wtorek, 30 listopada 2021

„I znowu zaświeci słońce” – malowana pastelami opowieść o podróży w głąb siebie z wielką historią w tle. RECENZJA PATRONACKA

 


Nigdy nie jest za późno na wyruszenie w podróż w głąb siebie, na spełnienie swoich marzeń, na odnalezienie szczęścia. Dopóki nie uleci z nas ostatni oddech życia, wszystko jest jeszcze możliwe…

 

W ostatni listopadowy wieczór, trochę na przekór porze roku i pogodzie, przychodzę do Was z recenzją książki przesyconej słońcem, ciepłem, zapachami lata i kolorami natury. Tak naprawdę już sama okładka obiecywała to wszystko czytelnikowi. Utrzymana w letniej kolorystyce, pokazująca zapatrzoną gdzieś w dal kobietę stojącą na łące pełnej kwitnącej wierzbówki kiprzycy, czyli jednej z moich ukochanych letnich roślin. Któż oparłby się takiej obietnicy ;) ? Mowa, oczywiście, o „I znowu zaświeci słońce” Agaty Sawickiej, czyli moim kolejnym patronacie. Powieści na wskroś kobiecej, lekko sentymentalnej, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

 

Bohaterkami tej opowieści są dwie kobiety, Oliwia i Rozalia. Dzielą je dwa pokolenia, życiowe doświadczenia, zawirowania historii. Łączą więzy krwi oraz pewne podobieństwo charakterów. Pierwsza to współczesna dziewczyna na progu życia. Świeżo upieczona absolwentka dziennikarstwa i przyszła panna młoda. Niemal prosto z ceremonii rozdania dyplomów pędzi na przymiarkę sukni ślubnej. Wydawać by się mogło, że przed nią tylko świetlana przyszłość wprost z białych jak biel ślubnych sukien reklam rafaello. A jednak coś zgrzyta w tym obrazku, nie pasuje do całości jak brzydka, ciemna plama na tiulu zwiewnej ślubnej kreacji. W przyszłej pannie młodej brak entuzjazmu, radości, poczucia spełnienia. Bliscy biorą to za fanaberie przedślubne. Ale Oliwia czuje, że dzieje się coś złego i, ku własnemu zaskoczeniu, daje sobie szansę i czas na rozeznanie się w uczuciach. Postanawia ruszyć w podróż śladami zaginionej przed laty ciotki Rozalii Siemaszkówny, kiedyś bardzo poczytnej pisarki… Rusza więc w drogę ze Śląska aż na Zamojszczyznę, bo stamtąd pochodziła rodzina ciotki. Kiedy zatrzymuje się na przystanek w opactwie tynieckim, tajemniczy mnich przepowiada jej, że jej podróż będzie bardziej zaskakująca i dłuższa niż jej się wydaje…

 

Druga bohaterka to Rozalia. Siostra babci Oliwii. Reprezentantka pokolenia, które doświadczyło zła wojny. Pisarka, której książki mimo dzielącej ich różnicy pokoleń, są szczególnie bliskie sercu dziewczyny. Kobieta, która pewnego dnia wyszła z domu na zakupy i już nigdy nie wróciła. Podróż jej śladami to coś więcej niż tylko próba zgłębienia rodzinnej zagadki. To bardziej podróż w głąb siebie i w głąb własnego serca. Jednak Rozalia, Wielka Nieobecna, staje się niewidzialną przewodniczką Oliwii w tej podróży. Czy spełni się przepowiednia tynieckiego mnicha?...

 

Autorka serwuje nam przy okazji mnóstwo kuszących pięknem obrazów z odkrywanej przez główną bohaterkę Zamojszczyzny i okolic. Opowieść toczy się dwutorowo, współczesne etapy podróży Oliwii są przeplatane fragmentami książek oraz opowieściami z życia Rozalii. Każda z dwóch części tej opowieści ma własny rytm. Powiedziałabym, że część dotycząca zaginionej pisarki jest bardziej niespieszna, różniąca się od tej dziejącej się współcześnie niczym stare fotografie w kolorze sepii od kolorowych zdjęć robionych smartfonem. Doceniacie urok starych zdjęć? Ja bardzo doceniam ;) .

 

„I znowu zaświeci słońce” spodoba się tym wszystkim, którzy kochają opowieści z historią w tle oraz porywające historie miłosne. Nie brak tutaj fragmentów poharatanej polskiej historii. Tym trudniejszej, że tutaj w tle mamy napięcia między Ukraińcami i Polakami i przetaczającą się przez pobliski Wołyń niezrozumiałą, budzącą grozę rzeź. Nie brak jednak również dramatów codzienności. Szarpaniny wskutek źle podjętych decyzji. Zawirowań losu, które często niszczą ludzkie plany jak domki z kart.

 

Przede wszystkim jednak „I znowu zaświeci słońce” to jedna wielka pochwała życia i miłości. I myślę, że to przesłanie płynące z książki zawdzięczamy głównie wątkowi Rozalii. To ona staje się nie tylko duchową przewodniczką, ale i mentorką dla szukającej odpowiedzi na trudne pytania Oliwii. To jej siła, wrażliwość, cierpliwość i umiłowanie dobra i piękna kradną serce czytelnika. Splatając historie tych dwóch kobiet Agata Sawicka skomponowała ujmującą pieśń pochwalną dla życia. W tej książce ono jest trzecim, równorzędnym bohaterem. I to nie przypadek, że nie napomknęłam tutaj o pozostałych bohaterach, choć każdy z nich jest niezbędny dla rozwoju fabuły. Chciałam jednak skupić się na tym najważniejszym wątku, dla którego naprawdę warto sięgnąć po „I znowu zaświeci słońce”. Gorąco Wam ją polecam – to jak podarowanie sobie odrobiny lata w samym środku ponurej jesieni. Jak potężna dawka witaminy D dla duszy :) . Warto się wzmocnić!

 

Za możliwość objęcia patronatu nad książką dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dragon.




poniedziałek, 29 listopada 2021

„Brakujący obrazek” – zimowa opowieść o dwóch królewnach i złym królu, oraz o królewiczu, który nie gwarantował happy endu. RECENZJA PATRONACKA!

