wtorek, 17 września 2019

"Narzeczona z getta", opowieść o miłości w czasach zarazy - RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!



„Na wojnie każda miłość jest dobra. Trzeba kogoś kochać, bo to jedyne lekarstwo na rany głów i szerzący się świerzb. Jeśli się kocha, wystarcza sił, aby walczyć”.

Podejrzewam, że wielu z Was kojarzy nazwisko Sabiny Waszut oraz tytuły jej poprzednich książek i, podobnie jak dla mnie, i dla Was są to dobre skojarzenia. Nie będę tutaj wymieniała wszystkich, wspomnę choćby debiutanckie, świetnie przyjęte przez czytelników oraz krytyków „Rozdroża”. Doceniając kunszt Autorki, z dużą ciekawością przyjęłam zapowiedź jej najnowszej powieści, „Narzeczona z getta”. Jej premiera jest zapowiedziana na najbliższą środę, 18 września, a ja, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Książnica, miałam okazję i przyjemność przeczytać ją przedpremierowo.

Ta opowieść zaczyna się od …starej szafy. Nie wiem jak Wam, ale mnie przepastne, stare szafy zawsze już będą się kojarzyły ze światem Narnii wykreowanym na kartach powieści C. S. Lewisa, a potem pięknie przeniesionym na ekran w kolejnych filmach. Podobnie ten użyteczny mebel kojarzy się bohaterce najnowszej powieści Sabiny Waszut, Barbarze. Niestety, nie jest to jej jedyne skojarzenie. Ale nie uprzedzajmy faktów. Barbara to młoda mężatka, z wykształcenia farmaceutka, chwilowo na utrzymaniu męża, z którym zdążyła po ślubie zwiedzić kawał świata korzystając z faktu, że jego praca wymaga wyjazdów w różne egzotyczne zakątki. Teraz jednak młode małżeństwo wróciło do Polski, kupiło dom i zaczyna wić sobie gniazdko. Ale skrytych potrzeb Basi nie zaspokajają meble z Ikei. Chciałaby urządzić swój dom przedmiotami z duszą. I właśnie dlatego, gdy przyjaciółka jej zmarłej teściowej nieoczekiwanie proponuje jej starą, przedwojenną szafę w prezencie, bez wahania decyduje się ją przygarnąć. Nie wie jeszcze, że ten mebel faktycznie ma duszę. Zaklętą między skrzypiącymi deskami duszę minionych czasów i dawnych właścicieli. Duszę, która koniecznie chce zostać usłyszana i wysłuchana.

Sabina Waszut pięknie konstruuje swoją opowieść unikając wszelkich potencjalnych płycizn, na które taki wątek mógłby zepchnąć fabułę. Tu nie ma miejsca na tanie chwyty czy ckliwy romantyzm, choć jednym z głównych motywów tej książki jest miłość. Stara szafa ma wiele znaczeń. Nie tylko przechowuje stare historie. Dla Barbary jest też symbolem jej własnych lęków i demonów, obiektem fascynacji i jednocześnie narzędziem psychicznych tortur. Poszukując odpowiedzi na swoje pytania, rusza śladem dawnych właścicieli starej szafy i mozolnie odkrywa powikłane losy pewnej żydowskiej rodziny, która dostała się między żarna naszej bolesnej, okrutnej historii i została przez nie przemielona. Barbara musi jednocześnie stawić czoła własnym lękom oraz niewiarygodnie trudnej historii poprzednich właścicieli szafy. Czy uda się jej doprowadzić swoje śledztwo do końca? Czy będzie w stanie udźwignąć prawdę o sobie oraz o losach nieznanych jej ludzi, z którymi połączył ją stary mebel?

Celowo nie chcę Wam zdradzać nawet najmniejszej części fabuły. Autorka w każdym kolejnym rozdziale odkrywa maleńki kawałek historii Barbary oraz tego, co działo się z właścicielami szafy. Pierwsza część książki toczy się współcześnie, druga to przywołanie wydarzeń z czasów Drugiej Wojny Światowej. Świetnym zabiegiem literackim jest zderzenie współczesnej traumy, która dotknęła Basię z wojenną traumą Sary, dziewczyny z rodziny, do której należała szafa. Pomimo tego, że bohaterkę książki dotknęło ogromne cierpienie, w porównaniu z tym, które zmiażdżyło tamtych ludzi, wszystko odzyskuje właściwe proporcje. Nasze najgorsze lęki bledną wobec tego, co spotykało ludzi w czasach wojny. A dokładniej, co spotykało żydowskie rodziny.

„Narzeczona z getta”, tak jak już wcześniej wspomniałam, to również opowieść o miłości. O różnych jej rodzajach, odcieniach, barwach. O miłości rodzicielskiej, siostrzanej, przyjacielskiej, ale i o miłości małżeńskiej, narzeczeńskiej, młodzieńczej. A także o miłości do życia. Miłości, która może stać się zarówno przyczyną zguby jak i ocalenia. Szczególnie wyraźnie pokazuje to wątek Sary i jej ukochanego Janka, ale również wątek Hannah. Nawet wtedy, gdy świat wokół wariuje, ludzie chcą kochać i być kochani. „Jakby wbrew temu, co dzieje się dookoła, plastrem na wszelkie zło, do którego ludzie powoli przywykają, jest właśnie małżeństwo. Prawie w każdy piątek w którymś z domów odbywa się ceremonia zaślubin. (…) Goście szepczą: «Rozmnażajcie się», choć tak naprawdę nikt nie chce, aby jakiekolwiek dzieci przychodziły na świat. «Poczekajcie, aż to się skończy, poczekajcie, aż wróci dawny  świat», dopowiadają w myślach. Wszyscy mają świadomość, że młodzi czekać nie będą. Wojna to czas, w którym chce się przeżyć wszystko, chce się zachłysnąć małżeństwem, rodzicielstwem, życiem. Kto wie, ile pozostało czasu, aby się tym cieszyć”. ( str. 210 – 212 )

„Narzeczona z getta” to opowiedziana pięknym, ale bardzo oszczędnym, wyważonym językiem historia miłości i nienawiści, życia i śmierci, nadziei wbrew nadziei. Nasza Noblistka, Wisława Szymborska, w swoim wierszu „Obóz głodowy pod Jasłem” napisała takie znamienne słowa:

„Hi­sto­ria za­okrą­gla szkie­le­ty do zera.
Ty­siąc i je­den to wciąż jesz­cze ty­siąc”.

