czwartek, 6 sierpnia 2020

"Zaczekaj na mnie", czyli powieść - ciastko z niespodzianką ;) !


Monika Michalik debiutowała w ubiegłym roku doskonale przyjętą przez czytelników powieścią „Bądź moim marzeniem”, o której pisałam na moim blogu tutaj: https://ogrodkwitnacychmysli.blogspot.com/2019/06/badz-moim-marzeniem-piesn-pochwalna-dla.html Ci z Was, którzy czytali książkę lub moją recenzję wiedzą już doskonale, że debiutancka książka Moniki przypominała ciastko z niespodzianką ;) . Pod budzącą czysto wakacyjne skojarzenia okładką kryły się treści o dużym ciężarze gatunkowym, które niejednego mogły mocno zaskoczyć. Moim zdaniem było to jednak zaskoczenie z gatunku bardzo pozytywnych, bo lubię, gdy książki obyczajowe nie są tylko pewnego rodzaju kalką sprawdzonych schematów, ale zakłócają strefę komfortu czytelnika i zmuszają go, żeby ją opuścił. Nie będę ukrywać, apetyt rośnie w miarę jedzenia, byłam więc bardzo ciekawa czym zaskoczy mnie Monika Michalik w swojej drugiej powieści, „Zaczekaj na mnie”, która swoją premierę miała miesiąc temu.

 

I znowu mamy budzącą bardzo jednoznaczne, romantyczno – wakacyjne skojarzenia okładkę, na której wyeksponowana została twarz pięknej kobiety przytulonej do męskiej piersi. Nie zapominajcie jednak, że ta Autorka jest specjalistką od produkcji ciastek z niespodzianką ;) ! Czy zatem i tym razem zaskoczy nas wykreowana przez nią historia? Początek wydaje się lekki i sugeruje przewidywalną fabułę. Oto do pustego poza sezonem pensjonatu „Bryza”, w którym pracuje Amelia, główna bohaterka książki, przyjeżdża znany pisarz, Aleksander Domański. Mężczyzna podwójnie atrakcyjny, nie tylko fizycznie, ale i ze względu na swój zawód, tak podziwiany i pożądany przez kobiety. Wiadomo, że jak pisarz, to i romantyk, co to będzie kobiecie fundował kolacje przy świecach oraz będzie jej deklamował wiersze przy blasku księżyca. Domański, świadomy tego uwielbienia, roztacza wokół siebie aurę zdobywcy niewieścich serc, co niekoniecznie pozytywnie wpływa na Amelię. A jednak od ich pierwszego spotkania w pensjonacie między obojgiem zaczyna coś iskrzyć. Jej imponuje pisarz z wielkiego miasta. Jemu podoba się śliczna, zadziorna dziewczyna. Wszystko wskazuje na klasyczny, wakacyjny romans w pięknych, nadmorskich plenerach. Ale to nie z Moniką Michalik takie numery;) ! Ledwo bowiem zaczynamy się wygodnie rozsiadać w tej historii, jak w kinie, przekonani, że przed nami co prawda schematyczna, ale sprawdzona i w sumie miła sercu fabuła, pojawia się trzeci bohater i przestaje być tak sielankowo. A ten trzeci to tak naprawdę ten pierwszy. Pierwszy w życiu Amelii, Grzegorz, jej mąż, nałogowy alkoholik. Mężczyzna, który stopniowo jej życie zamienia w piekło, ale ona, pomna złożonej małżeńskiej przysięgi, uważa, że powinna ratować swój związek i swojego męża za wszelką cenę. I nagle całą miłą przewidywalność opowiadanej historii zastępuje emocjonalna huśtawka.

 

Monika Michalik po raz kolejny pod płaszczykiem miłej, wakacyjnej historii przemyca ważkie tematy. W debiutanckiej książce był to temat ciężkiej choroby. W „Zaczekaj na mnie” to temat alkoholizmu oraz współuzależnienia małżonka / partnera osoby chorej. Amelia jest współuzależniona, ale nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, pomimo nieocenionego wręcz wsparcia, jakiego przez cały czas udziela jej Kaśka, jej przyjaciółka. Autorka pokazuje kolejne etapy współuzależnienia, które w pewnym momencie mogą doprowadzić do tragedii. Dla podkreślenia wagi gatunkowej tematu do opowieści zostaje wprowadzona jeszcze jedna bohaterka z trudną, traumatyczną przeszłością, Marta, właścicielka pensjonatu i szefowa Amelii. Jej losy to ilustracja tego, do czego może doprowadzić nieprzepracowana trauma oraz jakim uwolnieniem i oczyszczeniem może się zakończyć stawienie jej czoła. Ale proszę, nie przerażajcie się i nie myślcie, że książka Moniki Michalik ze względu na poruszony temat jest ciężka w odbiorze i niełatwo się czyta! Wręcz przeciwnie – lekkie pióro Autorki i jej staranna polszczyzna sprawiają, że powieść pochłania się jakby to był faktycznie lekki, przyjemny, wakacyjny romans. Wszystko, co trudne w tej opowieści równoważą skrzące ciepłem i humorem dialogi, urzekające opisy przyrody i te wszystkie wątki, które niosą Amelii nadzieję na zbudowanie lepszej przyszłości. Monika Michalik pokazuje w swojej książce decydującą rolę miłości i prawdziwej, wiernej przyjaźni, które człowiekowi z życiem w ruinie mogą dać siły do budowania od nowa. Amelia jest współuzależnioną żoną alkoholika, ale jest również kobietą pożądaną i kochaną przez innego mężczyznę, a nade wszystko jest ukochaną przyjaciółką dla Kaśki. Kaśka i jej, mąż, Damian to niezwykle pozytywni bohaterowie tej opowieści, a ich związek jest przeciwieństwem dla chorego związku Amelii i Grzegorza. Autorka wprowadza też bardzo udanie wątek pewnego odkrycia z przeszłości i poszukiwania …skarbu ;) , czym po raz kolejny nadaje lekkości snutej opowieści pomimo ciężaru gatunkowego głównego wątku. I, oczywiście, nie zabraknie też lirycznie i wzruszająco pokazanego wątku miłości Aleksandra i Amelii, co z pewnością będzie zachętą dla tych czytelników, którzy szukają wątków romantycznych. Nie jest to jednak odpustowy romantyzm, ale piękna, choć od początku trudna i wystawiona na wielkie próby miłość dwojga dojrzałych ludzi. Dojrzałych ze względu na bagaż przeżytych doświadczeń. Czy miłość Aleksandra i Amelii ma szanse na happy end? Czy współuzależnienie dziewczyny nie stanie się przysłowiową kulą u nogi nie pozwalającą jej rozwinąć skrzydeł i polecieć? Czy trwała, wierna przyjaźń może stać się antidotum na wieloletnią agresję i wpajanie poczucia, że jest się nic nie wartym?