 

Dzisiaj przychodzę do Was z jedną z zaległych recenzji patronackich. Z recenzją książki, która zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, a z komentarzy i reakcji na moim blogu wiem, że wiele osób marzy o tym, aby ją przeczytać. Mam nadzieję, że moja opinia pomoże niezdecydowanym podjąć decyzję, a dla tych, którzy gromadzą książkowe prezenty na Mikołajki i na Święta Bożego Narodzenia będzie dobrą podpowiedzią.

 

Ten szczególnie bliski mi patronat to „Brakujący obrazek” Anny Ziobro, który ukazał się w Wydawnictwie Dragon. Oszczędna kolorystycznie, zimowa okładka, może sprawiać, że książka ta będzie się Wam kojarzyć z jedną z powieści świątecznych. Ale choć w pewnym stopniu to prawda, „Brakującego obrazka” nie da się tak łatwo zaszufladkować. I choć pojawiają się w niej zarówno zimowe scenerie jak i święta Bożego Narodzenia, ta opowieść ma o wiele większy ciężar gatunkowy niż mogłaby sugerować piękna okładka…

 

To nie jest moje pierwsze spotkanie z powieścią Anny Ziobro. Ta Autorka już wcześniej zdobyła moją uwagę inną książką, „Za ścianą ciszy”, której również patronowałam. Ciekawych odsyłam do recenzji na moim blogu. Tymczasem wróćmy do świątecznej opowieści, która wabi lekko baśniową oprawą graficzną, ale jeśli już nawet byłaby baśnią, to bardziej taką braci Grimm…

 

 

SZESNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ

Były one dwie i ich tajemnica. Dwie siostry, jak dwie królewny w zamku. Starsza, Ola, prawie dorosła, ptak tuż przed wylotem z gniazda. I młodsza, siedmioletnia Natalia, delikatna, bezbronna, uwielbiająca Olę. Niestety, w tej baśni, oprócz dwóch słodkich księżniczek, jest również zły i srogi król… Król, który jest despotą i tyranem, ale uważa się za dobroczyńcę i wybawiciela. Tylko wzajemna miłość pozwala obu dziewczynkom ocalić resztki ciepła i czułości. Miłość silniejsza od strachu. Czułość dająca nadzieję na lepsze jutro. Siostrzana więź tkana drobnymi gestami i małymi rytuałami...

 

Zły tyran uznaje wychowanie twardą ręką i jest w nim absolutnie konsekwentny. Cóż z tego, że w tle przewija się jeszcze królowa – matka. Jest zbyt słaba, zbyt bierna, a może sama również zbyt wystraszona, żeby stawić czoła tyranowi. Ola i Natalia są dla siebie nawzajem całym światem. Jedna dla drugiej jest sensem i nadzieją.

 

Już wiecie, co to za bajka – nie bajka? Okrutna jak opowieści braci Grimm opowieść o przemocy, o strachu, ale i o tchórzostwie, które czasem bywa „tylko” brakiem odwagi. Gdy w baśniach pojawia się królewicz, zwykle fabuła zmierza do szczęśliwego finału. Ale to inna baśń. Zła, w której wszystko jest pokazane jak w krzywym zwierciadle. Pojawienie się księcia daje tylko chwilową ułudę szczęścia. A zaraz potem następuje katastrofa i drogocenna więź zostaje zerwana. Na zawsze?

TERAZ

Znowu są we dwie. Ola i Maja. Ilekroć Ola spogląda na Maję, myśli o Natalii… Po tamtej więzi została wyrwa w sercu, niezagojona rana i wyrzut sumienia. Dziura, której nie daje rady załatać nawet najlepszy chirurg ludzkich emocji - czas. Życie Oli przypomina puzzle, w których brakuje niektórych elementów przez co nie da się ułożyć kompletnego obrazka. Choć piękny, zawsze będzie wybrakowany. Czy da się ułożyć układankę, w której brak najważniejszego elementu?... Czy los pozwoli jeszcze na spotkanie dwóch księżniczek mających wspomnienia o ponurym zamku i okrutnym królu – tyranie i okrutniku? Czy da się odczarować serca zatrute złymi wspomnieniami?

 

Celowo użyłam takiej niby baśniowej narracji w tej recenzji. Już poprzednim razem byłam ujęta dojrzałością pióra Anny Ziobro oraz ciężarem gatunkowym tematu, po który sięgnęła. Tym razem nie jest inaczej. Autorka dotyka bardzo wrażliwych strun w duszy czytelników. Pokazuje siłę rażenia przemocy, zarówno fizycznej jak i tej psychologicznej oraz ekonomicznej. Robi to w taki sposób, że czytając miałam podobne wrażenia, jakie pewnie miewacie oglądając lub czytając horrory – oto z pozoru przyjazny dom staje się śmiertelną pułapką. To, co przeraża najbardziej w książce Anny Ziobro to owa zwyczajność zła. Ojciec głównych bohaterek to żadna patologia. Przeciwnie, szanowany obywatel stojący na straży prawa. Nikt z zewnątrz nie zauważa krzywdy, jaką wyrządza swoim bliskim. Tymczasem on codziennie wpuszcza w ich serca zatrute jadem strzały.

 

„Brakujący obrazek” to również wstrząsająca opowieść o sile siostrzanych więzi. O wychodzeniu z cienia przemocowego domu. O miłości macierzyńskiej. O odwadze, która daje siłę do stawiania kolejnych kroków i wychodzenia z bezpiecznej strefy komfortu. O balaście, jaki muszą dźwigać dorosłe dzieci przemocowych rodziców. O sile przebaczenia. O tym, że zło bardzo często rośnie w siłę dzięki bierności dobrych. O nadziei, która sprawia, że nawet baśnie braci Grimm mogą mieć dobre zakończenie.

 

Jeśli szukacie czegoś więcej niż tylko zimowo – świąteczna opowieść i nie boicie się ważkich tematów, ta książka jest dla Was. To kawał dobrej, dojrzałej literatury, powieść obyczajowa z wysokiej półki. Taka, która wytrąca z równowagi, niepokoi, sprawia dyskomfort, a jednocześnie wskrzesza w sercach czytelników wiarę, nadzieję, miłość i odwagę, aby walczyć o spełnienie swoich marzeń. Gorąco ją Wam polecam, a sama z wielką niecierpliwością czekam na kolejne powieści Anny Ziobro. Ta Autorka z pewnością nas jeszcze wielokrotnie zaskoczy!