A ja powiedziałabym, że książka Sabiny Waszut, nadając imiona, nazwiska oraz konkretne twarze bohaterom tamtych dni, wydobywa ich historie z mroków zapomnienia i sprawia, że czytelnik z nową wrażliwością odczytuje dramat Holocaustu oraz dramat narodu żydowskiego. Potrzebujemy takich historii.

Gorąco polecam! To książka, dla której warto zarwać noc. Budzi pamięć.

niedziela, 1 września 2019

"Bezsenne nocy, senne dni", czyli o pokrewieństwie z Barbarą Niechcic i jego skutkach ;)



Bardzo lubię niesztampowe powieści obyczajowe, a Alina Białowąs należy do tych polskich autorek, które z powodzeniem unikają sztampy i wszelkiego rodzaju schematów w swoich książkach. Znając jej poprzednie powieści ( mowa o świetnej serii o Karolinie, którą recenzowałam ), tym bardziej nie mogłam się doczekać najnowszej. Ta autorka ma bowiem dar bezpardonowego wyrzucania czytelnika z jego strefy psychicznego komfortu i zmuszania go do głębszej analizy zachowań bohaterów czy też wydarzeń opisanych w fabule. A dlaczego użyłam określenia „bezpardonowego”? Ano dlatego, że bohaterowie książek Aliny Białowąs nierzadko doprowadzają czytelnika do ciężkiej irytacji, która zmienia się w przerażenie, gdy niektóre ich cechy nagle odnajdujemy w sobie.

„Bezsenne noce, senne dni” to opowieść o Ewelinie, kobiecie dojrzałej, mężatce z trzydziestoletnim stażem, która nagle, z powodu banalnej naprawy latarni za oknem jej małżeńskiej sypialni, podczas bezsennych nocy zaczyna niekończącą się analizę swojego małżeństwa. Analizę, która stopniowo prowadzi ją do przerażających wniosków. Ale nie uprzedzajmy faktów. Bohaterka książki, obecnie farmaceutka, to kobieta żyjąca legendą o swoim ziemiańskim pochodzeniu. Legendą, bo do kilku zdań wypowiedzianych kiedyś w emocjach przez ciotkę, młoda Ewelina dopisała sobie całą pasjonującą historię. A wszystko po to, by się upewnić we własnej wyjątkowości, utwierdzić w przekonaniu o tym, że zasługuje na wszystko, co najlepsze. Cóż z tego, skoro zamiast księcia, spotyka na swojej drodze zwykłego chłopaka ze wsi, Radka, który, już jako magister agrotechniki i inżynier leśnictwa Radosław Klofta, zostaje jej mężem. Nikt Eweliny nie zmusza do małżeństwa, prawdę mówiąc, ona sama wybiera swój los uwodząc Radka i zachodząc w nieplanowaną ciążę. Decyzja o małżeństwie, choć wymuszona okolicznościami, wydaje się być jedyną właściwą. Jak w setkach i tysiącach podobnych przypadków w czasach młodości obojga bohaterów, czyli w latach siedemdziesiątych. Przypomnijmy, że wolne związki czy konkubinaty nie cieszyły się wtedy taką akceptacją jak obecnie.

Czytelnik, poznając stopniowo historię znajomości i małżeństwa Eweliny i Radka, początkowo czuje empatię wobec głównej bohaterki i zastanawia się jakim typem jest jej mąż, skoro aż tak dalece zalazł jej za skórę. Jednak z każdą kolejną kartką farmaceutka, mimo metrykalnej dojrzałości, zaczyna coraz bardziej denerwować czytelnika niedojrzałością emocjonalną. A już sposób, w jaki Alina Białowąs prowadzi fabułę na kilkudziesięciu ostatnich stronach, wybija czytelnika kompletnie z rytmu pokazując całą historię w innym świetle i burząc wszelkie, jak by się wydawało wiarygodne, wyobrażenia o tym, co działo się przez trzydzieści lat między dwojgiem bohaterów.

Pewnie wielu z Was zastanawiało się, czemu do zapowiedzi swojej recenzji na blogu, na facebooku, wykorzystałam zdjęcie bohaterki znakomitych książki i filmu „Noce i dnie”, Barbary Niechcic. A nie stało się to przypadkiem. Otóż Ewelina z „Bezsennych nocy, sennych dni” Aliny Białowąs to taka współczesna Barbara Niechcic. Domniemana ziemianka, która tak bardzo skupia się na tym, co POWINNA mieć i co by się jej należało, że dostaje swoistej emocjonalnej zaćmy i nie dostrzega człowieka, z którym przyszło jej żyć, w całej jego złożoności. Zachowuje się, pomimo przekroczonej pięćdziesiątki, jak rozkapryszona dziewczynka w piaskownicy, która w złości łamie swoje grabki i łopatkę, bo chce koniecznie mieć takie same jak koleżanka obok. I w furii nie zauważa, że koleżanka ma identyczne zabawki, różniące się tylko kolorem… Tyle, że tamta przeżywa dzięki nim radość budowania zamiast skupiać się na tym, że mogłaby dostać lepszy zestaw…

Bardzo lubię czarne poczucie humoru Aliny Białowąs i jej umiejętność kreowania wyrazistych, boleśnie wręcz prawdziwych bohaterów. Zdarzyło mi się poznać i w prawdziwym życiu niejedną taką Ewelinę… A przecież to nie jedyna godna uwagi postać. Wspaniała jest matka Eweliny ( jak dobrze, że w polskich książkach coraz częściej zaczyna się pokazywać prawo do życia pełną piersią seniorów! ), świetnie pokazana jest jej koleżanka z apteki, syn czy pewien tajemniczy przyjaciel matki. Na szczególną uwagę zasługuje postać spotkanej w pociągu Julii, zwróćcie na nią uwagę, bo jest w pewien sposób symboliczna. Nie zdradzę jednak dlaczego, pozostawiam Wam odkrycie wszystkiego podczas lektury.