 

Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, sięgnijcie koniecznie po „Zaczekaj na mnie” Moniki Michalik! Gwarantuję, że znajdziecie w tej powieści wszystko, co lubicie: i wartko snutą opowieść, i romantyzm, i ważne tematy, i ciepło, i humor, i szczyptę tajemnicy! A dla mnie od tej pory Monika Michalik pretenduje do miana autorki powieści – ciastek z niespodzianką ;) . I z radością czekam na kolejne, bo bardzo lubię niespodzianki!

 

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Autorce i Wydawnictwu Znak.


sobota, 1 sierpnia 2020

„Tyle nowych dróg” – czyli o zawartości życia w życiu ;) !



 

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce wydanej przez Wydawnictwo, które powstało zupełnie niedawno, ale któremu od pierwszych chwil szczerze i z całego serca kibicuję i trzymam kciuki, żeby odniosło prawdziwy sukces na rynku wydawniczym. Mowa o Oficynie Wydawniczej Silver, która powstała z myślą o wydawaniu książek „o zwykłym życiu, w których każde pokolenie odnajdzie dla siebie inspirację”. Jednocześnie Silver zadbało o dojrzałych czytelników mających nierzadko problemy ze wzrokiem i swoje książki drukuje wykorzystując duży, przyjazny dla oka czytających druk. To godna najwyższej pochwały inicjatywa – sama niejednokrotnie wysłuchiwałam skarg mojej Mamy czy Babci, które z trudem czytały powieści ulubionych autorek wydrukowane maleńkimi, niemal nieczytelnymi literkami. Zresztą, ja sama, krótkowidz od niepamiętnych czasów, też nie pogardzę dużym drukiem ;) !  A jakby mało było tego wszystkiego, powieści Oficyny Wydawniczej Silver są wyjątkowo starannie i pięknie wydane, o czym przekonałam się osobiście zamawiając je dla mojej Mamy na Dzień Matki. Możecie mi uwierzyć – to czysta przyjemność wziąć do ręki takie książki!

 

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić wrażeniami z lektury powieści Agnieszki Olejnik „Tyle nowych dróg”. Głównymi bohaterkami są pięćdziesięciopięcioletnia Maria, wypalona zawodowo nauczycielka, żona skąpca i tyrana, który manipuluje nią od lat, jej dziesięć lat starsza siostra Anna oraz o pokolenie młodsza od Marii Laura, graficzka komputerowa, rozwódka, która żyje w stanie wewnętrznego zamrożenia ale nie dostrzega żadnego problemu dopóki nie potrząśnie nią przyjaciółka i nie wyśle jej na pewną specjalną terapię. W pewnym momencie drogi wszystkich tych kobiet się skrzyżują, nie zdradzę jednak jak i gdzie – to sobie przeczytacie sami. Mogę jedynie zdradzić, że małym kamyczkiem, który wywoła najprawdziwszą lawinę w życiu Marii stanie się powrót jej siostry, Anki, z Kanady, gdzie wyemigrowała jeszcze przed stanem wojennym i mieszkała aż do teraz. I nagle, bez uprzedzenia, Anna wraca do Polski, porzucając całe dotychczasowe życie i stając się inspiracją dla młodszej siostry. Zanim to jednak nastąpi, musi dojść do wielu konfrontacji, wiszące w powietrzu emocje muszą zostać wypowiedziane, a czasem nawet wykrzyczane, a naga prawda o każdej z bohaterek musi się im objawić bez miłosiernego retuszu. Nie będzie to dla nikogo łatwe, lekkie ani przyjemne, ale w ostatecznym rozrachunku okaże się zbawienne.

 

„Marysia nigdy wcześniej nie myślała o tym, co się z nią stało – z nią i z jej małżeństwem. Przyjazd Anki początkowo był powodem do radości, bo wybił młodszą z sióstr z monotonii i rutyny. Z czasem jednak coś zaczęło ją uwierać, coś przeszkadzało niczym odcisk albo kamyk w bucie. Stopniowo zaczęła sobie zdawać sprawę, co to takiego: pytania Anny sprawiały, że musiała formułować odpowiedzi – a te nie były komfortowe”. ( str. 36 ) Nie myślcie, proszę że „Tyle nowych dróg” to kolejna pogodna opowiastka ku pokrzepieniu serc. Oczywiście, Autorka ma lekkie pióro i posługuje się piękną polszczyzną, co sprawia, że książkę czyta się z wielką przyjemnością. Ale pod tym lekkim piórem i starannym językiem kryją się ważkie tematy przedstawione bez cukierkowych pocieszeń. Ta opowieść jest o tym, że bez względu na okoliczności zewnętrzne oraz traumy, jakich doświadczyliśmy oraz bez względu na cyferki w naszej metryce w każdym momencie naszego życia sami jesteśmy kowalem własnego losu i tylko od nas zależy to, jaki kształt on przybierze. Od odpowiedzialności za własne decyzje nie zwalniają nas ani przeżyte trudne doświadczenia, ani wiek, ani niesprzyjające okoliczności. Pięknym mottem książki jest zdanie, które Anna pisze do Marii: „Bo wiesz, nie chodzi o to, ile będzie lat w tym życiu, tylko raczej – ile będzie życia w tych latach”. ( str. 166 ) Nawiązując do słynnej polskiej komedii, liczy się ile jest procent życia w życiu! Przekonają się o tym bohaterowie powieści, ale w jaki sposób, tego Wam nie zdradzę, bo nie chcę Wam odebrać przyjemności z lektury :) .

 

Dodam jeszcze tylko, że w książce nie brakuje wielu rozczulających, lubianych przez czytelników wątków, pojawia się i pewien zaskakujący kot Ryszard Ty Draniu ;) , i niezwykle klimatyczna kawiarenka Cuda Wianki, i pewien Dyskusyjny Klub Książki, którego spotkania przebiegają niekoniecznie zgodnie ze sprawdzonymi schematami. Pomimo ważkiej tematyki, przyjemnie jest zanurzyć się w klimacie tej powieści. Dlatego serdecznie Was do tego zachęcam, a Oficynie Wydawniczej Silver z serca kibicuję!


niedziela, 26 lipca 2020

"Uśpione pragnienia", czyli o tym, do czego może doprowadzić wybuch wulkanu...


Wczoraj rano skończyłam czytać najnowszą powieść Agaty Kołakowskiej, "Uśpione pragnienia", i czuję się po tej lekturze przeorana emocjonalnie. Znakomita powieść z drugim dnem, bo tutaj nie liczy się tylko sama fabuła, ale również prawdy o ludzkiej kondycji, które Autorka przemyca między wierszami. Od kilku lat czekam na każdą nową powieść Agaty Kołakowskiej jak na wydarzenie, bo to jedna z tych pisarek, które nie boją się eksperymentować, poszukiwać, zbaczać z utartych ścieżek, nawet jeśli zapewniłyby im one grono wiernych czytelników. Za każdym razem dostajemy coś nowego, a to flirt międzygatunkowy, a to nawiązania, które trzeba sprytnie wyłuskać z treści, a to zabawę gatunkiem.