 

Za możliwość objęcia patronatem „Brakującego obrazka” dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dragon.



wtorek, 26 października 2021

„Miłość, pies i czekolada” – czyli o różnicach między prawdziwą czekoladą a wyrobem czekoladopodobnym ;) . RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!

 


Małgorzata Lis przyzwyczaiła nas do powieści o dużym ciężarze gatunkowym dlatego już sam tytuł najnowszej, „Miłość, pies i czekolada” może delikatnie zbić z tropu czytelników jej poprzednich książek. Tamte powieści były o wierze, nadziei, miłości, przebaczeniu, o poplątanych pięcioliniach naszego życia, na których Bóg i tak wypisuje najpiękniejsze symfonie. Skąd zatem ta frywolność i lekkość już w samym tytule najnowszej ;) ? Czym zaskoczy nas Autorka, której udało się już zdobyć grono wiernych czytelników?... Chcecie się dowiedzieć?

 

 

Bohaterką książki jest trzydziestopięcioletnia Beata, bibliotekarka, singielka ( absolutnie nie z wyboru ). Kobieta z kilkudziesięciokilogramową nadwagą, jedynaczka, późne dziecko kochających rodziców, którzy ją tą miłością z lekka przytłoczyli, przez co nie jest w stanie odciąć pępowiny i zacząć żyć na własny rachunek. Stresy i frustracje zajada najchętniej czekoladą. I tym samym tytułowa czekolada traci trochę na frywolności i słodyczy, prawda? W historię Beaty czytelnik wkracza w dość dramatycznym dla niej momencie – ze względu na cięcie kosztów wymuszone okrojonym przez miasto budżetem dyrektorka biblioteki miejskiej, w której kobieta pracuje redukuje etaty. A konkretnie – etat Beaty. Do wszystkich jej klęsk i frustracji dochodzi jeszcze jedna – zostaje bezrobotna.

 

Oczywiście, byłby to równie dobrze początek scenariusza polskiej Bridget Jones, ale czy Małgorzata Lis uległa pokusie wykorzystania znanych schematów? Pozornie mogłoby się wydawać,  że tak. Beata wyjeżdża bowiem z rodzicami ( a jakże! ) na krótki urlop nad morze i tam poznaje intrygującego mężczyznę. A poznaje go dzięki …psu. Mufce, nieoczekiwanemu prezentowi od rodziców, rudemu kłębkowi wdzięku i energii. Pies Beaty i pies Rafała, bo tak ma na imię tajemniczy nieznajomy, zaprzyjaźniają się ze sobą w tempie możliwym tylko dla szalonych czworonogów i doprowadzają tym samym do poznania się tych dwojga. Zalatuje trochę klasycznym romansem, prawda?

 

A jednak, mimo frywolnego, obiecującego lekkość i zabawę tytułu, „Miłość, pies i czekolada” nie jest tylko przyjemną, romansową opowiastką. Bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, poobijanymi dość dotkliwie przez życie, spragnionymi miłości, a jednocześnie śmiertelnie nią przerażonymi. Beata to kwintesencja grubaski, która swoje rany i kompleksy chowa pod maską śmiechu i uśmiechu. Poddawana nieustannej ocenie, raniona nawet pozornie żartobliwymi uwagami ojca, które przyjmuje, jakby po niej spływały choć, jak sama przyznaje, raczej w nią wsiąkają i zostają w niej na zawsze. Rafał, typ outsidera, zamkniętego w sobie samotnika, który zbliża się o dwa kroki po to, żeby następnego dnia wybudować mur przemilczeń i półprawd. Daleko tej historii do hollywoodzkich romansów, za to blisko do zupełnie swojskiej codzienności.

 

I choć rusztowaniem, szkieletem tej historii jest relacja Beaty i Rafała, klująca się w bólach, krucha jak chińska porcelana, najeżona emocjonalnymi pułapkami, to Małgorzata Lis obudowuje ją wieloma innymi ważnymi wątkami. Jednym z najważniejszych jest wątek Asi, niepełnosprawnej dziewczyny, której Beata udziela lekcji w ramach wolontariatu. Pojawia się również wątek odpowiedzialności za drugiego człowieka w różnego typu relacjach, począwszy od tych rodzic – dziecko, mężczyzna – kobieta, mąż – żona, po przyjaźnie czy pierwsze zauroczenia. Wątkiem, który wybija się na plan pierwszy, jest jak wiodący kolor czy wzór w fabularnym hafcie, jest wątek samotności. Tej, z powodu której Beata zajada smutki czekoladą. Tej, która sprawia, że Rafał buduje wokół siebie mury i zasieki z drutów kolczastych, a Asia zamyka się w skorupce jak ślimak. Tej, przez którą przyjaciółka Beaty, Ula, szczęśliwa mężatka i matka, ma chwile załamania i zwątpienia w siebie. A także samotności osoby niepełnosprawnej oraz jej opiekunów.

 

Wątek niepełnosprawności, a konkretnie MPD, czyli mózgowego porażenia dziecięcego to, obok historii Beaty i Rafała, równorzędny główny wątek w książce, dzięki postaci Asi. Bardzo ważny, bo poruszający istotne tematy. W tym temat lęku przed odrzuceniem, niepewności i braku poczucia bezpieczeństwa, które towarzyszą osobom niepełnosprawnym oraz ich bliskim nieustannie.

 

„Miłość, pies i czekolada”, choć urzeka lekko komediowym tytułem i wciąga od pierwszych stron, nie jest tylko przyjemną, romantyczną powieścią na zimowe i jesienne wieczory. Również i w tej książce Małgorzata Lis sięga głębiej i zmusza czytelnika do refleksji. I choć rozbawią Was z pewnością psoty Mufki, a opisy nie tylko czekoladowych łakoci wywołają uśmiech na twarzy i burczenie w brzuchu ;) , mam nadzieję, że na dnie Waszych serc zostanie dużo więcej. Że zapamiętacie, że prawdziwa miłość jest najlepszym antidotum na truciznę samotności i lęk, choć wcale nie przypomina ociekających lukrem historii z hollywoodzkich filmów. Bo miłość to trwanie, wierność i obecność, nawet w kolejce przyjęć na SOR-ze. Małgorzata Lis serwuje nam prawdziwą czekoladę, a nie wyrób czekolado podobny (y) !

 

Za możliwość objęcia patronatem oraz zrecenzowania książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu eSPe.