Podsumowując, chciałabym się z Wami podzielić jeszcze jednym wnioskiem – „Bezsenne noce, senne dni” powinny zostać wciągnięte na listę obowiązkową lektur dla narzeczonych, gdyby kiedykolwiek takowa powstała. To kolejna książka Aliny Białowąs, która działa na czytelnika otrzeźwiająco. Ale to bardzo potrzebne otrzeźwienie. A dzięki lekkości pióra Autorki oraz jej starannej polszczyźnie zafundowane czytelnikowi zderzenie z rzeczywistością w żaden sposób nie umniejsza przyjemności z lektury. Pomimo irytującej bohaterki;). W przygotowaniu jest już drugi tom, „Leniwe wieczory, burzliwe poranki” i, wierzcie mi, czekam na niego z zapartym tchem ciekawa, co tym razem zrobi Ewelina;). Gorąco polecam tym z Was, którzy lubią literaturę obyczajową unikającą schematów!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Replika!


niedziela, 28 lipca 2019

„Pod naszym niebem”, czyli najprawdziwszy patchwork ludzkich losów i emocji! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!



Przyznam szczerze, że dzisiaj odczuwam szczególną odpowiedzialność pisząc recenzję. A bierze się to z faktu, że chodzi o recenzję pierwszej książki, którą objęłam patronatem na moim blogu. Wiem, że w tym momencie stali bywalcy Ogrodu Kwitnących Myśli wiedzą już doskonale, że chodzi o debiutancką powieść obyczajową „Pod naszym niebem” Sylwii Kubik, która została wydana przez Wydawnictwo eSPe i której premiera będzie miała miejsce już za pięć dni, dokładnie 2 sierpnia.

Można powiedzieć, że miałam przyjemność obserwować od poczęcia jak powstawała ta książka, ponieważ o pomyśle na nią dyskutowałyśmy zażarcie rok temu, na warsztatach pisarskich, na których po raz pierwszy spotkałam Sylwię oraz grono innych fantastycznych kobiet, z którymi przyjaźnimy się do dzisiaj. Tym większą radość sprawiła mi możliwość ocenienia dzieła już wykończonego, ubranego w piękną szatę graficzną ( wielkie brawa dla Wydawnictwa eSPe za piękną, jasną, optymistyczną okładkę ) i promowanego z wielkim zaangażowaniem samej Autorki. Doceniam ogromnie jej wkład w każdy detal, nawet w przygotowanie paczek dla recenzentów. Wierzcie mi, to trochę tak, jakby razem z powieścią dostać kawałek serca tego, kto ją tworzył.

Akcja „Pod naszym niebem” toczy się w małej wsi Brzozówka na Powiślu, podobnej do setek i tysięcy polskich wiosek na prowincji. Główna bohaterka, Karolina, to szczęśliwa mężatka, matka dwóch córek, Anielki i Gabrielki. Gabrysia przyszła na świat jako skrajny wcześniak i ten wątek odegra niebagatelną rolę w powieści. Karolina to również nauczycielka i działaczka samorządowa zaangażowana mocno w życie małej społeczności Brzozówki. Powiem Wam tak – w opowieść napisaną przez Sylwię Kubik wchodzi się tak, jak do domu przyjaciela. Zaczęłam czytać pierwsze zdania, akapity, strony, i nagle, zupełnie tego nie odnotowując, poczułam się jak u siebie – dobrze, bezpiecznie, na miejscu, i zapragnęłam się rozgościć na dłużej. Naprawdę, ten opis najwierniej oddaje moje pierwsze wrażenie, które, jak się później okazało, miało mi towarzyszyć już do końca lektury. Każdy kolejny poznawany bohater był dla mnie niczym nowo poznany mieszkaniec miejscowości, do której człowiek się przeprowadza w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. A co bohater, to historia! Poznajemy zatem, między innymi, nader energiczną, z delikatnymi zapędami terrorystycznymi ( ale tylko dla dobra sprawy ;) ) sołtyskę Krysię, sympatycznego i życzliwego księdza Karola, tajemniczego Macieja, który swoimi planami nieźle namiesza w głowie mieszkańcom Brzozówki, przyjaciółkę Karoliny – Hanię, kobietę o iście anielskiej cierpliwości, z gatunku tych, co to „w butach pójdą do nieba” ( a dlaczego, przekonacie się czytając książkę ). Jak to bywa w małych miejscowościach, nie da się też uniknąć spotkania z mniej sympatycznymi tubylcami, a do takich z pewnością zalicza się babcia Weronika, czyli teściowa Hani. Zapewniam Was jednak, że ten wątek nie popsuje Wam krwi podczas lektury, ponieważ Sylwia Kubik pokazała w nim swoje komediowe oblicze ;) :

„– Apetyt za to pani dopisuje – stwierdziła Karolina.
– Co mi innego zostało? Zjem, chociaż wolałabym sernik.
– Wujek Piotr też lubił sernik... – Dominika smutno pokiwała głową. – Szkoda, że nie żyje.
– Szkoda, szkoda – potwierdziła Weronika.
– Na co zmarł? – zainteresowała się Karolina.
– Z tego co pamiętam, to na raka prostaty. – Hania smutno się uśmiechnęła na wspomnienie trochę jowialnego wujka. Był sympatycznym i kulturalnym mężczyzną, który zawsze z atencją odnosił się do kobiet. Prawdziwy dżentelmen.
– Raka, to i ja mam na pewno... – wtrąciła Weronika, widząc, że temat rozmowy zbacza z jej osoby.
– Prostaty? – zakpiła Karolina.
– Pewnie tak. Tak mnie kości bolą, że to na pewno rak prostaty”. ( str. 241 )