Tym razem Autorka proponuje nam przyjrzeć się temu, do czego mogą nas doprowadzić głęboko skrywane, uśpione pragnienia, gdy nagły splot okoliczności sprawi, że wypłyną na wierzch niczym lawa z budzącego się wulkanu. Zaczyna swoją opowieść od mocnego uderzenia – dwie kobiety, mocno skonfliktowane, w jednym samochodzie, nocą, zimą, na śliskiej drodze, ulegają wypadkowi po zderzeniu z jeleniem, który nagle wybiegł wprost przed samochód. Rozdziały podzielone są na „teraz” i „wtedy”. „Teraz” to dwie bohaterki uwięzione w strzaskanym samochodzie na praktycznie bezludnej drodze. „Wtedy” to opowieść o tym, jak doszło do ich spotkania i jak rozwijała się ich znajomość. Magda i Bianka poznały się dzięki audycji radiowej, w której ta pierwsza była współprowadzącą, a druga zaproszonym gościem. Od pierwszych chwil poczuły niezrozumiałą wzajemną fascynację, której źródła szybko zaczęły upatrywać w fakcie, że są astralnymi bliźniaczkami. Urodziły się w tym samym roku, tego samego dnia i o tej samej godzinie. Poza tym jednak ich sytuacja zawodowa i osobista jest diametralnie różna: Magda to szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci, Franka i Zosi, udzielająca lekcji z angielskiego i dorabiająca sobie w radiu. Bianka to znana reportażystka, bezdzietna, żyjąca w szczęśliwym wolnym związku z Tomkiem.

Wydawać by się mogło, że taka konstrukcja posłuży do opowieści o pokrewieństwie dusz i przyjaźni, ale takie szablony to nie u Agaty Kołakowskiej. Autorka z niezwykłą wirtuozerią pokazuje jak spotkanie dwóch bohaterek prowadzi je do konfrontacji z własnymi pragnieniami. To, co początkowo wydaje się być sielankowym wręcz porozumieniem i uzupełnieniem szybko przemienia się w pułapkę i samonakręcającą się spiralę wzajemnych pretensji i niedopowiedzeń. Bianka z przyjemnością zajmuje się dziećmi Magdy, gdy ta potrzebuje pomocy. Magda dzięki znajomości z Bianką ma okazję wyrwać się z domu, poznać ludzi z kręgu literatury i sztuki, przypomnieć sobie czasy, gdy była kimś więcej niż tylko żoną i matką upchniętą w ciasne szablony wymagań rodziny i znajomych. Ale ta symbioza szybko okazuje się być trująca. A dzieje się tak, ponieważ bohaterki skrywają przed sobą nawzajem swoje prawdziwe pragnienia. Celuje w tym zwłaszcza Bianka, która w niektórych momentach wydawała mi się być postacią diaboliczną, rodem z thrillerów czy psychologicznych horrorów. Chociaż obie bohaterki mają sporo za uszami, okłamują się nawzajem i manipulują sobą, zdecydowanie Bianka jest w tym mistrzynią podczas gdy Magda jest co najwyżej początkującą uczennicą. Ale Agata Kołakowska bawi się czytelnikiem, ile razy wydaje się nam, że dobrze zaszufladkowaliśmy każdą z bohaterek, nagły zwrot akcji sprawia, że znowu nie wiemy, co o nich myśleć. Autorka nie pozwala czytelnikowi oprzeć się na, jakże kuszącej, klasyfikacji „winna / niewinna”. Przeciwnie, pokazując złożoność postaci oraz ich motywacji wytrąca nas z dobrostanu i poczucia wszechwiedzy.

Jednym z głównych bohaterów książki jest macierzyństwo, ale przedstawione w sposób daleki od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. I chwała za to Autorce! W kraju, w którym żyjemy przesiąknięci posuniętym czasem do absurdu kultem Matki Polki pokazywanie macierzyństwa jako czegoś odległego od sielanki rodem z reklam jogurtów zakrawa wręcz na bluźnierstwo. Jesteśmy przyzwyczajeni do skrajności: święte macierzyństwo albo patologia. Na jednym końcu mamy matki narażające się na śmierć, żeby terapią przeciw rakowi nie zabić dziecka, które noszą pod sercem, na drugim …matkę Madzi. Nie ma nic pośrodku, tak jakby macierzyństwo nie zawierało w sobie całej palety barw, od tych jasnych, aż do najciemniejszych. Tymczasem Agata Kołakowska pokazuje to, co może się zdarzyć pośrodku. Tam, gdzie czuła, szczerze kochająca swoje dzieci matka zostanie tak przygwożdżona oczekiwaniami innych, że zagubi gdzieś własną tożsamość. Rola matki wessie wszystkie jej inne życiowe role, rozrośnie się w niej niczym pasożyt, który na końcu zabija organizm, na którym żeruje. Nie myślcie jednak, że opowieść Agaty Kołakowskiej to jakiś feministyczny manifest depczący wszystko, co związane z tradycyjnie pojmowanym macierzyństwem. Przeciwnie, Autorka pokazuje wszystkie bolesne i nieodwracalne konsekwencje wyborów, jakie podejmują obie bohaterki. Nie ma tutaj mowy o łatwych rozwiązaniach. Tak jak w prawdziwym życiu, każda podjęta decyzja pociąga za sobą zarówno skutki pozytywne jak i negatywne. W życiu liczy się, żeby ich bilans był na plus. Ale żeby tak się stało, decyzje muszą być podejmowane w wolności od emocji. Tymczasem Magda i Bianka wikłają się w swoich emocjach jak kot, który rozplątał kłębek włóczki, po czym cały się w nim zaplątał.

„Uśpione pragnienia” to również traktat o tym, co może się z nami stać jeśli nie będziemy wierni sobie i nie będziemy umieć na czas rozpoznać i zdefiniować swoich emocji. Podczas gdy Magda dąży do ich poznania za wszelką cenę, nawet metodą prób i poważnych błędów, Bianka systematycznie tłamsi swoje najskrytsze emocje i okłamuje przede wszystkim samą siebie. A ponieważ nie da się budować na kłamstwie, ona również będzie musiała ponieść konsekwencje podjętych decyzji lub ich braku. Ale jeśli chcecie przekonać się co dokładnie przydarzyło się obu bohaterkom, sięgnijcie koniecznie po „Uśpione pragnienia”! Tą książką Agata Kołakowska po raz kolejny udowodniła, że jest jedną z najlepszych polskich autorek powieści obyczajowych i ma na pewno w zanadrzu jeszcze dużo niespodzianek dla swoich czytelników! Doskonała powieść, nie wahajcie się ani chwili, to jest lektura obowiązkowa spośród lipcowych nowości!!!



sobota, 18 lipca 2020

"Miłość pod naszym niebem", opowieść niczym najpiękniejszy polski bukiet ziół i kwiatów - PATRONAT OGRODU KWITNĄCYCH MYŚLI!