środa, 13 października 2021

„Królowa Śniegu nie żyje”, czyli o wyższości zmorologii nad Świętami Bożego Narodzenia ( zwłaszcza w Zmorzynie ;) ) – RECENZJA PREMIEROWA ORAZ PATRONACKA OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI

 


Dzisiaj premiera jednego z moich dwóch październikowych patronatów, a ja przychodzę do Was z recenzją jednego z nich, czyli komedii kryminalnej Iwony Banach „Królowa Śniegu nie żyje”.

 

Przyznam się bez bicia – komedie kryminalne tej Autorki mogłabym jeść łyżkami, bo są zbawienne dla mojej zwichrowanej i zmęczonej psychiki. Zresztą, kto z nas nie ma jej zwichrowanej po trudnych ostatnich dwóch latach? Śmiechu pragnę jak kania dżdżu i, choć zawsze doceniałam autorów piszących z poczuciem humoru, teraz chyba doceniam rozweselające mnie książki podwójnie, a może nawet potrójnie. Jeśli też tak macie to KONIECZNIE musicie przeczytać najnowszą zwariowaną komedię Iwony Banach! Gwarantuję, że poprawi Wam humor i zapewni samoistny masaż mięśni twarzy i przepony ;) .

 

Zaintrygował mnie już sam tytuł, „Królowa Śniegu nie żyje”, bo kocham takie zabawy słowne i gry w skojarzenia. To już nie pierwszy raz gdy ta Autorka bawi inteligentnym  zabawnym tytułem – wystarczy wspomnieć choćby niektóre z jej poprzednich komedii, „Niedaleko pada trup od denata” czy „Stara zbrodnia nie rdzewieje”. Jeśli ich jeszcze nie znacie to podpowiadam, że również warto po nie sięgnąć.

 

Tym razem akcja powieści toczy się w czasie Świąt Bożego Narodzenia, zaś tytułową Królową Śniegu jest Marlena Opierska, dość znana pisarka, która pragnie być jeszcze bardziej, a nawet BARDZO znana. Drogę do sławy ma jej utorować właśnie wydana autobiografia. Zanim jednak zacznie pławić się w blasku fleszy, wpada na iście szatański pomysł zorganizowania swoim pracownikom oraz najbliższym wyjazdu integracyjnego w …przeddzień Wigilii. Powiedzieć, że jej sekretarka, inspiracjonistka oraz reasearcher przyjmują ten pomysł z entuzjazmem to nic nie powiedzieć….

 

Miejsce, które egocentryczna pisarka wybrała na ów wymuszony wyjazd świąteczny to mała wioska, Zmorzyn, która teraz aż skrzy się i mieni od świątecznego blasku i kolorów rodem z najbardziej kiczowatych pocztówek bożonarodzeniowych. W tle grają kolędy oraz biega nieokiełznany renifer, który, gwoli ścisłości, nader często wysuwa się, a raczej wybiega na plan pierwszy, powodując nieprzewidziane kolizje.

 

Tymczasem do wioski zmierzają jeszcze inni nietuzinkowi bohaterowie. Są nimi Zuzanna i Dominik, para przyjaciół w tajnej misji ratowania od zagłady mienia ciotki dziewczyny, Malwiny. Kobiety pięćdziesięcioletniej z wielkim parciem na zamążpójście oraz nieuleczalną wręcz słabością do amerykańskich generałów, afgańskich lekarzy i innych łowców majątków naiwnych kobiet. Tym razem tajemniczy wybranek ciotki jest Polakiem, pochodzącym ze Zmorzyna, i para młodych bohaterów stawia sobie za punkt honoru wytropienie go zanim oczadziała z miłości ciotka sprzeda majątek i zostanie bez grosza. Ich szlachetne pobudki mają i drugie dno – zawsze istnieje ryzyko, że bezdomna ciotka wprowadzi się do rodziny ;) .

 

Jednakże prawdziwą wisienką na torcie ( a nawet trzema soczystymi wisienkami ) jest nieposkromione trio staruszków, czyli Cecylia, Lenka i Lucjan. Dwie panie to babcie młodych bohaterów powieści, zaś Lucjan to absztyfikant jednej z nich. Znudzeni do obrzydzenia życiem w luksusowym ośrodku pogodnej starości, w którym jedyną rozrywkę stanowi podkładanie plastikowych karaluchów do deserów koleżanek, czują zew przygody. Powodowani impulsem, za pretekst wykorzystują chęć pomocy Malwinie, i pełni animuszu ruszają na spotkanie przygody! I biada tym, którzy chcieliby ich powstrzymać, skoro nawet flaki zjedzone u Kaprawego Ziutka nie dały im rady ;) !

 

Wyobrażacie sobie jaki efekt może wywołać zetknięcie się tak różnych osobowości w jednym miejscu?! Szczególnie gdy, niejako na przystawkę, wszyscy dostają porządne, krwiste morderstwo, bo niedoszła doczesna kariera Marleny Opierskiej kończy się tragicznie pod kopytami renifera. Tym razem co prawda plastikowego, i oplecionego świątecznymi światełkami, ale trup jest jak najbardziej prawdziwy. Jeśli teraz ktoś z Was pomyślał, że streściłam pół książki, to bardzo się pomylił ;) . Nie zdradziłam bowiem nawet jednej dziesiątej fabuły. Akcja, jak zawsze w komediach Iwony Banach, pędzi na złamanie karku z rozmachem diabelskiego młyna. Gag goni kolejny gag sprawiając, że czytelnik dostaje czkawki ze śmiechu.

 

Zmorzyn okazuje się być miejscem wyjątkowym i przyciągającym wyjątkowych ludzi. Chociażby samozwańczych zmorologów, czyli specjalistów od zmorzyńskiego Zmora. Tak, bo to nie jest TA Zmora, tylko TEN Zmor! A już nawet w Biblii zostało powiedziane, że „nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam”, a Zmor to, bądź co bądź, gatunek męski, więc też może czuć się samotny. I od tego ma zmorologów, żeby takie rzeczy wiedzieli i umieli im zaradzić;) . Poza tym tylko w Zmorzynie uprawia się takie nowe dyscypliny sportowe jak ciupaging czy mordo kłaking ;) ! W tym ostatnim przoduje lokalna babka z siekierą, ale co ja Wam będę opowiadać – TO TRZEBA PRZECZYTAĆ!