Poznajemy też Kobietę Cmentarną, której wątek jest jednym z najważniejszych i najbardziej tajemniczych w książce, a dotyka odległej przeszłości, która jednak rzutuje mocno na teraźniejszość wielu ludzi. „Coraz częściej uświadamiam sobie, że to, co wydarzyło się w przeszłości, ma ciągle na nas wpływ. I to większy, niż myślimy...” ( str. 237 ). Bardzo ciekawą postacią jest również druga przyjaciółka Karoliny, poznana w szpitalu Monika. Niejednoznaczna, z pogmatwanymi emocjami i charakterem. Na uwagę zasługują też historia Tomka i Wiktorii czy postać wiecznie roszczeniowej Kaśki… Oczywiście, fabuły Wam nie zdradzę, sami zawitajcie do Brzozówki i poznajcie jej mieszkańców.

 Powiem Wam tyle - jeśli kochacie opowieści pełne mądrości połączonej z pogodą ducha, optymizmem i humorem, to nie możecie przegapić tej książki! „Pod naszym niebem” przypomina piękną, kolorową, połączoną z dziesiątek, setek kawałków o różnych kształtach patchworkową kołdrę. Każdy kawałek to inny człowiek i inna opowieść, ale ponieważ wszystkich ich, wcześniej czy później, los zetknął w Brzozówce, ich życiowe ścieżki się posplatały nawzajem, a czasem wręcz zaplątały i latami nie mogą rozplątać. Ale choć trafi się gdzieś czasem jakiś krzywy, niepasujący ścieg ( jak choćby gburowaty odludek Stefan ), nie ma on wpływu na obraz całości. Ba, staje się jej nieodłączną, ważną, konieczną cząstką bez której szwy by się popruły i w najlepszym razie powstałaby dziura.

Szczególne plusy daję za kilka elementów, które mnie osobiście bardzo się spodobały: za kapitalne wręcz dialogi z małą Gabrysią, w których pod lekką pianką humoru kryje się i smutek, i żałoba, i tak zwana życiowa mądrość, pozbawione jednak goryczki. Za wątek samej Gabrysi i pokazane osamotnienie i emocje miotające matkami takich wcześniaków – myślę, że Sylwia Kubik, która opisała własne doświadczenia, ma szanse swoją książką wywołać ogólną dyskusję dotyczącą takich matek i dzieci, i chwała jej za to, bo temat jest bardzo ważny. Za wątek pani Heleny, który jest przykładem połamania ludzkich losów przez historię i przywołuje taki jej fragment, który do niedawna był tabu i którego nie poruszano.

Podsumowując, zachęcam Was z całego serca do lektury „Pod naszym niebem”. To nie jest banalna, przewidywalna obyczajówka. Lub, innymi słowy, nawiązując do wcześniejszego porównania, to nie jest jakaś tam tania kołderka chińskiej produkcji. To najprawdziwszy patchwork ludzkich losów i emocji zszyty z wprawą godną fachowca i artystki w jednym! A ja sama mam nadzieję na ciąg dalszy, co zresztą delikatnie sugeruje niejednoznaczne zakończenie…

Gorąco polecam!

Wydawnictwo: eSPe
Data wydania: 2 sierpnia 2019
Liczba stron: 384

sobota, 20 lipca 2019

"Lista obecności", czyli chirurgiczna precyzja obserwacji



Skończyłam dzisiaj czytać "Listę obecności" Agaty Kołakowskiej. Wstałam specjalnie o siódmej rano, żeby w spokoju i z wypoczętą głową delektować się lekturą, bo w trakcie tygodnia pracy byłam wieczorami zbyt zmęczona, a aż mnie korciło, żeby się dowiedzieć co spotkało Igę w Kunicach. No tak, ale Wy jeszcze nie wiecie kim jest Iga Stelmach. To główna bohaterka najnowszej powieści Agaty Kołakowskiej, czterdziestoletnia rzeźbiarka, która zdążyła zaistnieć na rynku sztuki jako wschodząca gwiazda zanim spotkały ją pewne życiowe doświadczenia burzące jej uporządkowany świat. To one sprawiły, że pewnego dnia uległa pokusie ucieczki od życia w mieście i przeprowadzki do sielskiej, przyjaznej artystom miejscowości Kunice. Mieszkańcy Kunic urzekli ją serdecznością podczas spotkania, na które została zaproszona. Zdecydowała się zatem, dość spontanicznie, na zakup i remont starego domu, w którym urządziła sobie, między innymi, przestronną, jasną pracownię. Jednak niedługo po przeprowadzce w życiu Igi zaczynają się dziać rzeczy niepokojące. Ktoś się pojawia w pobliżu jej domu, ostrzega ją, aby nikomu nie ufała, a ludzie, których dotąd uważała za przyjaznych i życzliwych okazują się posiadać zupełnie przyziemne wady i przywary. Atmosfera wokół Igi gęstnieje z dnia na dzień. A gdy jeszcze rzeźbiarka zaczyna drążyć temat otrzymanego ostrzeżenia i jego przyczyn, otwiera drzwi do przeszłości, które niełatwo będzie zamknąć. Zaklinują je bowiem całe kłęby emocji towarzyszących ludziom, którzy za wszelką cenę chcą ukryć swoje prawdziwe intencje.

