłoniętego jedzenia sprawiły, że jakoś straciłam sympatię do tego żyjątka. A w każdym razie przynajmniej na czas, gdy chce się przechadzać po żywności. A wiedzieliście, że piękna ważka, która pewnie większości z nas kojarzy się z delikatnością czy też …ładną biżuterią ( tak, wciąż trwa moda na biżuterię z owadzimi motywami ;) ) ma tak wyjątkowe zdolności lotnicze, że stanowi wzór dla amerykańskiej armii przy projektowaniu nowych dronów?

A to ciągle tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o ciekawostki zawarte w książce. Czytając ją będziecie bowiem mieć również szansę dowiedzieć się w jaki sposób mrówki potrafią się nawzajem szkolić, albo jak pszczoły w specjalnym tańcu potrafią sobie przekazać współrzędne pola, na którym kwitną miododajne rośliny. Ba, dowiecie się również dlaczego pewien gatunek bąka nazwano, na cześć słynnej piosenkarki Beyonce, Scaptia beyonceae! Poza tym poznacie wręcz fantastyczne gatunki owadów, jak choćby północnoamerykańskie siedemnastoletnie cykady, które przez 16 lat(!) pozostają w ukryciu, w ziemi, a potem, w 17. roku życia wychodzą na powierzchnię w ilościach, które mogą przerażać: chodzi o zagęszczenie trzech MILIONÓW cykad na powierzchni o wielkości boiska do piłki nożnej! Ale to wciąż mało. Wiedzieliście, że niektóre motyle czy pszczoły mogą spijać …krokodyle łzy, żeby zapewnić sobie potrzebne w ich diecie sole?! A z kolei przecudnej urody motyl o równie pięknej jak on sam nazwie, modraszek arion, współpracuje z lubianą i u nas lebiodką pospolitą, czyli oregano, ratując ją od unicestwienia przez podskubujący ją gatunek mrówek. Oregano „wzywa pomocy” dzięki wytwarzanej przez siebie substancji zapachowej, karwakrolu. Motyl przylatuje i składa na roślinie jajo. Po dwóch tygodniach wykluwa się z niego larwa, po czym, przystrojona w atrakcyjną szatę aromatów, zwalnia uchwyt i spada. Mrówki zabierają larwę do swojego gniazda a ta …wykańcza je niczym profesjonalny killer, ratując tym samym oregano z opresji! No i mamy kryminał;)!

Wszystkie powyższe przykłady to tylko maleńka cząsteczka ciekawostek z książki. Czytając ją nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że zachwyciłaby nieodżałowanego księdza Jana Twardowskiego, który jak mało kto umiał się zachwycać przyrodą, owadami, roślinami, zwierzętami. Autorka, szanowany profesor, mimo imponującej wiedzy, nie zatraciła umiejętności zachwycania się tajemnicami przyrody z iście dziecięcym entuzjazmem. Tak właśnie patrzył też na świat ksiądz Twardowski, co pięknie widać w jego wierszach.

I na koniec jeszcze jedna uwaga: chylę czoła przed tłumaczem „Planety owadów”, Witoldem Bilińskim. Uważam, że tak dobre tłumaczenie książki najeżonej tyloma terminami ze świata owadów wymaga nie tylko niezwykłego profesjonalizmu, ale wręcz wirtuozerii. Wielkie brawa! Pochwały należą się też Wydawnictwu Znak literanova za piękne wydanie książki, za jego wysmakowaną szatę graficzną.

„Terra insecta. Planeta owadów” to jedna z najbardziej fascynujących książek, jakie czytałam w ostatnich miesiącach, prawdziwa perełka dla ludzi złaknionych wiedzy i umiejących zachwycać się światem i przyrodą. Ba, jestem pewna, że niejednego sceptyka nauczy ona dostrzegać cuda przyrody i wyleczy z pysznego przekonania o wyjątkowości człowieka;)! Gorąco, gorąco polecam, uważam, że taka książka to trafiony prezent właściwie na każdą okazję!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak literanova!

A poniżej jeszcze zdjęcie killera modraszka ariona znalezione w Wikipedii ;) : 

 

„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...