Premiera drugiej książki Sylwii Kubik „Miłość pod naszym niebem”, miała miejsce już ponad trzy tygodnie temu, ale seria złych zdarzeń w moim życiu sprawiła, że dopiero dziś mogę się z Wami podzielić wrażeniami z lektury. Ta recenzja miała się ukazać tuż po premierze, ponieważ książkę dosłownie pochłonęłam natychmiast po jej otrzymaniu. Czekałam na nią niecierpliwie, bo stęskniłam się za mieszkańcami Brzozówki jak za starymi, dobrymi znajomymi. Tych z Was, którzy nie znają jeszcze debiutanckiej powieści Sylwii Kubik będącej jednocześnie pierwszą częścią serii o Brzozówce odsyłam do recenzji „Pod naszym niebem”, tutaj: https://ogrodkwitnacychmysli.blogspot.com/2019/07/pod-naszym-niebem-czyli-najprawdziwszy.html

Nie jest łatwo autorowi, który swoim debiutem sam sobie bardzo wysoko podniósł poprzeczkę, a tak się stało w przypadku Sylwii Kubik. Jej pierwsza książka została doskonale przyjęta przez czytelników, a nawet ( według mnie całkowicie zasłużenie! ) uznana za debiut roku 2019 w rankingu przygotowanym przez zaprzyjaźnioną blogerkę, Asię z bloga NIEnaczytana ( który gorąco Wam polecam, Asia to gigant pracowitości i niedościgniony ideał dla wielu z nas ;) ). Zastanawiałam się jak Autorka poradzi sobie z takim balastem, bo wysokie oczekiwania czytelników z pewnością nim są. Jednocześnie jednak wierzyłam szczerze w to, że Sylwia Kubik podoła wyzwaniu, bo mam przyjemność i zaszczyt znać ją osobiście i wiem, że nie jest to osoba, która łatwo się poddaje. Przeciwnie, to wulkan energii i świetnych pomysłów, co ma swoje odbicie również w jej książkach.

Akcja „Miłości pod naszym niebem” zaczyna się krótko po wydarzeniach opisanych w tomie pierwszym.  Dzięki temu czytelnik czuje się trochę tak, jakby po kilku tygodniach nieobecności wrócił do przyjaciół, za którymi się już zdążył stęsknić. Myślę, że to jest bardzo adekwatne porównanie, ponieważ jednym z największych atutów powieści Sylwii Kubik jest ich błogosławiona swojskość i bliskość prawdziwemu życiu. Takiemu, jakie zna większość z nas, a dzięki temu łatwo jest nam się odnaleźć w rzeczywistości wykreowanej przez Autorkę.

Wracamy zatem przede wszystkim do znanych nam już bohaterów: do energicznej Karoliny i jej pięknej rodziny ( przyznaję, z utęsknieniem czekałam na jej przekomarzania z bystrymi i bardzo dociekliwymi córeczkami ), do Hani i Janka wraz z ich dorastającymi dziećmi, które przysporzyły im tyle zmartwień, ale i radości w poprzednim tomie, do sympatycznego księdza Karola, człowieka o złotym sercu, który by nieba przychylił swoim owieczkom, choć te czasami bywają krnąbrne i rogate. Dowiemy się również jak potoczyły się losy doktora Macieja, który w pierwszej części napsuł skutecznie krwi mieszkańcom Brzozówki i co dzieje się z Moniką, koleżanką Karoliny, i jej niepełnosprawnym synkiem Kubą. Wielu z Was czekało pewnie niecierpliwie na rozwinięcie wątku postaci pani Heleny uosabiającej tragiczne wojenne i powojenne ludzkie losy. Czy doczeka się na to, za czym tak bardzo tęskniła? Pojawi się znowu gburowaty i kolczasty Stefan, który te swoje kolce chowa wyłącznie w obecności pani Heleny. Nie zabraknie i postaci mniej pozytywnych. Ku mojemu utrapieniu wraca jak bumerang babcia Weronika, teściowa Hani, osoba o imponującym wręcz talencie do podnoszenia bliźnim ciśnienia. Niebyt sympatyczne oblicze pokazuje sołtyska Krysia.

Przy okazji opisywania losów swoich bohaterów Autorka po raz kolejny porusza bardzo ważne tematy: umiejętności współżycia i współdziałania w małej społeczności, trudności, jakie napotykają rodzice dzieci niepełnosprawnych, zwłaszcza samotne matki takich dzieci. I tak wątek Moniki i doktora Macieja pokazuje pięknie jak trudno jest samotnym matkom obarczonym opieką nad niepełnosprawnym dzieckiem zbudować trwały związek, zaufać komuś, ale też jak łatwo takie osoby niedojrzałym postępowaniem skrzywdzić. Jest to jednocześnie wołanie o prawo do osobistego szczęścia dla takich osób, czyli coś, o czym nierzadko udaje się nam zapominać. W naszej polskiej mentalności mamy wdrukowany obraz poświęcającej się Matki Polki, który na dłuższą metę bywa szalenie krzywdzący i stygmatyzuje te matki, które mimo choroby dziecka pragną zaznać w życiu miłości i szczęścia. Jakże często zapominamy, że szczęśliwa matka ma zdecydowanie więcej sił do zmagania się z przeciwnościami i odbieramy jej prawo do szczęścia w przedbiegach. Brawo dla Sylwii za ten wątek. A przecież to nie jedyny ważny temat w „Miłości pod naszym niebem”. Jest też temat lęków związanych z ciążą wysokiego ryzyka, bezduszności części personelu medycznego, który zamiast wspierać, dokłada cierpień. Jest wątek pogodzenia się z przeszłością, a także wybaczenia sobie i innym. Jest również opowieść o tym, jak bardzo samotnym można być nawet w rodzinie oraz o tym ile obecność drugiego człowieka może zmienić w życiu. Jak bardzo może je opromienić w takiej zwyczajnej codzienności. Pojawia się też mocniej zaakcentowany wątek dramatu bezdzietności i jej wpływu na życie pary nią dotkniętej, również bardzo aktualny w naszych czasach.  Jestem szalenie ciekawa jak Sylwia Kubik poprowadzi w trzecim tomie wątki Stefana, Weroniki i sołtyski Krysi bo coś mi się zdaje, że te postacie teraz wysuną się na bliższy plan.

Ale Sylwia Kubik nie byłaby sobą, gdyby nie przygotowała też dla czytelników pewnych niespodzianek. Największą z nich jest niewątpliwie pewna nowa bohaterka, która pojawia się w Brzozówce i przysparza swoim przybyciem niemało zamieszania, ale i wiele radości. Nie zdradzę nic więcej, powiem tylko tyle, że ten wątek bardzo ubogaca fabułę, a owa nowa postać mnie niezmiernie  przypadła do gustu. Nie będę Wam jednak psuć radości odkrywania wszystkich niespodzianek podczas lektury, tym bardziej, że nie zabraknie również fascynujących odkryć z przeszłości.