 

Iwona Banach po raz kolejny udowadnia, że jest prawdziwą mistrzynią absurdalnego humoru sytuacyjnego oraz świetną, przenikliwą obserwatorką zjawisk społecznych Brawa za postać Morfeo – o mało nie udławiłam się ze śmiechu! W tej lekkiej, cudownie relaksującej, wywołującej ataki śmiechu komedii kryminalnej, pod płaszczykiem dobrej zabawy, Autorka obnaża pewne mechanizmy psychologiczne i społeczne, zwłaszcza te związane ze wszechobecnymi w naszym życiu wszelkiego rodzaju mediami. Pokazuje nam niektóre zjawiska w krzywym zwierciadle, trochę tak jak ogląda się coś w beczce śmiechu w wesołym miasteczku. Dzięki temu rozbraja niejednokrotnie trudne tematy z obezwładniającej powagi i pozwala je oswoić. Ale po tym uśmianiu się do łez, na dnie serca czytelnikowi zostaje niejedna ważna refleksja. Gorąco zachęcam Was do lektury! „Królowa Śniegu nie żyje” to prawdziwa komediowa petarda!

 

Nawiasem mówiąc, marzy mi się, żeby kiedyś zobaczyć zekranizowaną powieść Iwony Banach. To by była zabawa na miarę moich ukochanych komedii z Louis de Funèsem w roli głównej!

 

Za możliwość objęcia patronatem tej znakomitej komedii dziękuję bardzo Wydawnictwu Dragon.




wtorek, 13 lipca 2021

„Krok do miłości” – czyli slow life po żuławsku – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

 



Sylwia Kubik zawojowała i podbiła serca czytelników przepiękną serią powiślańską, a teraz wraca do nas z pierwszym tomem zupełnie nowego cyklu. „Krok do miłości”, bo to o tej książce mowa, to zaproszenie na piękne, malownicze, ale również pełne tajemnic oraz borykające się z balastem bolesnej przeszłości Żuławy. Nie wiem jak Wy, ale ja przywiązałam się do mieszkańców Brzozówki, czyli bohaterów poprzedniej serii. Dlatego po nową książkę sięgnęłam z radością, ale i ze szczyptą lęku. Zastanawiałam się czy polubię nowych bohaterów równie mocno i czy żuławskie klimaty urzekną mnie podobnie jak te powiślańskie.

 

Głównymi bohaterami „Kroku do miłości” jest dwójka młodych ludzi, Ewa i Kamil. Choć ich losy toczą się oddzielnie, w pewnym momencie bieg wydarzeń ( i wola Autorki ;) ) splotą je ze sobą. Zanim to jednak nastąpi, czytelnik może dobrze poznać każde z nich. Ewa to dziewczyna wrażliwa, dobra, szczera, ale i życiowo naiwna. Wychowana w domu naznaczonym rodzinną tajemnicą, pozbawiona w najważniejszych latach życia mądrej opieki i wsparcia matki, jest idealną kandydatką do wpakowania się w toksyczny, zły związek. Nie bez znaczenia jest również brak miłości, czułości oraz akceptacji ze strony ojca. Taka dziewczyna jest niejako genetycznie skażona, predestynowana do związania się z kimś nieodpowiednim. Dla Ewy tym męskim fatum okazuje się Michał. Bohater, którego znienawidziłam od pierwszych zdań i który wzbudził we mnie najniższe instynkty, z chęcią połamania mu wszystkich kończyn oraz zrobienia operacji wycięcia wyrostka bez znieczulenia włącznie. Sylwia Kubik przedstawia w swojej książce bardzo prawdziwy i bolesny portret toksycznego związku, który zakochana kobieta usiłuje za wszelką cenę idealizować wybielając swojego partnera w każdych okolicznościach. Szkopuł w tym, że nawet ślepa miłość to nie wybielacz i podłości i pospolitego, wstrętnego zła nie wyczyści. Ewa w bardzo dramatycznych okolicznościach przejrzy na oczy. I podejmie wtedy decyzje, przez które trafi na Żuławy.

 

Gdy pierwsza bohaterka cierpi z powodu braku miłości i zainteresowania rodzicielskiego, drugi główny bohater, Kamil, cierpi z powodu nadmiaru tychże. Tłamszony przez całe życie przez apodyktyczną matkę, niemalże siłą wprasowany w wyobrażenia swoich rodziców na temat tego, co powinien robić i jak powinna wyglądać jego kariera, przez długi czas głównie spełnia pokładane w nim oczekiwania. Aż pewnego dnia trafia go strzała Amora i ugadza tak skutecznie, że zły czar pryska i dotąd bezwolny i posłuszny dla świętego spokoju syn budzi w sobie lwa ;) . A żeby było śmieszniej i ciekawiej, Kamil zakochuje się w …pewnym domu. Oraz w Żuławach, bo to tam trafia go nagły piorun. Odkrywa swoje miejsce na ziemi, odkrywa zupełnie nową pasję, różną od bezpiecznej posady informatyka w firmie ojca. Stawia na szali swoje dotychczasowe życie, ryzykuje wszystkie oszczędności i postanawia założyć własną restaurację. Taką, w której będzie się propagować dania regionalne, prostotę i składniki najwyższej jakości. Nieocenionym wsparciem dla Kamila okazuje się jego babcia Matylda. Babcia, która też ma swoją tajemnicę związaną z Żuławami, ale daje się przekonać wnukowi do odwiedzin i dłuższego pobytu.

 

To w tej otulonej mgłami, pełnej melancholijnych wierzb i starych duchów krainie skrzyżują się ścieżki dwójki bohaterów. Ale wierzcie mi, ten wątek nie ma nic wspólnego z banalnymi, oklepanymi wątkami z romansów. To raczej pełna prawdy opowieść o szukaniu własnej drogi i własnego miejsca na ziemi. Zresztą, Sylwia Kubik znowu tworzy galerię wspaniałych, budzących żywe emocje postaci. Wśród moich ulubionych są babcia Matylda, pan Bronek czy Antek. Nie tracę nadziei, że w kolejnych częściach serii żuławskiej znajdzie się miejsce i na bardziej szczegółowe opowiedzenie ich historii.