Po raz kolejny Agata Kołakowska udowadnia, że jest jedną z najlepszych polskich pisarek powieści obyczajowych. A jej cechą charakterystyczną jest wręcz chirurgiczna precyzja, a nawet wirtuozeria z jaką obnaża przed czytelnikiem emocje swoich bohaterów, również te, które skrywają sami przed sobą. Zachwyciła mnie tym już w „Wyroku na miłość” czy „Pokrewnych duszach”, a „Listą obecności” tylko potwierdziła swój mistrzowski poziom. Bohaterowie jej najnowszej książki są złożeni, trudni, nierzadko chropowaci w codziennym obyciu, noszą w sobie traumy i niezagojone rany, ale jednocześnie budzą sympatię, podziw, szacunek czy współczucie. Tutaj nie znajdziecie ludzi radykalnie dobrych ani radykalnie złych, świetliście jasnych czy czarnych jak noc podczas całkowitego zaćmienia księżyca. Przeciwnie, sama Iga, jej przyjaciółka Anita, poznana w Kunicach malarka Mira, kompozytor Norbert, poeta Łukasz, sołtys Krzysztof, miejscowy odludek Janusz – ci wszyscy ludzie są namalowani przy pomocy całej palety barw, z wykorzystaniem wszelkich półcieni, rozmytych szarości czy łączonych ze sobą kontrastowych kolorów. Agata Kołakowska pokazuje złożoność ludzkiej natury oraz poszczególne warstwy emocji w swoich bohaterach niczym chirurg, który podczas operacji jest w stanie wyizolować najmniejsze naczynie, żeby dokonać na nim potrzebnego zabiegu. A dzięki temu „Listę obecności” czyta się jak rasowy thriller nie tylko ze względu na zawarty w niej element tajemnicy, ale przede wszystkim ze względu na bohaterów. Każdy z nich jest tajemnicą, a Autorka jest tą osobą, która daje czytelnikowi kody do jej rozszyfrowania. Wiem, że się powtarzam, ale właśnie ta warstwa charakterologiczna to bardzo mocny wyróżnik stylu Agaty Kołakowskiej, za który kocham jej książki i wyczekuję każdej niecierpliwie. Mało kto ma aż tak wielki dar obserwacji i znajomość ludzkiej natury!

Poza tym chylę czoła za wspaniałe przybliżenie czytelnikowi procesu rzeźbienia w glinie. Jestem zafascynowana sposobem, w jaki Autorka pokazała na kartach książki proces twórczy, zarówno to, co dzieje się w głowie artysty jak i czysto fizyczne etapy powstawania rzeźby. Nie wiem jak poważny research trzeba było zrobić, żeby tak wiernie przedstawić tę dziedzinę tworzenia, ale przyznaję, że te opisy wciągnęły mnie równie mocno jak warstwa dotycząca tajemnic, niemal kryminalna. Wielkie brawa!

Polecam Wam gorąco „Listę obecności” Agaty Kołakowskiej. Jeśli szukacie literatury obyczajowej łączącej świetny warsztat, wnikliwość spojrzenia na świat i ludzi oraz dużą dozę bardzo dobrej rozrywki, na pewno się nie zawiedziecie! A jeśli nie znacie innych książek tej Autorki, koniecznie po nie sięgnijcie – będę powtarzała aż do znudzenia: to jedna z najlepszych polskich pisarek! A każdą kolejną powieścią tylko to udowadnia!

środa, 26 czerwca 2019

"Zimny kolor nieba", czyli opowieść o demonach w ludzkich sercach i o sile rodzinnych więzi



Na pewno pamiętacie doskonale, że byłam zachwycona pierwszym tomem „Sagi nadmorskiej” Magdaleny Majcher, który nosił tytuł „Obcy powiew wiatru”. Losy żyjącej na Wołyniu rodziny Zielczyńskich oraz ich krewnych i przyjaciół chwytały za serce, a fabuła ksiązki zmuszała do postawienia sobie wielu trudnych pytań. Tym z Was, którym być może umknęła moja recenzja i ta książka, podaję link do niej: https://ogrodkwitnacychmysli.blogspot.com/2019/04/obcy-powiew-wiatru-czyli-opowiesc-o.html?fbclid=IwAR2Az5rozk1YBpmbpI7Q-pPN5SP_jlmql-i2gGns4QP4Ex6hKrUwTnF9f5s

Nic dziwnego, że po TAKIM tomie pierwszym niecierpliwie czekałam na kolejny. Tym bardziej, że „Obcy powiew wiatru” kończył się w momencie, gdy udręczona wojennymi doświadczeniami rodzina Zielczyńskich dociera do Ustronia Nadmorskiego gdzie ma nadzieję zakotwiczyć na stałe. Druga część sagi, „Zimny kolor nieba”, zaczyna się wiele lat później, w momencie gdy córka Marcjanny, a wnuczka Janiny, Gabriela, wchodzi w dorosłość. Podobnie jak przed laty jej matka, tak i ona ma głowę nabitą marzeniami, a najważniejszym jest zdobycie posady nauczycielki w miejscowej szkole. Życie wydaje się jej oferować wszystko, co najlepsze. Co prawda istnieją pewne napięcia w relacjach między matką, a córką, ale Gabrysi osładza to wszystko niekwestionowana miłość przybranego ojczyma, Emila. Przybranego, ponieważ jego związek z Marcjanną przypomina trochę słynny duet żuraw i czapla z wiersza Brzechwy. Może tylko z taką różnicą, że o ile w wierszu zawinili oboje, o tyle w związku Emila i Marcjanny wina kładzie się wyraźnie po stronie tej ostatniej…

„Uciekasz przed demonami, ale im szybciej zrozumiesz, że twoje starania są skazane na niepowodzenie, tym łatwiej odnajdziesz się w nowej sytuacji. Przed demonami nie uciekniesz, bo gdziekolwiek pójdziesz, będą ci towarzyszyć. One są w tobie”. ( str. 248 ). Choć te słowa Emil wypowiada w pewnej sytuacji do Gabrysi, tak naprawdę dotyczą one większości bohaterów najnowszej książki Magdaleny Majcher. Tyle, że owe osobiste demony każdego z nich różnią się między sobą. Inne zatem nękają Marcjannę, którą pamiętamy z poprzedniego tomu równie wrażliwą, czułą i ciekawą świata jak teraz jej córka, inne jeszcze ciotkę Rozalię, samego Emila czy właśnie Gabrysię. W książce pojawia się jeszcze jedna postać pierwszoplanowa, porucznik Sławomir Cymer, nowy dowódca jednostki WOP-u w Ustroniu. Mężczyzna, który odegra niebagatelną rolę w życiu młodej panny Zielczyńskiej i zmieni zupełnie zapis jej losów.