Ci z Was, którzy czytali moją recenzję poprzedniej książki Sylwii Kubik pamiętają zapewne, że porównałam ją wtedy do pięknej, kolorowej, połączonej z dziesiątek, setek kawałków o różnych kształtach, patchworkowej kołdry. Każdy kawałek to inny człowiek i inna opowieść, ale wszystkie razem łączą się tak, jak łączą się losy bohaterów, których ścieżki skrzyżowały się w Brzozówce. Tym razem, w nawiązaniu do tomu drugiego, „Miłość pod naszym niebem” nasunęło mi się jeszcze inne porównanie. Opowieść utkana przez Autorkę przypomina piękny, kolorowy, oszałamiający kolorami, kształtami i wonią ziół i kwiatów bukiet, taki, jak my w Polsce mamy zwyczaj układać na Święto Matki Boskiej Zielnej. W takim bukiecie znajdziecie wszelkie dary pól i łąk, zioła, kwiaty, a nawet wbite na patyk jabłuszko. Będzie tam i skromny rumianek czy ziele dziurawca, i kłosy zbóż, i oszałamiający kolorem radosny słonecznik. Nie wiem jak Wy, ale ja kocham takie bukiety, co roku z radością je układam i już cierpię na myśl, że złamana noga nie pozwoli mi tego zrobić za miesiąc. Jednak książka Sylwii pasuje mi bardzo do tego porównania ze względu na ładunek prawdy i życiowej mądrości, który zawiera. Nie jest to jednak taka życiowa mądrość, która skisła gdzieś w kącie ze smutku i w związku z tym zaprawia wszystko goryczą. To raczej taka mądrość jak napar z ziół, który może gdzieś trochę trącić goryczką, ale w rezultacie ratuje od ciężkiej choroby.

Uważam, że ta cudowna swojskość i bliskość życia i prawdy o nim to największy atut książek Sylwii Kubik. Większość z nas, czytelników, ma właśnie takie życie – zwyczajne, normalne, bez fajerwerków, a przecież cenne, bezcenne, niepowtarzalne. I książki Sylwii Kubik to właśnie pochwała piękna życia w jego pozornej zwyczajności i powtarzalności. Urzeka mnie przemycone do fabuły piękno świata, piękno ogrodu Karoliny czy pani Heleny, piękno wiejskiego kościółka, zapach zrywanych w ogrodzie czy sadzie owoców:

„Helena zrywała dorodne maliny, ciesząc się ich cudownym zapachem i piękną ciemnoróżową barwą. Uwielbiała początek sierpnia, był to bowiem czas zbiorów, kiedy nawet w powojennych czasach nie brakowało im jedzenia. Młode kartofle, bób, fasolka, groszek, młode, chrupiące marchewki i pietruszka. Z roku na rok zdobywały coraz więcej sadzonek drzew i krzewów oraz nasion, więc ogród zapewniał bogactwo warzyw i owoców. Do dzisiaj zbierała owoce z drzewek zasadzonych przez Jadzię”. ( str. 170 )

Jestem dumna, że mogłam objąć patronatem książki tej Autorki. I ta duma nie wynika tylko z faktu, że poznałyśmy się osobiście i lubię i szanuję Sylwię jako wspaniałego człowieka. Ta duma wiąże się z przekonaniem, że te powieści są piękne, mądre, zakorzenione głęboko w prawdziwym życiu. I mogę je wszystkim polecić z czystym sercem wiedząc, że Was nie zawiodą! A sama czekam teraz na tom trzeci, bo w zakończeniu „Miłości pod naszym niebem” Autorka, a jakże, ukryła prawdziwą petardę ;) !

Za zaufanie dziękuję serdecznie Autorce i Wydawnictwu eSPe :) !



poniedziałek, 22 czerwca 2020

"Głodnemu trup na myśli", czyli o niebezpieczeństwach diety oraz pułapkach patriotyzmu kulinarnego ;)




Być może niektórzy z Was pamiętają, że jesienią ubiegłego roku recenzowałam komedię kryminalną Iwony Banach „Niedaleko pada trup od denata”, w której po raz pierwszy pojawiła się Emilia Gałązka, pierwszy i jedyny ( a zatem kompletnie nierozumiany ) w okolicy preppers, jej siostrzenica Magda, były narzeczony tej ostatniej, narcyz i bawidamek Paweł  oraz całkiem sympatyczny, choć ze skrzywionym gustem w kwestii romantycznych prezentów policjant, Mikołaj. Akcja toczyła się w środowisku pisarskim, emocje między bohaterami szalały, a wyczekiwany z utęsknieniem przez Emilię Gałązkę koniec świata okazał się niczym w porównaniu z jednym skromnym morderstwem oraz wielością jego interpretacji  w małomiasteczkowej społeczności.  W trakcie lektury ubawiłam się po pachy, więc z dzikim zachwytem powitałam zapowiedź kolejnej komedii kryminalnej z tymi samymi bohaterami, „Głodnemu trup na myśli”. Byłam niezmiernie ciekawa co słychać u naszych przyjaciół.

Po wydarzeniach z poprzedniego tomu Emilia Gałązka wciąż kontynuuje porządki w swoim deczko zdewastowanym domu i jego otoczeniu ( więcej o przyczynach tej dewastacji dowiecie się z części pierwszej, do której Was odsyłam ;) ),  zaś niepocieszony i sfrustrowany Pawełek nie traci nadziei na odzyskanie względów Magdy, w związku z czym posuwa się niemalże do stalkingu obserwując nieustannie dom Emilii, w którym jego ukochana zamieszkała. Emilia i Magda dogadują się świetnie, ku rozpaczy Pawełka oraz matki Magdy, nieco nadwrażliwej i egzaltowanej Amelii, zazdrosnej o relacje córki z postrzeloną siostrą.  Kryzys dotyka również świeżego związku dziewczyny z Mikołajem, bo zrównoważonemu i troskliwemu policjantowi nie podoba się pomysł ukochanej, która postanowiła zostać …prywatnym detektywem. Niereformowalny Pawełek liczy na to, że sam coś ugra na niesnaskach między zakochanymi, stąd jego „przyklejenie” do byłej narzeczonej. Nikt już nawet nie zwraca na niego specjalnie uwagi, w końcu Emilia musi się przygotować na, tym razem wielce obiecujący, koniec świata, a Magda kombinuje jak zdobyć wymarzone pozwolenia potrzebne do rozkręcenia detektywistycznego biznesu.

Całe to towarzystwo jest zupełnie nieświadome, że na orbicie małomiasteczkowej społeczności pojawiły się pewne dwa kolorowe ptaki, których przybycie mocno namąci w ich życiorysach. Są nimi dwie tryskające entuzjazmem do kraju swoich przodków Amerykanki polskiego pochodzenia, które łącząc przyjemne z pożytecznym przyjechały do Polski, żeby się odchudzić i …poznać wszystkie polskie smaki i przysmaki. Jakoś umknął im fakt, że jedno z drugim niekoniecznie idzie w parze ;) . Ledwo jednak poczciwe niewiasty zdążyły zaznaczyć swą kolorową i obfitą obecność w miasteczku, a już jedna ze stanu żywego przeszła w stan martwy… W dodatku traf chciał, że we właściwym miejscu i o właściwym czasie znalazł się nie kto inny, a …Magda, marząca o wykazaniu się we własnym prywatnym śledztwie. I mało ważne, że na samą myśl o tym Mikołaj zgrzyta zębami, nie na darmo Magda jest siostrzenicą walecznej Emilii, której nawet zombie, komety oraz mające wymordować rodzaj ludzki krwiożercze duchy niestraszne!