 

Ci z Was, którzy znają poprzednie książki Sylwii Kubik wiedzą już w czym tkwi ich siła i skąd fenomen ich popularności. W pierwszym tomie nowej serii Autorka z wyczuciem i znawstwem miesza te same składniki. Jest zatem ciekawa historia, są budzący sympatię bohaterowie. Jest niezwykłe miejsce, pełne piękna i tajemnic. Ba, tym razem mamy nawet do kompletu pewien nawiedzony dom i związaną z nim dramatyczną historię! Ale najmocniejszą stroną powieści Sylwii Kubik pozostaje przesycenie ich życiową prawdą.

 

Tak sobie pomyślałam jakim zderzeniem jest przesłanie płynące z książek Sylwii Kubik z zafałszowanym podrasowanym dziesiątkami filtrów, okraszonym setkami górnolotnych mądrości światem pseudocelebrytek z mediów społecznościowych. Zwłaszcza teraz, gdy w dobie pandemii, lęku o przyszłość, o utratę pracy, który towarzyszył niejednemu z nas, grono pustogłowych gwiazdeczek wyginało śmiało ciała na Zanzibarze czy w innej części świata niedostępnej dla przeciętnego Kowalskiego z nader skromną średnią krajową i bełkotało o poszukiwaniu siebie i odrywaniu własnego wnętrza. Które to da się odkryć wyłącznie na Zanzibarze. Jakim zderzeniem z taką fałszywą jak tombak rzeczywistością jest książka Sylwii, w której bohaterka delektuje się smakiem chleba z pasztetem i ogórkiem czy naparu z mięty. Sylwia Kubik nienachalnie, z wyczuciem, ale wyraźnie pokazuje czytelnikowi swoich książek: Masz wszystko, czego chcesz, tutaj gdzie żyjesz, bez względu na to w jak skromnych warunkach przebywasz. Może Twój pałac to skromna chatka z zapadającym się dachem, ale świeży chleb nigdzie nie smakuje lepiej, ptaki nigdzie tak pięknie nie śpiewają, a rosnące w kącie ogrodu zioła i kwiaty tak nie pachną. Bo to my sami jesteśmy projektantami własnego szczęścia, a przepisu na nie nie trzeba szukać w restauracji z pięcioma gwiazdkami Michelin, ale w starym pożółkłym zeszycie babci. Zresztą, świetnie to rozumie Kamil:

 

Żuławy go zmieniły. Zmobilizowały go do jakiegoś działania. Już nie myślał tylko o sobie i swojej wygodzie. Chciał robić coś, co daje radość nie tylko jemu samemu, lecz także innym ludziom. Miał wiele planów. Chciał pokazać światu to, co sam dostrzegł – piękno zwykłego, prostego życia. Ludzie tak bardzo się ograniczają w pojmowaniu szczęścia i gonią wciąż za ułudą. Zrozumiał to dopiero na Żuławach. Tam docenił prostotę. Łapał się na tym, że teraz zupełnie inaczej postrzega rzeczywistość. Zwracał uwagę na to, co autentyczne i szczere.

 

I dlatego gorąco Was zachęcam – sięgnijcie po nową powieść Sylwii Kubik i dajcie się uwieść jej wizji świata. Warto, bo nie ma w niej ani krztyny współczesnej szarlatanerii, ani odrobiny brokatu i sztucznego blasku. Jest za to szum żuławskich wierzb, jest czar zmiennych, raz jak z baśni, raz jak z horroru mgieł. Jest smak jabłkowego masła i sera Werderkase, pieczonej kaczki z fuśką i surówką z czerwonej kapusty z jabłkiem. Są rodzinne tajemnice, przyjaźnie, jest wielka miłość, która kładzie się cieniem na pewnym domu… Gorąco polecam! A ja czekam niecierpliwie na część drugą!

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Otwarte.




poniedziałek, 5 lipca 2021

„Za ścianą ciszy” – czyli literackie pianissimo z mocnym akordem w finale – RECENZJA PATRONACKA!

 



Ta recenzja miała się ukazać przedpremierowo, albo najpóźniej w dniu premiery. Niestety, życie pokrzyżowało mi blogowe plany. Myślę jednak, że może, paradoksalnie, dobrze się stało. Nie wiem jak Wy się na to zapatrujecie, ale mnie coraz bardziej frustruje krótkie medialne życie książek. Taki przysłowiowy żywot motyla. A przecież to, że nie zdążymy jakiejś powieści przeczytać w okolicach premiery nijak się ma do jej wartości! Dobra, warta uwagi książka, pozostanie taka również rok czy dziesięć lat po tej dacie. Dobra literatura to nie jogurt, nie ma daty przydatności do spożycia.

 

I dlatego cieszę się, że mogę Wam wreszcie opowiedzieć o moim ostatnim blogowym patronacie czyli „Za ścianą ciszy” Anny Ziobro. Byłoby przykro, gdyby ten tytuł zaginął w mnogości letnich premier, bo porusza bardzo istotne tematy i sięga w głąb, nie poprzestaje na prześlizgnięciu się zwinnie po wierzchu. Takiej literatury nam trzeba, bo otwiera oczy na sprawy ważne i wyrywa czytelnika z samozadowolenia oraz ze strefy komfortu.

 

Bohaterką powieści jest Ida, utalentowana graficzka komputerowa, piękna i wrażliwa kobieta. Mądra i krucha jednocześnie, z powodu swojej choroby. Ida ma bardzo poważne problemy ze słuchem. Na jedno ucho nie słyszy w ogóle. W drugim ma znaczny ubytek słuchu, ale dzięki aparatowi daje radę jakoś funkcjonować. I nie wyklnijcie mnie za owo „jakoś”, bo właśnie to określenie idealnie oddaje sposób funkcjonowania Idy. Czyli względnie dobrze, pozornie szczęśliwie, ale…

 

Ida wplątała się w bardzo toksyczną relację z Maciejem, typowym karierowiczem i zdobywcą, który życie traktuje zadaniowo. Tak też traktuje swój związek, przez co od pierwszych chwil wzbudza niekłamaną niechęć u czytelnika. Przynajmniej u mnie taką wzbudził. Jedyne prawdziwe wsparcie gwarantuje kobiecie jej młodsza siostra, Agata. Anna Ziobro pozwala czytelnikowi poznać Idę i stopniowo, małymi kroczkami wejść w jej świat.