Po raz kolejny Magdalena Majcher udowadnia, że nie boi się trudnych tematów, a gdy już się za jakiś zabierze, potrafi go pokazać w taki sposób, że czytelnik czuje się w nim zanurzony, a w wypadku jednego z głównych wątków tej konkretnej książki użyłabym nawet określenia zbrukany. Myślę, że to słowo tutaj najbardziej pasuje, a to dlatego, że Autorka z porażającą wiarygodnością maluje portret związku, w którym dominuje przemoc psychiczna. Robi to pokazując wszelkie niuanse emocjonalne, które sprawiają, że ofiary w takich związkach tkwią w nich latami nie umiejąc się za nic wyzwolić, wyplątać, uciec. Niektóre sceny były wręcz miażdżące emocjonalnie właśnie przez to, że pokazywały bardzo dokładnie jak narasta uzależnienie ofiary od kata. Jestem pełna podziwu dla wnikliwości z jaką pokazane zostały obie strony związku. Choć nie mamy złudzeń co do tego, kto jest katem, jednocześnie czujemy te same wątpliwości, które targają jego ofiarą ilekroć pomyśli o odejściu. Bo strach nie jest tak naprawdę dominującym uczuciem w takim związku. Dużo bardziej zdradliwe jest współczucie dla oprawcy, który kiedyś też stał się czyjąś ofiarą. To właśnie współczucie jest kulą u nogi, która nie pozwala odejść osobie krzywdzonej od tego, kto krzywdzi. Uważam, że to bardzo ważny i potrzebny wątek, który nie tylko czyni fabułę jeszcze bardziej interesującą, ale prawdopodobnie zachęci do niejednej dyskusji.

Kolejnym ważnym wątkiem, jakby w tle, a tak naprawdę stanowiącym rdzeń opowieści i przesądzającym jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów są więzy rodzinne, skrywane traumy oraz ich wpływ na wybory dokonywane przez kolejne pokolenia. „Każdy w jej rodzinie za czymś tęsknił. Matka i babka – za przeszłością. Za Kresami, za domem, który kiedyś był ich, a który został gdzieś w głębi Związku Radzieckiego. A ona? Ona tęskniła za ojcem, to pewne. I za przynależnością, którą sukcesywnie odbierały jej starsze pokolenia, pielęgnując swój strach”. ( str. 86 ) To właśnie przemilczenia, tajemnice, lęk przed otwartością popychają Gabrysię do podjęcia decyzji, które zaważą na całym jej życiu. Jednocześnie jednak w swojej książce Magdalena Majcher pokazuje, że ta sama rodzina, która popełnia błędy, rani i naznacza swoim strachem jest jednocześnie najsolidniejszym fundamentem i oparciem gdy świat się chwieje w posadach.

Mogłabym tak pisać i pisać, a przecież nie o to chodzi. Sięgnijcie sami po drugi tom „Sagi nadmorskiej”, bo warto! Ta opowieść Was pochłonie, sprawi, że nie będziecie się mogli od niej oderwać i, mimo trudnych wątków, zostawi Was z uczuciem, że życie, choć trudne i przewrotne, jest piękne, a każde doświadczenie jest jak mały kawałeczek puzzli w rodzinnej układance. Ma swoje miejsce i bez niego nie byłoby tak efektownej całości.

Na koniec nie mogę nie wspomnieć po raz kolejny o tym jak estetycznie została zapakowana przesyłka dla recenzentów i jak ładna jest szata graficzna książki! Brawa dla Wydawnictwa Pascal! A mnie pozostaje czekać na tom trzeci, w którym opisane zostaną losy Jagody, córki Gabrieli.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal!

sobota, 8 czerwca 2019

"Księżycowa kołysanka", czyli wnikliwy, psychologiczny thriller emocjonalny!



Bardzo lubię pisać o ciekawych książkach, które przeczytałam i dzielić się wrażeniami z lektury, ale przyznam, że czasem towarzyszy temu pewien stres. Stres wynikający z chęci jak najbardziej trafnego oddania atmosfery książki, a tym samym oddania jej sprawiedliwości, pokazania jej tak, jak na to zasługuje. I tak mam tym razem, gdy chcę Wam opowiedzieć o moich wrażeniach z lektury „Księżycowej kołysanki” Katarzyny Misiołek. Książka swoją premierę miała w ubiegłą środę, piątego czerwca, a więc zaledwie trzy dni temu. Swój egzemplarz otrzymałam tuż przed premierą, i zarwałam dwie noce na czytanie, tak mnie wciągnęła opowieść o dwóch parach małżeńskich, które wspólnie kupiły i wyremontowały dom na letnie i weekendowe wypady za miasto. Potem jednak musiałam dać sobie trochę czasu na poukładanie wrażeń z lektury.

Agata i Adam, Baśka i Bartek – te dwie zaprzyjaźnione pary pewnego dnia podejmują, dość spontaniczną, decyzję o zakupie i wyremontowaniu domu niedawno zmarłej staruszki, Wiktorii. Katarzyna Misiołek nie zachowuje w swojej książce chronologii zdarzeń, przeciwnie, przeplata konsekwentnie fragmenty z przeszłości z tymi z teraźniejszości mieszając je niczym kawałki układanki puzzle 1000 elementów. Każdy kolejny, krótki rozdział, to nowy kawałek układanki pozwalający czytelnikowi rozpoznać inny fragment obrazka. Szkopuł w tym, że niemal do końca obraz zakłócają luki w postaci brakujących kawałków. Czytelnik już myśli, że ma wyobrażenie o tym, co się stało, tymczasem niemal natychmiast okazuje się, że brakujący maleńki fragmencik nie pozwala na jednoznaczną interpretację. Uważam, że ten zabieg pomieszania chronologii zdarzeń udał się Autorce znakomicie i spełnił swoje zadanie dodając dramatyzmu i tempa opowieści, a jednocześnie w żaden sposób nie zakłócając płynności narracji. Dzięki temu książkę czyta się dosłownie jednym tchem, pomimo jej znakomitej i bynajmniej nie lekkiej warstwy psychologicznej.