Czy zachęciłam Was trochę powyższym opisem ;) ? Mam nadzieję, że tak, bo książka Iwony Banach jest po prostu fantastycznie napisana, z takim cudownym, mocno absurdalnym, buzującym jak bąbelki w szampanie poczuciem humoru, które doprowadza czytelnika do dzikich ataków śmiechu i daje mu chwile prawdziwego odprężenia. Jednocześnie jednak już w trakcie lektury czytelnik odkrywa, że pod tą otoczką czarnego humoru i absurdu rodem z Monty Pythona kryje się wiele gorzkich prawd o ludziach i ich zachowaniach oraz wiele wnikliwych obserwacji współczesnego świata. Iwona Banach ma bowiem niezwykły zmysł obserwacji, a jej poczucie humoru bywa ostre jak brzytwa i równie niebezpieczne, obnaża bowiem wszelkie absurdy współczesności. Robi to jednak z wielkim talentem, dzięki czemu ta czasem bardzo gorzka prawda o ludzkiej głupocie i naiwności staje się możliwa do przełknięcia. Niczym bardzo gorzki lek osłodzony wielką łyżką miodu ;) !Pozwolę sobie przytoczyć mały fragment na zachętę:

Pewna ilość alkoholu i duża dawka teorii spiskowych potrafią ugotować niejeden mózg na miękko, najlepiej jednak działają w układach zbiorowych.
Jeden człowiek, nawet pijany, owładnięty teorią spiskową niewiele zdziała. Najwyżej wstawi kilka niecenzuralnych komentarzy pod jakimś postem na Facebooku i pójdzie spać z poczuciem spełnionej misji, ale grupa to już inna bajka.
Grupa może o wiele więcej, a ponieważ iloraz inteligencji grupy podobno równa się ilorazowi inteligencji najgłupszego z jej członków, to, do czego ta grupa jest zdolna, bywa nierozsądne, niebezpieczne, a czasem ociera się  rany kłute, szarpane i tłuczone oraz wyroki nie tylko w zawieszeniu. ( str. 207 )

Zapewniam Was, że jedynie w książce tej Autorki znajdziecie tak oryginalne zastosowanie granatu z Drugiej Wojny Światowej czy też maszyny do …robienia mgły. Przekonacie się również jak niebezpieczne może się okazać spożywanie pierogów, jak opłakane skutki może mieć nieumiarkowana miłość do polskich zup, zwłaszcza do krupniku rodem ze wspomnień dziadka – emigranta oraz czemu nasz polski chrzan jest stokroć lepszy od amerykańskiego ;) . U Iwony Banach hasło „Dobre, bo polskie” nabiera wielu nowych znaczeń ;) ! Chyba już to pisałam w jednej z recenzji książek tej Autorki, ale jeszcze raz powtórzę – nie bawiłam się tak świetnie podczas lektury komedii kryminalnych od czasów czytania książek nieodżałowanej Joanny Chmielewskiej.  I tutaj ostrzeżenie: lepiej nie czytać powieści Iwony Banach w miejscach publicznych, prawdopodobieństwo przymusowej kontroli trzeźwości jest wysokie – nikt Wam nie uwierzy, że tak się zaśmiewacie na trzeźwo ;) !

I jeszcze jedno – nie mogę nie pochwalić Wydawnictwa Dragon za konsekwencję w doborze szaty graficznej. Okładka „Głodnemu trup na myśli” nie tylko pięknie pasuje do treści i charakteru książki, ale również do okładki tomu pierwszego! Życzyłabym sobie więcej książek z tak dobrze dobranymi, estetycznymi, nowoczesnymi okładkami – brawo! Gorąco Wam polecam „Głodnemu trup na myśli” na chandrę, smutki, smuteczki, na pocieszenie po złym dniu, ale również na wypad na plażę, nad jeziora czy w góry – ta książka bawi do łez i daje czytelnikowi chwile prawdziwego wytchnienia!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dragon.



poniedziałek, 6 stycznia 2020

"Anathema", czyli opowieść o tym jak zdjąć emocjonalną klątwę



Obiecałam Wam recenzję mojego drugiego blogowego patronatu, czyli „Anathemy” Piotra Podgórskiego, i czas dotrzymać słowa. Tym razem proponuję zacząć od definicji pochodzącej ze Słownika Języka Polskiego PWN:

1. «w katolicyzmie i prawosławiu: uroczysta klątwa kościelna»
2. «ostre potępienie kogoś lub czegoś»

I jeszcze z Encyklopedii PWN:

[gr. anáthema ‘nałożenie’],
w Kościele katolickim i prawosławnym uroczyste nałożenie ekskomuniki (wypowiadane w formie liturgicznej)

W przypadku tej książki to bardzo ważne, żeby zatrzymać się nad jej tytułem i poświęcić chwilę jego analizie, stąd powyższe definicje. Jeszcze krótkie przypomnienie jak książkę opisuje Wydawca, Wydawnictwo WasPos:

Anathema to wielowymiarowa opowieść o samotności i miłości najbliższych, pełna lokalnych wierzeń i błyskotliwych refleksji o ludzkim życiu.

Anathema to droga, którą każdy z nas przechodzi samotnie, bo w naszych konfrontacjach z lękami – nikt nie może nam pomóc. Ale powieść ta może cię wesprzeć w twojej wędrówce i w walce z tym, co dla ciebie złe lub straszne.

Sięgałam po powieść Piotra Podgórskiego z ciekawością pomieszaną z lękiem, bo wiedziałam, że nie mogę się spodziewać lektury lekkiej, łatwiej i przyjemnej. I nie chodzi o brak lekkości pióra, bo tego Autorowi absolutnie nie można zarzucić. Chodzi właśnie o ciężar gatunkowy opowiedzianej historii. Ta książka bardzo mocno dotyka i naznacza. Muszę tutaj pozwolić sobie jeszcze na odrobinę prywaty i małą dygresję dotyczącą miejsc, gdzie toczy się akcja „Anathemy”. Prawdopodobnie było mi o wiele łatwiej niż innym czytelnikom wejść w klimat powieści, ponieważ mieszkam przysłowiowy rzut beretem od rodzinnych stron głównego bohatera, Marka. Znam specyfikę tych terenów, ich plusy i minusy, wszelkie ułomności, które skrywają sielskie z pozoru krajobrazy. Dlatego historia Marka i jego dysfunkcyjnej, poharatanej emocjonalnie rodziny, była dla mnie tym bardziej realna i wiarygodna.