 

Ta opowieść bardzo łatwo mogłaby skupić się na toksycznej relacji miłosnej i przemienić w łzawy melodramat. Ale, tak jak wspomniałam wcześniej, Autorka sięga głęboko. „Za ścianą ciszy” to opowieść o pokonywaniu kolejnych schodów i barier przez osobę, dla której wiele czynności niedostrzegalnych, instynktownych dla innych, jest codziennym przekraczaniem własnych możliwości. Tutaj pozwolę sobie na pewną prywatną dygresję – zrozumienie problemów Idy przyszło mi tym łatwiej, że miałam do czynienia z osobami źle słyszącymi, a poza tym dane mi było po ciężkiej kontuzji doświadczyć barier architektonicznych. I choć akurat moje osobiste doświadczenie nie miało nic wspólnego z problemami ze słuchem, bardzo boleśnie uświadomiło mi ilu barier doświadcza na co dzień człowiek ograniczony z powodu niedomagania jakiegokolwiek zmysłu.

 

„Za ścianą ciszy” porusza bardzo wiele ważnych tematów. Jak być rodzicem dla dziecka niepełnosprawnego? Jak odnaleźć się wobec niepełnosprawności bliskiej osoby w różnych życiowych sytuacjach? Jakie są granice odpowiedzialności pełnosprawnego członka rodziny za tego mniej sprawnego? Wyjątkowo pięknymi postaciami są rodzice Idy i Agaty oraz sama Agata. Kochający i czuli, ale jednocześnie mądrze wymagający. Stojący murem za Idą, ale też popychający ją konsekwentnie do przodu, dopingujący do skoku na głęboką wodę.

 

Niebagatelne znaczenie ma również dla tej opowieści brak tolerancji rówieśników dla niepełnosprawności Idy. Anna Ziobro odmalowuje z wielką empatią to swoiste zderzenie poczucia bezpieczeństwa wyniesionego przez Idę z rodzinnego domu z okrucieństwem i bezmyślnością grupy rówieśniczej. To doświadczenia ze szkoły naznaczają Idę i czynią ją podatną, już w życiu dorosłym, na manipulacje kogoś tak wyzutego z empatii jak Maciej. Autorka stawia między wierszami pytania o rolę szkoły, wychowawców, o uwrażliwienie młodych ludzi na niepełnosprawność.

 

Nie myślcie jednak, że ze względu na poważną tematykę książkę czyta się źle czy ciężko. Nic podobnego! Ta opowieść jest napisana pięknie, dojrzale, z lekkością, która sprawia, że nawet nie wiemy kiedy zanurzamy się w historię Idy i jej bliskich. Przechodzimy jej drogę, poznajemy upadki i wzloty, upokorzenia i małe zwycięstwa. Poznajemy od środka świat ciszy, który jest światem Idy. Czy kiedykolwiek musieliście się bać, że wpadniecie pod samochód, bo nie usłyszycie, że nadjeżdża? Czy wyobrażacie sobie, że nie możecie w samochodzie, nawet jadąc polną drogą na piknik, włączyć radia czy płyty, bo nie bylibyście w stanie skupić się na prowadzeniu i usłyszeć tego, co się dzieje na drodze? A w sytuacjach towarzyskich – wyobrażacie sobie wykluczenie osoby, która nie ma pojęcia, z czego śmieją się inni? Która traci główny wątek konwersacji i nie słyszy zadanego jej pytania? To w takiej, pełnej konsternacji ciszy, rodziły się demony Idy. To my sami, ludzie w pełni zdrowi i sprawni, często nieświadomie przywołujemy demony u tych mniej sprawnych. Z braku empatii, z pośpiechu, z braku chwili na refleksję. Tymczasem Anna Ziobro pokazuje czytelnikowi dziesiątki takich epizodów i sprawia, że zaczyna go uwierać niewygodne pytanie czy aby nigdy nie zachował się wobec kogoś równie nietaktownie jak bohaterowie książki. Zaczyna sobie wyobrażać świat ciszy, jakże inny od naszej pełnej hałasu i chaosu codzienności.

 

A do tego wszystkiego Autorka wplata jeszcze wątek miłości „mężczyzny po przejściach, kobiety z przeszłością”. Dwojga nieufnych, pokiereszowanych przez los i bliźnich ludzi. Bo choć „człowiek człowiekowi bliźnim, z bliźnim się można zabliźnić”, jak mówi Stachura, to jaki jest blizn, które tworzą twardy pancerz nieufności, nie do przeskoczenia?

 

Polecam Wam bardzo gorąco „Za ścianą ciszy”. Jestem dumna z tego, że logo Ogrodu Kwitnących Myśli znajdziecie na tej książce. Książce, która jest niczym utwór grany pianissimo, subtelnie i z wirtuozerią, po to, żeby w finale uderzyć mocnym akordem ważnych, trudnych pytań i pozostawić czytelnika zachwyconego i wstrząśniętego jednocześnie. To jest książka, którą nauczyciele powinni omawiać na lekcjach wychowawczych na temat wrażliwości wobec osób z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Naprawdę mocna i dobra rzecz :) ! I do tego jak się czyta!

 

Za zaufanie oraz możliwość objęcia tej książki patronatem bardzo dziękuję Wydawnictwu Dragon.




wtorek, 1 czerwca 2021

„Wybrać miłość” czyli o komponowanej przez Boga symfonii oraz rozpoznawaniu właściwych dźwięków ;) – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!

 

Wszystkim nam brakuje szczęścia
Masz to, na co godzisz się
Każda droga jest łatwiejsza
Gdy widzisz to, co dobre jest

 

( Kasia Kowalska, „To, co dobre” )

 

Znacie pewnie przebój Kasi Kowalskiej sprzed kilkunastu lat. Przyznaję, aż sama sprawdziłam, to był dokładnie 2004 rok. Czemu zaczynam recenzję od takiego muzycznego wspomnienia? Nie bez przyczyny. Najnowsza książka Małgorzaty Lis, którą Ogród Kwitnących Myśli objął patronatem, nosi tytuł „Wybrać miłość. Powieść o poszukiwaniu prawdziwego szczęścia”. I od razu uprzejmie donoszę, że Autorka po raz kolejny jest odpowiedzialna za zarwaną przeze mnie noc i niewyspanie ;) . Nie mogłam się za nic oderwać od historii Kuby i musiałam poznać zakończenie mimo późnej pory i perspektywy wczesnej pobudki. Niechaj to wyznanie posłuży Wam za wstępną rekomendację ;) !