No właśnie! „Księżycowa kołysanka” to przede wszystkim wnikliwe studium psychologiczne relacji między głównym bohaterami powieści oraz osobami z ich otoczenia. Nikt nie jest samotną wyspą. To, co dzieje się między Agatą, Adamem, Baśką oraz Bartkiem rzutuje również na ich bliskich i znajomych. Na dzieci, czyli Jaśka i Kingę, na ich rodziny i przyjaciół. Choć w centrum jest ta czwórka bohaterów, inni ludzie są jak krążące wokół nich satelity. Czasem dojdzie do kolizji czy spięcia, a czasem wręcz do katastrofy. Katarzyna Misiołek w swojej książce stawia czytelnikowi wiele trudnych pytań, a dzieje się tak dlatego, że wykreowani przez nią bohaterowie są boleśnie wiarygodni w swoich zachowaniach, aż do szpiku kości prawdziwi. Czytałam powieść i oczami wyobraźni widziałam niejedną parę z mojego otoczenia, która zachowuje się często dokładnie tak samo jak wymieniona wyżej czwórka. Są razem, niby się kochają, a jednak niemal bez przerwy skaczą sobie do oczu, drą koty, wbijają sobie szpile, nierzadko skrywana frustracja prowadzi do eskalacji agresji. Od drobnych przytyków do poważnych przykrości. Główni bohaterowie książki niby się przyjaźnią, tymczasem przez lata narastają w nich wzajemne pretensje – kryzysy pomiędzy małżonkami rzutują też na przyjaźń między obiema parami, bo żyjąc pod jednym dachem, nawet tylko okresowo, wszyscy wplątują się we wzajemne konflikty. Z biegiem lat rozrasta się sieć relacji i powiązań, ktoś odchodzi, ktoś wiąże się z inną osobą, dzieci rosną, dorośleją i wprowadzają w krąg rodziny swoich znajomych. Mnożą się napięcia i niedopowiedzenia.

Szczerze mówiąc, opowieść Katarzyny Misiołek w pewien sposób skojarzyła mi się z filmem „Rzeź” Romana Polańskiego, gdzie mała grupka bohaterów też w jakimś momencie daje ujście swoim frustracjom i emocjom, a te obnażają ich motywacje i skrywane urazy. Tyle, że w „Księżycowej kołysance” wszystko to jest rozciągnięte w czasie. Jednak akcja w dużej części toczy się w domu nad jeziorem, stąd również pewne wrażenie małego, odciętego od świata miejsca. Raz jeszcze chciałabym jednak podkreślić – nie bójcie się tej psychologicznej warstwy powieści, ponieważ narracja płynie wartko i wciąga niczym w rasowym thrillerze. Zresztą, jest w tej powieści i element thrillera czy kryminału, ale nie chcę nic więcej zdradzać, żeby Wam nie psuć przyjemności z lektury! Uwierzcie mi, nuda nie grozi Wam nawet przez moment! To się doskonale czyta! A to, co od pierwszej aż do ostatniej strony dzieje się między bohaterami śmiało można nazwać emocjonalnym thrillerem. Takim, który w pewnym momencie prowokuje dramatyczne wydarzenia…

Dodatkowo nie mogę wspomnieć jeszcze o dwóch sprawach. O wątku Wiktorii, czyli poprzedniej właścicielki domu, który dodaje dramatyzmu historii oraz o przepięknie dobranej okładce. Muszę przyznać, że dziewczyna z okładki skojarzyła mi się automatycznie z szekspirowską Ofelią. Wydawnictwo Książnica z każdą kolejną książką punktuje u mnie za klimatyczne, świetne okładki i nie inaczej jest z „Księżycową kołysanką”. Brawo!

Podsumowując, gorąco Wam polecam „Księżycową kołysankę” Katarzyny Misiołek, bo to starannie skonstruowana, przemyślana w każdym detalu powieść obyczajowa z elementami thrillera psychologicznego. Oraz z mocno osadzonymi w rzeczywistości, psychologicznie dopracowanymi i wiarygodnymi bohaterami. Warta zarwania nocy na czytanie!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Książnica!


Z ARCHIWUM POPRZEDNIEGO BLOGA - „Alicja w Krainie Czasów”, czyli co Ałbena Grabowska ma wspólnego z …Szeherezadą;)



Nie ukrywam, że Ałbena Grabowska należy do ścisłego grona moich ulubionych pisarzy i pisarek odkąd sięgnęłam po pierwszy tom jej barwnej i chwytającej za serce sagi „Stulecie Winnych”. Kto z Was jeszcze nie czytał tej sagi, a lubi literaturę obyczajową na wysokim poziomie, z pełnokrwistymi bohaterami i mnóstwem niespodziewanych zwrotów akcji, niech koniecznie po nią sięgnie! Nawiasem mówiąc, aż zazdroszczę tym, którzy lekturę trzech kolejnych tomów „Stulecia Winnych” mają wciąż przed sobą;). Sama, zachęcona tą lekturą, sięgnęłam również po inne książki tej autorki i w tej chwili pozostaje mi już tylko jedna do przeczytania. Ale nie ta najnowsza, „Alicja w Krainie Czasów. Czas zaklęty”, którą dosłownie pochłonęłam w jedno popołudnie i wieczór i nie mam pojęcia jak teraz wytrzymam aż do dnia premiery tomu drugiego!