A wydawać by się mogło, że to historia jakich wiele, tyle, że przypominająca raczej karykaturę pastelowych romansów rodem z komedii romantycznych. Tutaj zaczęło się trochę jak w piosence Grażyny Łobaszewskiej

„Brzydka ona, brzydki on
Mała stacja, kiepski bar”

Tylko zamiast baru była wiejska potańcówka pełna podpitych kawalerów, a dwoje ludzi połączyła nie „taka ładna miłość, aż nierealna wręcz”, a przypadkowy seks i przypadkowa ciąża. Życie rzadko powiela scenariusze z piosenek, a szkoda. Ci ludzie połączeni chwilą przypadkowego seksu i tęsknoty za bliskością to Michalina i Józef, rodzice głównego bohatera. Ich historia jeszcze miała szansę na happy end, mimo fatalnych początków. Ale potem przyszło nieszczęście i złamało tych już i tak od początku połamanych ludzi. Właśnie z ich związku rodzi się Marek – dziecko niechciane, od początku niekochane, odrzucone, bo urodziło się w złym miejscu i złym czasie. Historia małego Marka opowiedziana przez Piotra Podgórskiego dosłownie rozrywa serce. To bezpardonowa opowieść o krzywdzie jakiej doznaje dziecko w rodzinie dysfunkcyjnej. O tym, jak ludzie emocjonalnie okaleczeni niejako przekazują w genach swoje kalectwo, niezdolni do kochania okaleczają swoje dziecko. Marek zostaje tak wewnętrznie poharatany, że już w pierwszych latach życia staje się emocjonalną kaleką. Dwoje do głębi nieszczęśliwych ludzi infekuje swoim nieszczęściem wszystko i wszystkich wokół. Wbrew pozorom los drugiego, hołubionego brata, wcale nie jest godzien pozazdroszczenia. Michalina i Józef nie umieją mądrze kochać. Ani siebie, ani swoich dzieci. Dom, w którym wychowują się Marek i jego brat to dom alkoholików, ludzi niezaradnych życiowo. Godnych pożałowania, bo sami skrzywdzeni przenoszą krzywdę dalej, jak wirus. Pewne wydarzenie sprawia, że Marek trafia na wychowanie do swojej babci, jedynej osoby, która umie kochać i umie to okazać. Niestety, krzywda już się stała i nawet miłość babci wydaje się bezsilna wobec demonów, z którymi zmaga się chłopiec.

Jednocześnie Autor wplata do swojej opowieści wątek tajemnicy związanej ze wzgórzem za domem babci. Czemu kobieta codziennie okadza dom białą szałwią? Kogo spotkał zagubiony w lesie Marek? Co symbolizują martwe motyle, które znajduje w różnych momentach swojego życia?

Opis na okładce ksiązki zdradza, że dorosły Marek wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, gdzie robi karierę i, jak by się mogło wydawać, wraca do życia. Czemu zatem upiory z przeszłości zaczynają prześladować jego ukochaną córeczkę? Czy naprawdę da się odciąć od tego, co było, wymazać to z pamięci? A może najpierw trzeba uporządkować pewne sprawy, żeby móc zamknąć za sobą drzwi i naprawdę zacząć nowy etap?

I właśnie o tym jest „Anatema” Piotra Podgórskiego – o budowaniu na zgliszczach i wychodzeniu z emocjonalnej traumy. Jeśli chcemy zbudować coś na zgliszczach starego domu, nie możemy zacząć od wylania fundamentów na kikuty starych murów. Przeciwnie, trzeba najpierw cały teren dobrze oczyścić, przygotować, czasem wyrównać. Marek spróbował budować swoje nowe życie wylewając fundamenty na takie właśnie kikuty starego życia. To tak, jakby starą, ropiejącą ranę, obwiązywać wciąż z wierzchu nowym bandażem. Może opatrunek będzie wyglądał z zewnątrz estetycznie, ale pod spodem zrobi się gangrena.

„Anatema” to opowieść o radzeniu sobie z własną przeszłością i jej upiorami. Mocna, miejscami trudna, bez taryfy ulgowej. Pokazująca, że proces oczyszczania ran może się okazać bolesny i długotrwały, a emocjonalna rehabilitacja może trwać latami. Jednak przekaz opowieści jest pozytywny, bo pokazuje, że każde upiory da się pokonać, a nawet najgorsza, najbardziej krzywdząca przeszłość nie musi przesądzać o klęsce. Przeciwnie, nawet z najgorszego zła da się wyciągnąć dobro. A podstawą procesu zdrowienia są przebaczenie i miłość.

Nie mogę nie wspomnieć o pięknie, z rozmysłem dobranej szacie graficznej oraz grafikach rozdzielających poszczególne rozdziały książki. Niestety, w tej beczce miodu musi się też znaleźć łyżka dziegciu – podczas korekty redaktorom umknęło kilka stylistycznych „perełek”, które, obiektywnie rzecz biorąc, powinni wychwycić. Ta uwaga nie ma jednak na celu deprecjonowania powieści czy pracy Wydawnictwa – po prostu szkoda, że efekt tak dużego wysiłku osłabiły nieco te stylistycznie wpadki. Życzę Autorowi i Wydawnictwu dodruku i mam po prostu nadzieję, że przy tej okazji je wyłapią i poprawią, bo książka jest mądra, ważna, potrzebna i zapewne wielu osobom pomoże zrozumieć własne traumy z przeszłości.

Szczerze polecam – to nie jest łatwa lektura, ale ważna i warta zauważenia!

sobota, 2 listopada 2019

"Dwa światła" - czy piękno może być antidotum na zło?



„- Wiosna – mruknął niechętnie.
Często słyszał, jak inni wibrującym tłumioną radością głosem od końca lutego co chwilę wymawiali to słowo. On jednak nie lubił już tej pory roku. Od kilkunastu lat wydawała mu się inna niż wcześniej. Nie była wiosną z tamtego lepszego świata, gdy piękno było pięknem, a marzenia miały szansę się spełnić. Po ostatniej takiej wiośnie przyszła wojna, straszliwsza od którejkolwiek z minionych, i starła w proch wszystko: ukochane miasto, ludzi, drzewa, ptaki, a wraz z nimi jakby przygasiła słońce, zmatowiła barwy, odebrała głębię smakom i intensywność zapachom. Nic nie było już tak jak dawniej, wiosna także”. ( str. 15 )

„Dwa światła”, czyli najnowsza książka Marii Paszyńskiej, oparta jest w pewnej mierze na historii światowej sławy żydowskiego wirtuoza, Andrzeja Roberta Krauthammera Czajkowskiego, który jako dziecko został wyprowadzony z getta i ocalony dzięki pomocy rodziny Walterów, u których się ukrywał. Jednak, jak przyznaje sama Autorka, historia genialnego muzyka stała się tylko inspiracją do napisania książki, która nie jest beletryzowaną biografią, a raczej wariacją na temat życia tego wybitnego, tragicznie doświadczonego przez wojnę artysty. To dlatego w opowieści snutej przez Marię Paszyńską wybawcy Roberta noszą fikcyjne nazwisko Sokołowscy.