 

Dwie poprzednie książki Małgorzaty Lis, które recenzowałam na blogu, czyli debiutancka „Kocham Cię mimo wszystko” oraz „Przebaczam Ci”, opowiadały historię Ani i Marcina. Tych z Was, którzy jeszcze ich nie czytali, odsyłam do recenzji. „Wybrać miłość” to całkowicie nowa historia. Bohaterem jest wchodzący dopiero w dorosłość Kuba Krawczyk, wesoły, przystojny, powszechnie lubiany przez koleżanki i kolegów maturzysta. Jak mówi znane powiedzenie, chłopak do tańca i do różańca, i to dosłownie, bo Kuba jest beniaminkiem w bardzo wierzącej, konserwatywnej rodzinie. I choć czasy nie są sprzyjające dla tych, którzy wyznają niepopularne wartości, Kuba cieszy się ogólną sympatią. Niejedna koleżanka wzdycha do tego przystojnego i serdecznego chłopaka. A on żyje planami na przyszłość, marzy o studiowaniu architektury. Świat wabi go obietnicami dobrego życia.

 

Dochodzi jednak do spotkania, które będzie jak mały, niepozorny kamyk wywołujący śmiertelnie niebezpieczną lawinę nieprzewidzianych wydarzeń i zbiegów okoliczności. Na zajęciach z rysunku, na które główny bohater chodzi bardziej z sympatii do prowadzącej je nauczycielki niż z wiary w to, że czegoś się na nich nauczy, spotyka Olgę. Dziewczynę z innego świata. Ten jego jest poukładany, malowany jasnymi pastelami. Pachnący domowym ciastem kochającej mamy, miękki od czułości rodziców i rodzeństwa. Ten jej jest szkicowany ostrą ciemną kreską. Przepełniony mrokiem, lękiem, o smaku rozczarowania. Rodzina Olgi w niczym nie przypomina bezpiecznej przystani. Co dwójka młodych ludzi zrobi z gwałtownie budzącymi się w nich uczuciami? Co zrobi Kuba, który jest tuż przed startem w dorosłość? Tym bardziej, że jednocześnie pozna pewną tajemnicę i ta go przytłoczy…

 

W przypadku tej książki nie mogę zdradzić prawie niczego z fabuły, bo każde kolejne wydarzenie, każdy zwrot akcji, są jak kawałki puzzli, z których czytelnik pieczołowicie układa obraz. Małgorzata Lis w „Wybrać miłość” porusza wiele ważkich tematów. Tym bardziej warto samemu odkryć każdy kolejny wątek. Podtytuł powieści to „Powieść o poszukiwaniu prawdziwego szczęścia”. Któż z nas go nie szuka, prawda? Szuka go Kuba, szuka poraniona Olga. Szukają go i pragną, zwłaszcza dla swoich dzieci, rodzice Kuby. Pragnie go Karolina, podkochująca się w Kubie koleżanka, pragnie go Kamil, jego najbliższy przyjaciel. Marta, zamężna siostra Kuby. Julka, która w życiu chłopaka pojawi się tylko epizodycznie, a przecież odegra w nim ogromną rolę. Każdy z nich pragnie szczęścia i każdy ma swoją własną definicję. Co jednak się zdarzy, gdy ta osobista definicja stanie w sprzeczności z dotąd wyznawanym systemem wartości? Czy jest szczęście dla człowieka wierzącego? Czy błogosławieństwo Boga należy interpretować jako niekończące się pasmo sukcesów w życiu osobistym i zawodowym? A co z cierpieniem? Jak je pogodzić z wyobrażeniem kochającego Boga?

 

Małgorzata Lis porusza w swojej najnowszej książce bardzo dużo ważnych tematów. Jak wychować dziecko na dobrego człowieka? Już samo to jest niczym Himalaje rodzicielstwa. A jak jeszcze wychować młodego człowieka na dobrego katolika? To już nawet nie Himalaje, w dzisiejszych czasach należy to rozważać raczej w kategorii lotu na Marsa. Jakie są granice rodzicielskiej odpowiedzialności? Czy w miłości jest miejsce na trzeźwiącą krytykę? A może to nie o krytykę chodzi, a o prawdę? Ale jak trudną prawdę przekazać nie zapominając o miłosierdziu?

 

W którym miejscu wyobrażenia rodziców o życiu swojego dziecka przekraczają cienką, czerwoną linię i stają się programowaniem go na swój obraz i podobieństwo? Ile rodzic ma prawo zrobić dla ratowania swojego dziecka? Czy uszanowanie wolnej woli oznacza milczenie nawet wtedy, gdy bliska osoba rzuca się w przepaść? Na czym polega prawdziwa przyjaźń? A cierpienie, jak się z nim obchodzić, co zrobić, gdy wydaje się niezawinione?

 

Ta książka zmusi do myślenia zarówno rówieśników głównych bohaterów jak i tych, którzy są raczej z pokolenia ich rodziców czy dziadków. Gdzie kończy się moralna odpowiedzialność za dorosłe dziecko? A może wcale się nie kończy? A co z wpływem rówieśników na system wartości młodego człowieka? Czy wiara jest dana na zawsze, pewna jak z góry opłacone na czterdzieści lat miejsce parkingowe? Jaki wpływ ma na nas środowisko, w jakim się obracamy?

 

Jednak to, co w tej opowieści jest najpiękniejsze, to pokazanie przez Autorkę prawdy, że Bóg jest w stanie skomponować prawdziwą symfonię nawet na najbardziej krzywej czy porozrywanej pięciolinii naszego życia. Tylko nam często brak dość wyczulonego ucha i dlatego fragmenty, w których widać Jego największą wirtuozerię często bierzemy za fałszywe tony. Dopiero czas i częste wsłuchiwanie się w ową symfonię wydarzeń, jej kontemplowanie, uczą rozpoznawać poszczególne dźwięki i odnajdywać w nich mistrzowską harmonię. I zachłysnąć się niespodziewanie jej wysublimowanym pięknem.

 

Sięgnijcie koniecznie po „Wybrać miłość”. Podsuńcie ją swoim dzieciom, wnukom, chrześniakom. To mądra, świetnie napisana historia. Głęboka, poruszająca bardzo ważne tematy, ale napisana bardzo lekkim piórem, przez co czyta się ją niczym najbardziej ekscytującą powieść przygodową. Szczerze polecam!

 

A Autorce oraz Wydawnictwu eSPe dziękuję za zaufanie i możliwość patronowania tej mądrej powieści.



„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...