„Alicja w Krainie Czasów. Czas zaklęty” to pierwszy tom opowieści przewidzianej jako trylogia, a sama tytułowa bohaterka to owoc grzesznych postępków hrabiego Jana Księgopolskiego ze służącą Natalią. Opowieść zaczyna się od mocno działającej na wyobraźnię czytelnika sceny, w której Natalia odwiedza potajemnie miejscową szeptuchę, Iwasię, żeby prosić o niezwykłe dary dla swojego dziecka. Przewrotny los sprawił, że naiwna służąca zaszła w ciążę ze swoim chlebodawcą w tym samym czasie, w którym tenże począł dziecko również ze swoją żoną. Dla ciotki Natalii, Bytowej, kucharki we dworze, która przygarnęła dziewczynę po śmierci rodziców, jest jasne jak słońce, że ciężarna służąca nie ma czego szukać u hrabiego, bo jej ciąża to dla niego wyłącznie kłopot i widoczny wyrzut sumienia. Zresztą, byłoby to jasne dla wszystkich, ale tylko Bytowa jest początkowo wtajemniczona w położenie dziewczyny. Niestety, Natalię zaślepiła miłość do hrabiego. Taka, która sprawia, że nie widzi się przeszkód, ludzkich kpin, wad ukochanego, tylko roi się naiwne sny o złotej przyszłości. Tymczasem przyszło jej odegrać rolę w starej jak świat opowieści, o dziewczynie, która kochała za bardzo i panu, który nie kochał wcale. Bo gdy Natalia niemal zwariowała na punkcie Jana, on „(…) postanowił, że zwiąże się z nią na tak długo, póki jej czarne oczy i zdrowe ciało będą przyprawiać go o gorączkę i zmuszać do szukania pretekstów, aby wymykać się po kolacji i kochać z nią na mchu”. ( str. 18 ). Szkopuł w tym, że z potajemnych schadzek na mchu nijak nie idzie utkać wspólnej przyszłości. W odruchu buntu przeciwko swojemu losowi, pomieszanego z zazdrością i złością, nieszczęsna dziewczyna ucieka się do zaklęć i czarów. Nie dociera jednak do niej, że kto czarami wojuje, od czarów ginie i wszystko może się jej wymknąć spod kontroli… Mała Alicja przychodzi na świat jako niechciany przez ojca owoc skrywanej namiętności, ale w zamian otrzymuje pełny pakiet zdolności i darów na przyszłe życie. Życie, które okaże się niezwykłe, jak z opowieści z tysiąca i jednej nocy…

No właśnie, kiedy zastanawiałam się jak wytłumaczyć Wam najbardziej obrazowo i prawdziwie fenomen stylu Ałbeny Grabowskiej przyszło mi do głowy, że na firmamencie naszych znakomitych polskich pisarek jest ona Szeherezadą, która tak oczarowuje czytelników swoimi opowieściami jak córka wezyra oczarowywała sułtana. Nie przesadzam, bo książki Ałbeny Grabowskiej mają w sobie magię i czar dalekowschodnich opowieści, choć dzieją się w rzeczywistości bliskiej polskiemu czytelnikowi. Nie brakuje w nich magii i czarów, prawdziwych namiętności i zdrad, a nawet zbrodni w imię miłości. Nie brakuje elementów metafizyki i tajemnicy. To wszystko zaistniało już w sadze o rodzinie Winnych, ale w „Alicji w Krainie Czasów”, ze względu na szczególny charakter tej opowieści, zostało jeszcze uwypuklone. W końcu Natalia walczy o miłość hrabiego za pomocą czarów. Ale dla mnie najmocniejszą stroną książek tej autorki jest niezwykła wręcz wiarygodność psychologiczna postaci. To nie są czarno-białe postaci z papieru. To są ludzie, którzy swoim postępowaniem, podejmowanymi decyzjami czy życiowymi wyborami mieszczą się wciąż bardziej w sferze rozmytych szarości niż zdecydowanej czerni lub bieli. Jak w życiu! I tak Natalia, która w pewnych momentach wręcz przeraża, jednocześnie wzbudza najzwyklejsze ludzkie współczucie. Żona Jana Księgopolskiego, Elżbietka, wzbudza momentami politowanie, niechęć, pogardę, gniew, ale również i zrozumienie czy, podobnie jak jej rywalka, współczucie. Podobnie jest z Janem, którego, pomimo niektórych popełnionych przez niego podłości, nie da się zaklasyfikować jako łotra bez serca. Równie żywe emocje wzbudzają również bohaterowie drugiego i trzeciego planu. Ałbenie Grabowskiej wystarcza czasem kilkanaście zdań, żeby nakreślić portret bohatera, który zapada w pamięć i serce.

Dużo by pisać o „Alicji w Krainie Czasów”. Na docenienie zasługuje również tło historyczne, wspomnę tylko choćby o spotkaniu młodej Alicji z Henrykiem Sienkiewiczem w salonie słynnej Deotymy. W książce nie brak takich przemyconych perełek, zarówno historycznych jak i literackich odwołań, ale każdy powinien mieć frajdę i przyjemność odkrywać je sam;). Dodatkową atrakcją jest wysmakowana okładka, do której pozowała …sama autorka. Podobnie zresztą jak do okładek dwóch kolejnych tomów, których zapowiedź można znaleźć na skrzydełku książki. Przyznaję, że to bardzo udany eksperyment kolejnej urodziwej polskiej pisarki. I również rodzaj oczka puszczonego w stronę czytelnika.

Polecam Wam „Alicję w Krainie Czasów” z całego serca! Ałbena Grabowska jako nasza literacka Szeherezada sprawdza się znakomicie! Zapewniam Was, że dacie się uwieść jej opowieści podobnie jak kiedyś sułtan baśniom Szeherezady;)! Gorąco polecam!!!

Wydawnictwo: Zwierciadło

„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...