Profesor Edward Sokołowski i jego żona Wanda są sąsiadami Celiny Sandler, zamożnej Żydówki, właścicielki szkoły kosmetycznej oraz małej fabryki luksusowych kremów pielęgnacyjnych. Profesor uczy gry na pianinie jej dzieci, a córka Celiny, Felicja, jest jego ulubienicą. Przeżywa duże rozczarowanie gdy porzuca ona muzykę dla innych planów, ale niezmiennie, przez lata, darzy ją ogromną sympatią. Gdy zatem w pewną grudniową noc, w żydowskie Święto Chanuka, Święto Świateł, jego ulubiona wychowanka rodzi syna, Roberta, wzruszony profesor odczytuje jego narodziny jako dobry znak. Małego Roberta, którego imię pochodzi od słów sława oraz jasny, bystry, i które tłumaczy się jako „ten, który jest sławny” albo „ten, który oświeca noce” uznaje za cud chanukowy, za narodziny światła. Tak pięknie, w Święto  Świateł, na pograniczu dwóch światów, żydowskiego i polskiego, zaczyna się historia małego chłopca o imieniu oznaczającym jasność i światło, któremu przyjdzie doświadczyć najgorszego mroku dwudziestego wieku, wojny i Holocaustu.

Nie po raz pierwszy Maria Paszyńska pisze o czasach Drugiej Wojny Światowej. Wystarczy wspomnieć, również oparte na faktach, jej poprzednie powieści – poruszającą „Willę pod Zwariowaną Gwiazdą” oraz „Instytut piękności”. Mam jednak wrażenie, że „Dwa światła” to nie tylko opowieść o losach konkretnych ludzi doświadczających okrucieństw wojny, ale również metaforyczna przypowieść o walce Dobra ze Złem, Światła z Mrokiem, Piękna z Brzydotą. O roli szeroko pojętego piękna w walce o życie oraz w procesie duchowej rekonwalescencji po Zagładzie. Mały Robert, cud chanukowy, nie zdąży nacieszyć się szczęśliwym dzieciństwem. Wybucha wojna, a jego cała rodzina, jak tysiące innych Żydów, zostaje przeniesiona go getta. Wychuchany i wychowany w cieplarnianych warunkach przez kochające matkę i babkę chłopczyk trafia do świata, w którym nie ma miejsca na światło i piękno. Doświadcza niepojętego zła. Profesorostwo Sokołowscy pewnego dnia dowiadują się o tym, gdzie szukać ich dawnych sąsiadów i pomagają im w wydostaniu się z getta. Decyzje, które wtedy podejmą poszczególni członkowie rodziny Roberta naznaczą go na całe życie. Zostawiany na całe dnie w mieszkaniu z profesorem Sokołowskim mały chłopiec odkrywa świat muzyki. Wbrew szaleństwu toczącej się wojny, dojrzały mężczyzna i kilkuletni chłopiec szukają ocalenia w dźwiękach…

„Po raz ostatni rozejrzał się po niewielkim pokoju, w którym grał i nauczał muzyki, próbując rozświetlić nieco okupacyjne ciemności. Jego myśli natychmiast poszybowały ku chłopcu, którego kazano mu nazywać Andrzejem, choć jego matka wybrała dla niego imię Robert. Niemal widział go pochylonego nad klawiaturą milczącego instrumentu, w skupieniu wpatrującego się w klawisze, gdy Edward objaśniał budowę poszczególnych form muzycznych. Gdy mówiąc o rozszerzaniu, skracaniu czy powtarzaniu okresów, spoglądał czasem na chłopca, ten bardziej niż pilnego ucznia przypominał mu zaklinacza węży usiłującego zmusić do posłuszeństwa kobrę, z ilustracji z książki z baśniami Wschodu, którą niegdyś czytał swoim córkom. Zdawało mu się, że pomiędzy chłopcem a instrumentem wytwarza się jakaś niezwykła więź. Wiedział oczywiście, że jest to niemożliwe, lecz miał też świadomość, że w życiu i w muzyce zdarza się czasem coś, co wykracza poza granice ludzkiego poznania. Niektórzy nazywają te zjawiska cudami, inni osobliwościami. On wolał ich nie definiować, nie podejmować próby ubrania w słowa czegoś, czego nie sposób było ogarnąć umysłem”. ( str. 298 )

Wiecie, że nie mam zwyczaju zdradzać w swoich recenzjach treści przeczytanych książek. Jej odkrywanie pozostawiam Wam. Zachęcam Was zatem do sięgnięcia po niezwykłą opowieść Marii Paszyńskiej. To bardzo głęboka książka, kryjąca w sobie dużo więcej niż zewnętrzną warstwę opowieści. A już sama ta warstwa wystarczyłaby, żeby zachęcić do czytania, ze względu na świetnie nakreślonych bohaterów oraz na poruszający obraz wojennej rzeczywistości. Autorka w sposób wzruszający przedstawiła miłość Wandy i Edwarda Sokołowskich a także niezwykłą więź między profesorem a Robertem. Pięknie opisała żydowskie zwyczaje oraz niektóre potrawy kuchni żydowskiej. Poza tym naszpikowała swoją opowieść, niczym dobre ciasto bakaliami, różnymi ciekawostkami z przedwojennego świata ( mnie rozbawiły szczególnie anegdotki o Ćwierczakiewiczowej ;) ). Odmalowała również starcie dwóch światów, stopniowe zagarnianie przestrzeni przez zwolenników Hitlera oraz reakcje środowiska artystycznego. Jednak dla mnie jednym z głównych bohaterów tej powieści jest również muzyka. To właśnie świat dźwięków staje się baśniową krainą, do której profesor i mały Robert uciekają przed bezwzględnością wojennej rzeczywistości. Czy jednak muzyka może ocalić duszę? Czy w świecie, w którym na wagę złota jest kromka suchego chleba pozostało jeszcze miejsce na piękno? Przy okazji taka mała dygresja – podziwiam przygotowanie Autorki do tematu, bo widać, że zgłębiła meandry świata muzyki. Po przeczytaniu książki z pewnością poszukam dostępnych nagrań koncertów Czajkowskiego. Będę w nich szukać magii, którą znajdowali w muzyce obaj bohaterowie książki…

Na koniec słówko o szacie graficznej „Dwóch świateł” – Wydawnictwo Pascal znowu spisało się na medal dobierając piękną, w pewien sposób oszczędną w wymowie, ale trafioną w punkt okładkę. Mnie akurat ta okładka podoba się chyba najbardziej ze wszystkich trzech wybranych dla powieści Marii Paszyńskiej z okresu Drugiej Wojny Światowej, choć poprzednie też były piękne. Proszę, sięgnijcie po tę opowieść. To jedna z tych książek, które naprawdę zapadają głęboko w serce, uczą otwartości na to, co inne, może nieznane, rozbudzają apetyt na muzykę, na piękno. Warto!!!

„Teresa postanawia żyć”, czyli opowieść o tym jak życie przyprawić miłością zamiast przysłowiową łyżką dziegciu ;) – RECENZJA PATRONACKA!

  A więc nie liczy się, ile się nacierpiałaś, ale ile kochałaś. Jak bardzo chciałam się z Wami podzielić wrażeniami z tej lektury! Kiedy d...